Do czego służy język ?

Znalezienie odpowiedzi na pytania fundamentalne, pytania o istotę może być trudne, chociaż sama odpowiedź może rozczarowywać swoją prostotą i oczywistością. Weźmy doskonale znane wszystkim osobom zajmującym się językiem pytanie: „Do czego tak naprawdę służy język?” Być może jakiemuś językoznawcy z zacięciem do filozofowania wyda się ono podchwytliwe, podejrzane. Możliwe nawet, że taka osoba zacznie węszyć podstęp w samym celu zadawania takiego pytania. A będzie tak, ponieważ można uznać, iż w dużej mierze odpowiedź na nie ma charakter ideologiczny – zdradza przyjmowane stanowisko filozoficzne. Z drugiej strony ktoś, kto nie za bardzo przejmuje się rozważaniami filozofów, albo przeciwnie – przejmuje się tym za bardzo, bez problemu da jasną i jednoznaczną odpowiedź: Ależ to oczywiste – powie – przecież język służy do komunikowania, ewentualnie, zależnie od temperamentu rozmówcy, do perswadowania lub utrzymywania więzi w społeczeństwie koniecznych do jego rozwoju, itd. Czyli, mówiąc najogólniej, w odpowiedzi wyrazi coś (lub wszystko naraz) z tego, co w historii językoznawstwa zostało przez licznych badaczy zobrazowane na wielu schematach i wykresach. Oczywiście oboje będą mieli w jakimś stopniu rację.

W nauce tak już bywa, że często rozwiązania uzyskane w toku żmudnej intelektualnej harówki okazywały się niewspółmierne do włożonego wysiłku. Zdarzało się, że z naukowym rozwojem do tej pory jakże mityczna i pełna ezoterycznej głębi rzeczywistość okazywała się nudna i przyziemna. Wygląda na to, że taka bywa cena, jaką płacimy za zbliżanie się do legendarnej prawdy: zyskuje empiria, trochę cierpi fantazja.[1] Nie zawsze tak musi być, wystarczy spojrzeć na dokonania współczesnej fizyki, by poczuć się niemal przytłoczonym tym, ile fantazji i polotu zawiera się w jej teoriach – struny, brany, czarne dziury, czarna materia, kontrintuicyjność świata poziomu kwantowego… Wszystko to może oddziaływać na wyobraźnię nie mniej niż wszystkie opisy mitologiczne. Podobnie można dyskutować, zupełnie abstrahując od pojęcia naukowości, czy teoria Darwina-Wallace’a o pochodzeniu gatunków jest ciekawsza od wcześniejszych założeń teologii naturalnej. Tym bardziej, jeśli zna się historię intelektualnego i fizycznego wysiłku, jakimi ci dwaj panowie swoje koncepcje okupili.

Z punktu widzenia metodologii słuszna jest tylko jedna droga i duża część owych „ciekawych” koncepcji to zwykłe wymysły, mające taką samą wartość poznawczą jak literatura SF. Pomysły różnej maści fantastów „odkrywających” przy pomocy pełnego zadumy wpatrywania się w sufit to jak powstał język, są niczym więcej niż zgadywaniem. Zatem pisząc  poniżej o tym, jak ciekawa jest teoria, nie chodzi mi o solidne podstawy metodologiczne, tylko właśnie o polot i fantazję, które, jak to często bywa, giną przygniecione ciężarem aparatury badawczej. Cóż, jak powiedziałem: taka jest cena prawdy. A w tym skromnym tekście nie chodzi mi o prawdę, tylko o wyobraźnię. Warto zaznaczyć na marginesie, iż cały ten proces przejścia, o którym była mowa, jest dobrze widoczny już w samym języku prac naukowych, gdzie kosztem ścisłości i przejrzystości pozbyto się wcześniejszego kunsztu literackiego. Trudno sobie wyobrazić, by dzisiaj w pismach logicznych pisano tak, jak jeszcze miało to miejsce przed II Wojną Światową, kiedy to o logice mówiono w taki oto sposób:

Najgłębsze zagadnienia logiczne wzbudzają niekiedy niezwykłe nastroje. Oto zabłysło na chwilę światło prawdy oczywistej, najwyższej, niewzruszonej. Lecimy do światła, chcąc ujrzeć je w pełnym blasku. Na próżno! Im bliżej tym ciemniej; gubimy drogę, błąkamy się w zawiłych korytarzach myślowych i opada nas powoli zwątpienie: zali światła nie było? zali wszystko jest złudą? I wciąż wraca i wraca ta myśl natrętna i dręczy nas bez końca. Lęk nas zbiera w tajemniczym, ciemnym pustkowiu. Radzibyśmy choć iskrę uchwycić z płomienia, który błysnął przed chwilą, rozproszyć ciemność i pozbyć się zmory, co myśli nam miesza i rozum odbiera.

Jak sprawnie autor buduje tu napięcie! Czyta się to jak dobrą powieść, jak literaturę wysokich lotów. Biorąc pod uwagę język można się spodziewać, i to całkiem słusznie, że im dalej sięgniemy w przeszłość lub im głębiej wejdziemy w dżunglę, tym ciekawsze znajdziemy odpowiedzi na pytanie „Po co on jest?”. W najstarszych filozofiach i najgłębszych lasach nie ma wolnego miejsca między językiem i światem pozajęzykowym. Jeden i drugi są ze sobą ściśle związane. Nazwy są połączone ze swoimi desygnatami związkami naturalnymi, wiążącymi je na stałe i pozwalającymi, mniej lub bardziej bezpośrednio, przy pomocy jednych wpływać na drugie. Stąd powstaje magia słowa, wiara w skuteczność zaklęć.  W strukturalizmie antropologicznym nazwano je związkami metaforycznymi – operując jednym obiektem, czyli słowem, wpływamy na drugi, czyli przedmiot połączony z nim magiczną homologią. Taka „magiczna” idea związku nazwa-przedmiot nie jest zarezerwowana tylko dla ludów pierwotnych, ona przewija się w różnych wersjach w światowej historii myśli. Widoczna jest w judaizmie, gdzie prawdziwe imię boga dlatego objęto tabu, ponieważ wierzono, ze względu na związek imię-nosiciel, że wypowiadając je, rości się sobie niczym nieuzasadnione prawo do udziału w boskiej mocy. Podobnie uważano w starożytnym Egipcie, przez co prawdziwe imiona bóstw były znane tylko wąskiej grupie najwyższych kapłanów. W starożytnej Europie echa tej myśli pojawiają się w poglądach Kratylosa przedstawionego przez Platona w dialoguo takim właśnie tytule. Wczesna filozofia indyjska wprost epatuje takim związkiem, a i w późniejszym okresie jej rozwoju była podstawą ważnych nurtów. W Brahmanach, dziełach omawiających podstawy rytuałów wedyjskich, postuluje się nawet o wiele dalej idące homologie niż proste nazwa-przedmiot. Mówi się na przykład o tożsamości rytualnej przedmiotów ze względu na to, że wyrazy je określające mają taką samą liczbę sylab lub są pokrewne etymologicznie. W starożytnych Chinach natomiast prawy Konfucjusz w utracie przez nazwy ich pierwotnych znaczeń upatrywał przyczyn upadku moralności. Dopóki nazwy były używane zgodnie ze swoim znaczeniem, dopóty odzwierciedlały pierwotny porządek – dao. W czasach zamętu zmieniono ich znaczenie i rozluźnienie obyczajów gotowe. Zgodnie z tym przywrócić ów pierwotny porządek to tyle, co „naprawić nazwy”. Nie chodzi tu Konfucjuszowi o to, że, jak wiadomo, każde następne pokolenie mówi gorszą odmianą języka niż poprzednie. Narzekały na to nasze babcie, rodzice, teraz my zaczynamy narzekać. Aż trudno sobie wyobrazić, jakim doskonałym językiem musiało mówić to pierwsze pokolenie, które w ogóle go używało i jaki musiał być zawód, gdy posłuchało co i w jaki sposób wygadują jego potomkowie, o wnukach nie wspominając. Nie, Konfucjuszowi chodzi o to, że sam język jako taki odzwierciedla pierwotne dao, niebiański porządek i jeśli tylko jest poprawnie używany, wówczas w świecie ów porządek się odbija a prawo panuje. Współcześnie takie koncepcje raczej nie są traktowane zbyt poważnie i nie wytrzymują zmasowanej krytyki powszechnie uznawanych argumentów o konwencjonalnym charakterze języka i znaczenia. Odbijają się jednak ciągle echem w lingwistycznie zorientowanej filozofii, oczywiście w o wiele łagodniejszych sformułowaniach. Jakże piękny i ważny jest język w ujęciu tych koncepcji. Nie służy tylko komunikacji, o nie, on utrzymuje porządek świata! Mała zmiana znaczenia i wali się misterna konstrukcja całej rzeczywistości: giną magiczne homologie pozwalające kontrolować złe moce i zyskiwać przychylność bogów, a świat pogrąża się w chaosie moralnego upadku.

Z drugiej strony nie mniej istotne są koncepcje, zgodnie z którymi język przesłania świat w jego prawdziwym wymiarze. Rzecz znana w tradycjach mistycznych i okołoreligijnych. Rzeczywistość, co by o niej twierdzić, nie jest w żaden sposób przystająca do intelektualnych kategoryzacji, które porządkują nasze procesy poznawcze, wewnętrzne odbicie świata zewnętrznego. Język jako podstawowy nośnik tych konwencjonalnych kategorii również nie jest w stanie oddać ostatecznej natury rzeczywistości, bo ta się mu wymyka. Jest to myśl dosyć bliska niektórym współczesnym teoriom z pogranicza językoznawstwa, z tym tylko, że w tym kontekście posiada ona o wiele dalej idące konsekwencje. Przez niemal cały świat przewija się intuicja zgodnie z którą, aby doświadczyć owej ezoterycznej „takości”, trzeba nauczyć się postrzegać w oderwaniu od językowego kategoryzowania. W Chinach dobitnie wyrażał to Lao Tsy i jego taoistyczni następcy. Wszak dao, naturalny porządek (inaczej rozumiane niż u Konfucjusza), zgodnie z którym toczą się losy świata i ludzi, dopóty pozostaje prawdziwym dao, dopóki pozostaje nienazwane. Każda próba jego opisania, scharakteryzowania i zdefiniowania siłą rzeczy nie będzie już dao. Co więcej, tylko przez poznanie, doświadczenie dao człowiek może zdobyć naturalną cnotę – de i żyć szczęśliwie. Podobnie buddyzm, pomimo jego różnych odmian, pozostaje wierny idei, że doświadczenie takości – tathatā, czyli rzeczywistości takiej, jaką jest, musi odbywać się przez bezpośredni wgląd w jej naturę, a nie przez niesione językiem gdybanie. To właśnie nazywa się prawdziwą mądrością. Zgodnie ze starym indyjskim powiedzeniem:

yasya nāsti nijā prajñā kevalaṃ tu bahuśrutaḥ /

na sa jānāti śāstrārthaṃ darvī sūparasānīva //

„Kto nie posiada własnej wiedzy, a jedynie jest oczytany, ten nie zna istoty nauk, niczym łyżka smaku zupy”.

W najbardziej radykalnej wersji tej teorii mówi się, że rzeczywistość jest śūnya, czyli pusta. Pustka – śūnyatā, polega na tym, że żaden element rzeczywistości nie istnieje samoistnie i trwale. Wszystko jest tylko trybikiem w skomplikowanej sieci wzajemnych zależności i tylko w niej egzystuje. Trwa jedynie przez chwilę, by – ginąc – zainicjować powstanie następnej manifestacji w niemającym początku cyklu przyczynowo-skutkowym. Natomiast język stwarza pozór, jakoby przedmioty odniesienia nazw istniały trwale i niezależnie, tj. posiadały istotę, która wpływa na to, że uważamy je za to, czym są. To właśnie przez język i mającą w nim oparcie niewiedzę wikłamy się w to, co Budda określał jako duḥkha – niedolę, bardzo szeroko rozumiane cierpienie. Uważając, że przedmioty istnieją trwale i niezależnie, lgniemy do nich, pożądamy ich i staramy się zapewnić sobie za ich pomocą trwałe poczucie szczęścia. Niestety, jesteśmy zwodzeni i oszukiwani przez nasze błędne postrzeganie. Niesamowite, jak w porównaniu z poprzednim podejściem zdegradowano tu język. Nadal pozostaje on twórcą jakiejś rzeczywistości, ale nie jest to ta ostateczna, prawdziwa rzeczywistość, a zaledwie fikcja, która nie tylko trzyma nas w błędzie, ale wręcz uniemożliwia odnalezienie pierwotnego dobra de, lub jest bezpośrednim powodem cierpień, w które co rusz się wikłamy, starając się zapewnić sobie trwałe szczęście otaczając się nietrwałymi obiektami. Myślenie takie nie jest zarezerwowane wyłącznie dla myśli okołoreligijnych. Przewija się również w nauce, chociaż z oczywistych względów jest raczej egzotyczne na jej terenach. Nikołaj Łuzin, sławny i bardzo wpływowy matematyk z tzw. Moskiewskiej Szkoły Matematycznej, miał ponoć żywić wielką niechęć do wszelkich prób definiowania obiektów matematycznych! Uważał, jakoby było to wydzieranie z idealnego świata doskonałych obiektów i jego tajemnic, by wulgarnie je zniekształcić przez nędzne środki, jakimi w tym podłym świecie dysponujemy. Pogląd osobliwy, który jednak nie przeszkodził jego autorowi w uzyskani wielu bardzo ważnych wyników.

No dobrze, wszystko to bardzo ciekawe, ale w zasadzie po co o tym pisać? Nie mam przecież wcale zamiaru deprecjonować tu wartości codziennej komunikacji. Bez niej pewnie już dawno sczeźlibyśmy gdzieś między konarami egzotycznej flory afrykańskiej. Żaden też ze mnie apologeta powrotu do magicznego a nie metodologicznego uprawiania nauki (przewrót, który wbrew pozorom chyba wcale jeszcze się nie zakończył), czy też anarchizmu metodologicznego w stylu „everything goes” Feyerabenda. Otóż przewrotnie zastanawiam się, czy w obliczu idących od samej urzędniczej góry działań wpływających na powszechne u humanistów odczucie bycia niedocenianym, nie można by wyeksploatować tych pomysłów. Skoro jeden z problemów, tak jak ja go widzę, polega na tym, że efekty ciężkiej pracy, dajmy na to językoznawców, poza pewnymi wyjątkami są często dla postronnego oka mało efektowne, a przez to i mało komercyjne (ot takie tam zabawy bandy dziwaków), to dlaczego by, wzorem licznych artystów undergroundowych z przeszłości, nie dać w końcu gawiedzi tego, czego ona chce?

Mamy tutaj teorie mogące posłużyć za podstawę paradygmatów fundamentalnych ontologicznie z jednej strony, a z drugiej, nie bójmy się tego słowa, soteriologicznie. Przy odrobinie pracy można by je przystroić w szaty  naukowości i stanąć w kolejce po należne uznanie oraz, jakże by inaczej, po gotówkę. Toż trzymamy w garści badania nad jakże ważnym elementem finezyjnej konstrukcji świata, który nie służy tylko i wyłącznie jego opisywaniu, ale jest konieczny dla utrzymania jego porządku, i to nie byle jakiego, bo przecież moralnego. Mamy również pod ręką badania nad żartownisiem, który prowadzi nas, użytkowników, na manowce ignorancji i przesłaniania ostateczną naturę rzeczywistości.  Słuchając przeróżnych opowieści o tym jakie badania i w jaki sposób opisane otrzymywały już zastrzyk gotówki ze źródeł zewnętrznych, mogłoby się okazać, że powrót do takich, nieco „magicznych”, ale ciekawych i opatrzonych wielkimi słowami pomysłów byłby przedsięwzięciem niezwykle lukratywnym. Weźmy np. badania z zakresu składni i semantyki – w takim ujęciu mają one zasadnicze znaczenie, wszak odpowiada im sama natura rzeczywistości. Z kolei dla ludzkiego samopoczucia, ba, dla zdrowia psychicznego, kluczowe stają się badania nad historią języków, albowiem od samego początku swojego istnienia są one odpowiedzialne za ludzką niedolę i przeróżne frustracje; tak humanistów, jak i nieczułych na ich uroki urzędników.


[1]Przez słowo ‚fantazja’ w tym wpisie rozumiem zawartość merytoryczną tekstu pobudzającą wyobraźnię, niekoniecznie związaną z ‚fantazjowaniem’.

Michał  Lipnicki

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


6 − pięć =