Nieoczywisty urok języka arabskiego

1.

Kiedy zdradzam się w Polsce ze znajomością języka arabskiego, decease spotykam się czasami z pytaniem: ?Czy to trudny język??. Wtedy jestem w kropce, more about bo zakładam, że pytający mają prawo oczekiwać odpowiedzi zawierającej pojęcia dla nich zrozumiałe, w rodzaju: ?Tak, ma trudną odmianę przez przypadki?, albo: ?Tak, jest w nim dużo czasów?. W ten sposób jednak odpowiedzieć nie mogę, bo akurat pod tymi względami arabski jest dosyć łatwy. Największa moim zdaniem trudność związana z arabskim jest natury socjolingwistycznej i zwie się diglosją (niektórzy piszą: dyglosją). Żeby wytłumaczyć ją niewtajemniczonemu, mam niekiedy ochotę (choć nigdy nie ma na to czasu) przedstawić taką hipotetyczną sytuację.

2.

Wyobraźmy sobie, że oto w Polsce ludzie w domu i na ulicy rozmawiają ze sobą po polsku, włączają telewizor i oglądają serial, w którym słyszą polski, otwierają gazetę i widzą reklamę, która krzyczy do nich po polsku, słuchają piosenki pop po polsku.

Samo życie.

Jednak w tej samej Polsce, kiedy człowiek chce w tej samej gazecie przejrzeć wiadomości, albo napisać czy przeczytać książkę albo pracę naukową, zapoznać się z treścią pisma ze spółdzielni albo z banku, posłuchać pieśni Chopina, wtedy musi użyć ? uwaga! ? słowiańskiego. Powiedzmy, że jest to coś w rodzaju staro-cerkiewno-słowiańskiego. Więc na przykład w Hamlecie nie przeczyta: Być albo nie być, oto jest pytanie, ale: Byti li ne byti, ese rasp?tije.

Kiedy polskie dziecko idzie do szkoły, nie ma lekcji polskiego. Gorzej, za używanie go dostaje złe stopnie. Za to uczy się właśnie, od podstaw, słowiańskiego, który w bardzo wielu względach jest dla niego obcy i trudny. Dziecko odkrywa, że w słowiańskim na dom mówi się inaczej niż po polsku, na samochód inaczej, wyrazy dobrze, źle, chcę, muszę mają swoje niekiedy do niczego niepodobne słowiańskie odpowiedniki, których trzeba się nauczyć. Trzeba opanować nowe deklinacje i koniugacje.

Polskie dziecko będzie się stopniowo dowiadywać, że chcąc wypowiedzieć się publicznie, a nawet chcąc się pomodlić, powinno mówić po słowiańsku. Przed tym, kto nie opanował słowiańskiego mniej więcej biegle, ważne sfery życia będą nie do końca otwarte.

Z drugiej strony na kogoś, kto by używał słowiańskiego przy kupowaniu włoszczyzny na straganie albo w prywatnej rozmowie, patrzy się jak na wariata albo obcokrajowca. Dlaczego? Bo tak się po prostu nie mówi. Słowiański nie do tego służy, do tego służy polski. I wie o tym każdy. Przełączanie się z jednego sposobu mówienia na drugi nie jest niczym dziwnym, wszyscy tu żyją w podwójnej rzeczywistości językowej, w której dwie spokrewnione odmiany języka używane są we wzajemnie wyłączających się i uzupełniających się sytuacjach. To właśnie jest diglosja (choć zazwyczaj nikt tego naturalnego stanu znanego wszystkim od dziecka tak nie nazywa ani się nad nim nie zastanawia).

Taki rozdział funkcji jest dosyć konsekwentnie przestrzegany. Czasami jednak polski i słowiański się przenikają. Na przykład niektórzy prozaicy dialogi w powieści napisanej całkowicie po słowiańsku formułują po polsku. Z drugiej strony nierzadko zdarzy się, że ktoś w toczącą się po polsku rozmowę wplecie przysłowie albo cytat z wiersza po słowiańsku. Kiedy w telewizji debatują dwie mądre głowy, to debatują oczywiście po słowiańsku, bo publicznie, ale kiedy któryś z rozmówców z nich się zacietrzewi, to przestaje dbać o słowiańskie końcówki i słownictwo, coraz częściej ześlizgując się w polski. Kiedy nerwy puszczają, konwenans schodzi na plan dalszy.

Diglosja ma swoje minusy. Kto nie nauczył się słowiańskiego w szkole, bo nie miał szczęścia do niej chodzić albo był niezdolny do języków, ten we własnym kraju nie poczyta gazety, a czasem nawet nie wszystko zrozumie z telewizji. Chcąc się stać człowiekiem kulturalnym na poziomie krajowym, wcale nie światowym, trzeba opanować właściwie nowy język.

Diglosja ma swoje plusy. Tak się bowiem składa, że używany w Polsce słowiański nie różni się znacznie od słowiańskiego używanego nawet w początkach istnienia polskiej, i słowiańskiej w ogóle, literatury i kultury. To znaczy, że kiedy weźmiemy do ręki współczesną gazetę i jakiś zabytek piśmiennictwa słowiańskiego sprzed dziesięciu wieków, to w obu znajdziemy ten sam język, mimo drobnych różnic w konstrukcjach składniowych, neologizmów w tekście współczesnym i, ma się rozumieć, odmiennego stylu. Kolejny plus diglosji: tak się składa, że analogiczna sytuacja językowa istnieje w bratnich krajach słowiańskich, od Rosji po Macedonię. W każdym z nich używa się tego samego słowiańskiego w sytuacjach dla niego zastrzeżonych, a w pozostałych ? lokalnych odmian. Wszystkie te kraje spaja język słowiański, jeden i ten sam. Oznacza to, że jedziemy z Poznania do Skopja i czujemy się niemal jak w domu, bo nawet jeśli potocznie u nich jagoda oznacza truskawkę, to gazety, książki, media, kultura ?wyższa? jest tworzona w tym samym słowiańskim co u nas. To samo we Władywostoku. Słowiański nas scala.

Za to odmiany lokalne dzielą. Czasem tak bardzo, że gdyby nie jakaś forma pośrednia z domieszką słowiańskiego, Macedończyk z Polakiem się nie dogadają.

Do tego miejsca niechętnie używałem słowa ?język?, ponieważ nie jest rzeczą oczywistą, jak nazywać te ?lokalne odmiany? i jak określić ich stosunek do słowiańskiego. Czasem na polski, macedoński, rosyjski itd. mówi się: język potoczny, a bardziej naukowo: dialekty, regiolekty. Ważniejsze jednak jest ogólne przekonanie ludzi, że nie są to odrębne języki, lecz lokalne odmiany słowiańskiego istniejące obok jego ?czystej? postaci ogólnosłowiańskiej. Że lokalne odmiany potoczne tworzą z czystym słowiańskim jedną niepodzielną całość. Nazywa się ona nie inaczej jak ?język słowiański? właśnie. Ludzie uważają, że kiedy w Polsce na straganie mówią po polsku, to mówią po słowiańsku, tyle że w polskiej odmianie potocznej. I tak samo w Macedonii: też mówią po słowiańsku, tyle że w macedońskiej odmianie potocznej.

W żadnym kraju słowiańskim żadna z tych odmian, jak wspomniałem, nie jest nauczana w szkole. Dlaczego? Wydawać by się mogło, że to skandal tak zaniedbywać narzędzie codziennej komunikacji. Jest jednak faktem, że odmianę potoczną traktuje się jako coś gorszego od słowiańszczyzny czystej, jako jej zepsutą wersję. Czysty słowiański jest poprawny, właściwy, a polski, rosyjski, macedoński, słowacki itd. to jego zdegenerowane dzieci, z których jedno przypomina swojego nieskazitelnego przodka bardziej w tym aspekcie, drugi w tamtym, trzeci w owym, ale żadne do końca. O tych odmianach ludzie nauczeni są nie mieć dobrego zdania. Twierdzą, że te lokalne odmiany są pozbawione gramatyki (absurdalności takiej opinii nie trzeba uświadamiać żadnemu językoznawcy), że cudzoziemcowi nie warto się ich uczyć. Mówiąc krótko: to narzędzie komunikacji bez prestiżu, ot, taka nasza codzienna, szara, gminna słowiańszczyzna. Dlatego pisząc albo mówiąc w czystym słowiańskim, wszyscy raczej wystrzegają się wyrażeń mogących budzić podejrzenie, że są wtrętami z odmiany potocznej. Słowiański czysty nie powinien brzmieć jak polski słowiański czy serbski słowiański. Ma być czysty, wolny od naleciałości lokalnych. Aż sztuczny.

Tak myślą ludzie, bo tak się ich edukuje. Państwa słowiańskie prowadzą politykę językową mającą na celu promowanie słowiańskiego czystego i niedopuszczanie odmian lokalnych do sfer dla niego zarezerwowanych. Na uniwersytetach bada się słowiański czysty, i to z rozmachem, za to odmian lokalnych się nie zauważa, jakby ich nie było.

Ludzie są do tego przyzwyczajeni. Ale są też buntownicy. Próbują pisać powieści po polsku, serbsku, uczynić z tej czy innej lokalnej odmiany język, który wydarłby ogólnosłowiańskiemu funkcje literackie. Ale co z tego, kiedy takich śmiałków jest garstka, a wydawcę znajduje nikły ich procent?

Jednocześnie są ludzie, którzy ?jedność słowiańską?, wyrażającą się najpełniej (a może dziś już tylko jedynie?) w języku, traktują bardzo poważnie. Ci w odmianach lokalnych widzą dynamit, który może tę jedność rozsadzić. Potrafią powiedzieć, że każdy, zwłaszcza nie-Słowianin, kto zajmuje się odmianami lokalnymi, np. badając je naukowo, pisząc słowniki, dąży do rozbicia jedności Słowian, nie ma dobrych intencji

3.

Jeśli w powyższym tekście z gatunku linguistic fiction zamienimy wyrazy ?słowiański? na ?arabski?, a ?polski?, ?serbski?, ?rosyjski?, ?macedoński? na ?egipski?, ?syryjski?, ?marokański?, ?iracki?, uzyskamy obraz ? z konieczności uproszczony ? realiów socjolingwistycznych w świecie arabskojęzycznym. I możemy wrócić do kwestii, na czym polega główny ?urok? języka arabskiego. Znać arabski to tak naprawdę znać język ogólnoarabski, a oprócz niego przynajmniej jedną (to skrajne minimum) odmianę lokalną (dialekt). Znaczy to, że w naukę arabskiego trzeba włożyć dwa razy więcej pracy niż na przykład w naukę francuskiego. Na studiach w Polsce, i gdzie indziej na świecie, większość zajęć poświęca się ogólnoarabskiemu, na dialekt niestety zawsze przewidziane jest mniej godzin. A kiedy już uda się nam wyjechać do kraju arabskiego, okazuje się, że ogólnoarabskiego, którego nauczyliśmy się na uczelni, nie za bardzo mamy gdzie praktykować, że nie ma z kim w nim pogadać. Pozostaje nam w nim czytać, czytać i jeszcze raz czytać, z przerwami na posłuchanie radia i telewizji. Ale tymczasem już goni nas konieczność podciągnięcia się w dialekcie…

Marcin  Michalski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


pięć + = 11