Przygoda z flamenco

Można założyć, że niemal każdy z nas wcześniej czy później odkrywa zamiłowanie do czegoś, co może stać się pasją pochłaniającą sporo lat życia, a niekiedy nadającą mu nowy sens. Z kolei jedna pasja może pociągać za sobą kolejną. Tak właśnie było w moim przypadku. Język hiszpański stał się dla mnie zamiłowaniem, kluczem, który otworzył mi drzwi do zupełnie nowego świata. Ten świat urzekł mnie swoim bogactwem, ale przede wszystkim tańcem flamenco.

Jako studentka etnolingwistyki zdecydowałam, że swój ostatni rok studiów odbędę na Erasmusie w Hiszpanii. Wiedziałam, że nigdzie nie nauczę się lepiej hiszpańskiego niż w Hiszpanii, a ponadto była to niesamowita możliwość zobaczenia najwspanialszych miejsc i poznania kultury. Nie zastanawiałam się zbyt długo i złożyłam aplikację. Swoją przygodę rozpoczęłam w sierpniu w Maladze, w mieście usytuowanym na południu Hiszpanii, w Andaluzji. Jednak nie było to moje miejsce docelowe, gdyż uniwersytet, w którym miałam studiować, znajdował się w Kastlii La Mancha. Z Malagi wyruszyłam do małego miasteczka Nerja, gdzie zapisałam się na kurs języka hiszpańskiego w lokalnej szkole i zamieszkałam z rodziną hiszpańską. Na jednym z wykładów w  szkole językowej po raz pierwszy usłyszałam o flamenco, czyli o sztuce tańca, śpiewu i gry na gitarze, o których z wielką pasją opowiadał Francisco, jeden z wykładowców szkoły. Zafascynowana jego opowiadaniem chciałam zobaczyć ten taniec na żywo oraz usłyszeć muzykę i śpiew.

Od niego również dowiedziałam się o Feria de Malaga – lokalnym święcie celebrowanym w Maladze, podczas którego można zobaczyć właśnie artystów uprawiających taniec flamenco, można uczestniczyć w koncertach i skorzystać z wielu innych atrakcji. Poszłam za ciosem. Razem z koleżanką ze szkoły i grupą młodych Hiszpanek pojechałyśmy na Feria de Malga. To, co tam zobaczyłam, urzekło mnie. Miasto pięknie przystrojone kolorowymi ozdobami, orkiestry  maszerujące i grające na ulicach oraz kobiety  ubrane w piękne różnokolorowe suknie w grochy z falbanami, tańczące z pasją flamenco na placach i ulicach. Hiszpanki zabrały nas do namiotów, tak zwanych casetas, w których gromadziły się całe rodziny i grupy przyjaciół – tańcząc, bawiąc się, pijąc tradycyjne wino. To właśnie tam zobaczyłam pierwszy raz, jak tańczy się  Sevillanę, jedną z odmian flamenco. Ten taniec mnie urzekł swoją odmiennością  i  dynamiką. Kobiety – tańcząc zmysłowo i energicznie – pięknie poruszały dłońmi, niektóre rozpościerały w tańcu wachlarze. Jest to trudne do opisania, to trzeba zobaczy, usłyszeć, poczuć. Nie mogłam nacieszyć oczu tym widokiem.

Nasze koleżanki zaczęły uczyć nas Sevillany, kroków i poruszania dłońmi. Jak to mówiły:  „Coge la manzana, comela y tirela al suelo” –  co znaczy: zerwij jabłko, zjedz je i rzuć je na ziemię. To miało nam, niedoświadczonym, pomóc zrozumieć, co oznaczają ruchy dłońmi z góry na dół podczas  tańca. Próbowałam więc tańczyć, imitując ruchy dziewczyn. Myślę, że jak na pierwszy raz, całkiem mi to dobrze wychodziło, a może pomogło mi w tym również tradycyjne malageńskie wino. Cały spędzony tam dzień był niesamowitym przeżyciem. To właśnie tamtego dnia zdecydowałam, że chcę nauczyć się tańczyć Sevillanę tak pięknie, jak robią to rodowite Hiszpanki, i wrócić znowu  na Feria de Malaga, żeby z nimi zatańczyć.  Kiedy we wrześniu przyjechałam do Ciudad Real, by rozpocząć studia na UCLM, zdecydowałam, że poszukam tam szkoły, w której mogłabym nauczyć się Sevillany, jednej z odmian flamenco. To sami flamencolodzy naliczyli, że jest ich około 70 rodzajów. Jej korzenie wywodzą się z folkloru andaluzyjskiego, na który duży wpływ miała ludność cygańska zamieszkująca te regiony. Ta konkretna odmiana wzięła swoją nazwę od miasta Sevilla, skąd pochodzi.

Escuela de Carmen Macarena była miejscem, gdzie rozpoczęłam swoją pierwszą lekcję flamenco pod okiem Carmen, maestry tańca, razem z trzema hiszpankami – Paqui, Veronicą i Raquel. Okazało się, że byłam pierwszą Polką, która uczyła się flamenco w tej szkole. Z miesiąca na miesiąc nasza grupa powiększyła się do 12 osób w tym o 3 Hiszpanów. Początki zawsze są trudne, ale ja nie zdawałam sobie sprawy z tego, że praca nad samymi krokami (stepami) może zająć tyle czasu, nie mówiąc już o synchronizacji  ruchów nóg i dłoni  oraz pamiętając przy tym o dumnej postawie. Muszę przyznać, że początek był trochę żmudną pracą, gdyż więcej rzeczy mi nie wychodziło niż wychodziło. Bacznie obserwowałam Carmen i jej ruchy, by jak najlepiej imitować to, co ona robiła. Carmen powiedziała nam, że nie ma co imitować, że ona nauczy nas techniki, ale każdy adept powinien nadać Sevillanie swój własny styl, wyrażając w ten sposób siebie, swoje emocje i gesty. Kiedy opanowałam pierwszą część Sevillany (Sevillana składa się z czterech części, tak zwanych  copli, zwrotek, które tańczy się zupełnie inaczej) czułam, że taniec zaczyna mnie naprawdę cieszyć, że tańczę nie myśląc już o liczeniu kroków i pamiętaniu o pozycji i ruchach dłoni. Wszystko przychodziło teraz naturalnie.

Uczyłam się tańca, ale zaczęłam też czytać o flamenco, oglądać filmy na ten temat. Wybrałam się  do Andaluzji, ziemi ojczystej flamenco, by zobaczyć je tam, skąd brało swoje korzenie. Zwiedzałam miasta i chodziłam do tablaos, miejsc, w których odbywały się przedstawienia flamenco. Co ważne – każde z nich zupełnie inne w swoim rodzaju, w stylu, formie i ekspresji. Mimo podobieństw każdy tancerz i każda tancerka nadawali tańcu indywidualny charakter, energię, osobiste emocje. Każde cante – śpiew flamenco – był unikalny, pełen pasji i niósł ze sobą dużą dawkę emocji oraz siły, czasem także smutku i bólu albo radości. Flameco, czy to przez taniec i śpiew czy przez muzykę, jest w stanie wyrazić wszystkie ludzkie emocje, których odbiorca  doświadcza podczas oglądania pokazu. Widziałam wiele spektakli w różnych miastach, w Maladze, Mabelli, Cordobie, Nerja, Barcelonie i Madrycie, ale jedno z nich urzekło mnie najbardziej – było to w starej dzielnicy cygańskiej, na Sacramonte w mieście Granada. Tam właśnie znajdują się jaskinie i groty, w których mieszkały niegdyś rodziny cygańskie, a które z czasem zostały zmienione w restauracje, gdzie odbywają się spektakle flamenco o unikalnym charakterze. Atmosfera w tych miejscach jest niesamowita – oświetlenie wyłącznie przy świecach oraz tradycyjne dekoracje kwiatowe wiszące na ścianach jaskiń, to sceneria dla spektaklu flamenco w wykonaniu rodzin cygańskich, które od pokoleń tańczą i śpiewają na Sacramonte.

Muzyka i śpiew wywoływały u mnie gęsią skórkę i wiedziałam, że nie chcę poprzestać na tym, co już wiedziałam o flamenco, postanowiłam  jeszcze lepiej je zrozumieć. Ten czas, który spędziłam w Hiszpanii, dał mi  taką możliwość. Nadchodził również najwyższy czas, by zdecydować, o czym będzie moja praca licencjacka. Odpowiedź była prosta – o FLAMENCO.  Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z faktu,  że flamenco jest tak szeroką dziedziną wiedzy i umiejętności. O każdym z jego komponentów czy śpiewie – cante, tańcu – baile oraz muzyce, a właściwie samej grze na gitarze, można byłoby pisać osobną pracę. Flamencolodzy  proponują wiele różnych teorii na temat pochodzenia flamenco i  jego cyklach  ewolucji. Różnorodność stylistyczna flamenco, która kształtowała sie na przestrzeni wieków oraz  samo jego pochodzenie do dzisiejszego dnia nie jest do końca jednoznacznie potwierdzone.  Na pewno wiadomo tyle, że taniec flamenco wywodzi się z folkloru ludzi ubogich zamieszkujących tereny Andaluzji. Na przestrzeni wieków wpływ na jego kształtowanie miało wiele różnych grup etnicznych. Chodzi o wpływy arabskie, żydowskie i cygańskie. Cyganie rozpowszechnili ten taniec i przyczynili się do zachowania wielu form flamenco, dzięki czemu zachowały się one przez wiele lat.

Etymologia słowa ‚flamenco’ nie jest do końca jasna, ma różne wersje i interpretacje. Niektóre z nich wskazują na łacińskie słowo flamma, oznaczające ogień, które miało odnosić się do ognistego charakteru muzyki i tańca oraz do intensywnie czerwonego ubioru tancerzy. Z kolei a języka arabskiego wywodzi się znaczenie, które może mieć również wpływ na formacje słowa flamenco – chodzi o fellah magnum, czyli muzykalny chłopak, wieśniak. Jeszcze inni teoretycy flamenco upatrują podobieństwo tej sztuki do ruchów i postawy ptaka flaminga (po hiszpańsku „flamenco”), porównując ruchy dłoni i nóg tancerzy z ruchami tego egzotycznego i majestatycznego ptaka.

I tak właśnie, małymi kroczkami, odkrywałam świat flamenco, tańcząc Sevillanę, pisząc o tańcu i tym, co mnie inspirowało. Lecz jeszcze miałam jedno marzenie: w tańcu flamenco urzekały mnie długie kolorowe suknie, wąskie do kolan, rozszerzające się ku dołowi i obszyte dużą ilością falban. Typowy wzór to grochy i groszki różnej wielkości, ale są też suknie gładkie lub kwieciste, we wszystkich kolorach tęczy. Chciałam przymierzyć taką suknię, by poczuć się jak prawdziwe tancerki flamenco i oczywiście zatańczyć w niej. Pewnego dnia, zwiedzając Madryt z moją koleżanką Gosią, na jednej z małych uliczek zobaczyłam sklep z pięknymi sukniami flamenco. To tam pierwszy raz przymierzyłam suknię flamenco, a potem drugą. Były naprawdę piękne. Czułam się w nich jak prawdziwa flamenca, aż chciało się tańczyć!!! W chwili, gdy miałyśmy opuścić to miejsce, do sklepu wszedł  jego właściciel. Zaczęliśmy rozmowę na temat flamenco. Za chwilę zjawiła się tam kobieta, która okazała się być maestra flamenco. Powiedziałam im o mojej fascynacji i o tym, że uczę się tańczyć Sevillanę i  że piszę o pracę o flamenco. Juan, właściciel sklepu, polecił  mi książki i opowiedział wiele o twórcach flamenco, a maestra Marta zaproponowała, że może nam pokazać najstarszą szkołę w Madrycie AMOR DE DIOS, która znajdowała się nad sklepem z sukniami. Marta i Juan zabrali nas do szkoły, by nam ją pokazać. Przy okazji zobaczyłam tancerzy, którzy mieli zajęcia w tym właśnie czasie. Weszliśmy do jednej z sali, w której rozbrzmiewała muzyka gitary hiszpańskiej. Przy jej dźwiękach studenci tańczyli energicznie alegrie – jeden z rodzajów flamenco. Było tam strasznie głośno od zaptateo – rytmicznie wybijanych kroków. Dla mnie było to niesamowite. Podziwiałam ich za to, jak szybko i z jaką różnorodnością oraz precyzją tancerze wybijali rytm nogami i poruszali dłońmi.  Byli, co nie może dziwić,  zlani potem. Marta powiedziała mi, że tańczą tak przez prawie całą godzinę bez przerwy i że trzeba wielu lat praktyki, by tańczyć tak jak oni.

Patrząc na to wszystko czułam, że serce bije mi mocniej, że to jest dosyć niesamowite – ta chwila, to miejsce, ta muzyka i ci ludzie. Marta przedstawiła nam sławnych maestrów tej szkoły i samego dyrektora, a także zaprosiła na wieczorny spektakl flamenco do Tablao Las Carboneras, jednego z najdroższych  miejsc w Madrycie, gdzie miejscówka kosztuje 60 Euro. W tym tablao można było obejrzeć spektakl z udziałem czołowych artystów flamenco. Dzięki niej weszliśmy tam zupełnie za darmo, dostając stolik przy samej scenie. Pomyślałam wtedy, że gdyby nie moje pragnienie przymierzenia sukni nie poznałabym Marty, nie siedziałabym w jednym z najlepszych miejsc oglądając spektakl flamenco. Marta opowiedziała mi dużo o tańcu flamenco, a zwłaszcza o jego współczesnym charakterze i o tym, jak krystalizował się on na przestrzeni lat. Od niej też dowiedziałam się, że flamenco zostało wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO w roku 2010.

W kwietniu nadarzyła się pierwsza okazja do zatańczenia Sevillany razem z moimi kolegami i koleżankami ze szkoły tańca Carmen. Odbywała się fiesta, Feria de Ciudad Real, która trwała przez kilka dni w mieście, gdzie mieszkałam. Nie była ona tak imponująca jak ta z Malagi, ale miała swój własny, Kastylijski charakter. Do Amor de Dios wróciłam dopiero w maju, by spotkać się z moją przyjaciółka Martą, która pomogła mi uzyskać zgodę dyrektora na przeprowadzenie badania (rozmawiałam tam z pięćdziesięcioma studentami flamenco z wielu krajów świata). Miało ono być częścią mojej pracy licencjackiej. Intrygowało mnie, jak to jest możliwe, że flamenco, synonim hiszpańskiego dziedzictwa kulturowego, stało się fenomenem na skalę globalną? I dlaczego tak wielki wpływ wywiera ta sztuka na obcokrajowców? A przyjeżdżają oni do ojczyzny flamenco, by doskonalić się pod okiem światowej sławy mistrzów, aby następnie upowszechniać sztukę flamenco we własnej ojczyźnie. Także w Polsce działają szkoły flamenco. Wiem o siedmiu – Wrocław, Poznań, Warszawa, Sopot, Lublin, Łódź  i Kraków.

Con Director de Escuela en Madrid Escuell de Carmen feria de Ciudad Real feria de Malaga flamenco

Joanna  Nowicka

Absolwentka Etnolingwistyki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


sześć − 3 =