Czy językoznawca może być poetą?

Pochodzę z Kępna, z wielodzietnej rodziny, w której 45, 50 lat temu nie było solidnej, domowej biblioteki. Owszem, jakieś ówczesne lektury szkolne, tanio kupione dzieła zebrane A. Mickiewicza lub przedwojenne jeszcze, broszurowe wydania powieściowej klasyki, zawsze gdzieś stały i leżały, ale moi rodzice nie mieli wtedy pieniędzy ani też, jak sądzę, głowy do kompletowania czegoś, co nie było niezbędne rodzinie do przeżycia. Nigdy więc nie chodzili do księgarni i nie inwestowali resztek domowego budżetu w zaczerniony literkami papier.

 

Na szczęście – kiedy już radziłem sobie z czytaniem bez pomocy dorosłych lub starszej siostry – z dostępem do książek nie miałem żadnych trudności. W chwili, gdy wstąpiłem w progi Szkoły Podstawowej nr 1, otwarła się przede mną szkolna biblioteka, skąd czerpałem pełnymi garściami. Pracujące tam panie szybko zorientowały się, że mały K. Szymoniak chętnie zabiera do domu bajki, baśnie, klechdy, a nawet większe opowiadania i powieści dla młodszej młodzieży. Szybko stałem się w swojej grupie wiekowej jednym z tych, którzy na koniec roku dostawali świadectwo oraz dyplom z nagrodą, oczywiście w postaci książek, za wzorowe czytelnictwo.

Prawdziwe, pierwsze solidne „cegły”, wykraczające swoją zawartością poza tradycyjny i typowo szkolny zestaw lektur, ojciec kupił mi po uroczystości Pierwszej Komunii Świętej za część pieniędzy, które goście komunijni umieścili w kopertach z pamiątkami. Ponieważ miałem już wtedy 10 lat i dosyć dobrze orientowałem się w tematyce książek dla starszej młodzieży, nie miałem problemów z wyborem tytułów. W ten sposób trafiłem wreszcie do księgarni na Rynku, gdzie potem bywałem już stale, by kupić, pooglądać czy wygrać jakąś książkę w loterii fantowej. Do końca ósmej klasy, a konkretnie do września 1968 roku, zostawiałem tam, w tej kępińskiej księgarni, niemal wszystkie swoje oszczędności. Na marginesie tylko wspomnę, że pierwszą wygraną w ten sposób na loterii książką było BN-owskie wydanie z 1951 roku czegoś, o czym w zasadzie nie miałem większego pojęcia. Nie uwierzycie, a jednak było to – Kształcenie mówcy. W ten sposób zdobyłem za złotówkę (cena losu loteryjnego) podręcznik retoryki i wychowania, którego autorem jest Marcus Fabius Quintilianus, zwany Kwintylianem, pierwszy profesor retoryki w Rzymie, mianowany na to stanowisko w roku 88 n.e.

 

Ale do rzeczy… Owe pierwsze książki, a było ich chyba z pięć, które stały się moim komunijnym prezentem, dotyczyły wielkich podróży w odległe zakątki świata, odkryć geograficznych, wysp Oceanii oraz kultur prekolumbijskich w Ameryce Północnej i Południowej. Największa z nich, najcięższa i najgrubsza, była historią Europy na morzach i oceanach w jakże romantycznym i pobudzającym dziecięcą wyobraźnię okresie heroicznego zdobywania przez Europejczyków – dzisiaj można już powiedzieć: brutalnego podbijania i krwawego masakrowania – wysp, krajów i całych kontynentów. To był zalążek mojej własnej biblioteki, mojego okna na świat, biblioteki, która przez następne kilkadziesiąt lat, do chwili obecnej, gdy piszę te słowa, nie tylko zmieniała zawartość, ewoluowała, odchudzała się i potężniała, ale także stawała się z czasem moim warsztatem, zbiorem narzędzi, schronem, w czasie przeprowadzek rodzajem kuli u nogi, a także finansowym wyrzutem sumienia, wreszcie jakąś częścią osobowości, której nie potrafiłem nigdy porzucić, sprzedać czy wymienić na nieco bardziej wygodne w użytkowaniu i nieco bardziej przydatne w codziennym kieracie obowiązków dobra materialne.

 

Moja mała, prywatna biblioteka wiodła mnie z czasem ku zainteresowaniom językowym. Na własny użytek uprawiałem wówczas jakieś naiwne, utopijne językoznawstwo i językotwórstwo, wytyczając własne szlaki według nieistniejących jeszcze map oraz tworząc nowe alfabety i języki dla nieistniejących jeszcze plemion. Trafiały mi się też inne epizody związane przede wszystkim z językami obcymi. Oto jeden z nich. Miałem wtedy z 12 lat. Nagle, za sprawą zapobiegliwego ojca pojawiła się w domu mała (oczywiście nabyta spod lady, bo wtedy wszystko, z wyjątkiem dzieł Lenina, było spod lady), jednotomowa, popularna encyklopedia „A-Z”. I od razu stała się ona dla mnie czymś na kształt Księgi pełnej wspaniałości i tajemnic, Księgi z opowiadań B. Schulza, Księgi z kolorowymi ilustracjami, przeróżnymi tabelami i mapami. Z punktu widzenia dzisiejszej Wielkiej, 30-tomowej Encyklopedii PWN, było to ziarno grochu wobec dumnego arbuza, ale ja, za sprawą tej właśnie encyklopedii, znowu mogłem wyprawić się w podróż do dowolnego miejsca na świecie, nad sławne rzeki i na szczyty gór, mogłem schodzić na dno morza i poznawać otaczający mnie kosmos, zanurzając się w bezmiar obcobrzmiących nazw geograficznych i nazwisk ważnych dla historii osób.

 

W ten sposób zaraziłem się miłością do encyklopedii oraz słowników i wszelkiej maści leksykonów. Wtedy też w Kępnie przeżyłem w związku z tym małe zwątpienie. Już jako uczeń siódmej albo ósmej klasy dostałem się kiedyś na poddasze budynku szkoły, gdzie ulokowano magazyn szkolnej biblioteki, także tej, która istniała tam do roku 1918 i w okresie II wojny światowej. Penetrując owo poddasze, trafiłem zupełnie przypadkowo, na niezwykłej urody wielotomową niemiecką encyklopedię z początków XX wieku. Nie znając jednak języka i nie mając pojęcia o zapisywanej szwabachą zawartości haseł, mogłem tylko podziwiać obrazki, czyli wklejkowe rozkładane ilustracje. Dzięki nim potrafiłem chociaż zorientować się, czego dotyczyły definiowane zagadnienia. Ale do prawdziwej wiedzy, zamkniętej w słowach i zdaniach, nie miałem dostępu. Był to rodzaj lekcji, z której próbowałem przez następne lata wyciągać jedynie słuszne wnioski.

 

Ostatnie lato spędzone w Kępnie, skąd w 1969 roku wyprowadziliśmy się całą rodziną do Gniezna, było jednak latem poezji. To ona właśnie zaczęła mnie pochłaniać i prowadzić ku nowym sferom budowania, pojmowania i definiowania własnego języka. Wspomnienie tego lata zamknąłem w wierszu, który powstał w roku 2011. Oto on:

 

 

 

lato 1968

 

 

Las był nad wodą i ogromna cisza

                Cz. Miłosz, „Przeszłość”

 

 

Od prawdziwego lasu oddzielało mnie

siedem kilometrów łąk, ozimin, wiosek na piachach

i sinusoida polnej drogi. Dużego jeziora z ptactwem

wodnym nigdy tam nie było, za to ciszy pod dostatkiem.

Ciszy, jaką zapewnia przestrzeń półwiejska  na granicy

małego miasta i ziemniaczanych zagonów, pełna ziół,

światła, domowego drobiu, na miedzach traw

nieskoszonych, szeptów owadzich i pieśni skowronków.

 

Miałem 15 lat. Przed miesiącem rzuciłem

szkolne świadectwo do szuflady kredensu i właśnie

siedziałem na dnie żwirowni od lat nieczynnej. Siedziałem

na rozgrzanym słońcem kamieniu wielkości dwóch worków

zboża. Linią horyzontu była mi krawędź wielkiego dołu.

Zza tej krawędzi, z południa, dobiegał głos kukułki.

Lipcowy skwar otulał mnie falami ciepła, a fale zielnych

zapachów zwiastowały nadchodzące żniwa. Ja byłem jednak

uparty, nie poddawałem się urokom chwili.

 

Miałem 15 lat. Siedziałem na rozgrzanym kamieniu

i w kajecie z kratkowanego papieru zapisywałem wiersze

i poematy. To pisanie odurzało mnie jak zapach

kwitnącej czeremchy, choć niewiele było w nim poezji.

Chwilami stawało się mętne i pełne wszelkich nadmiarów,

pełne fraz, które nie trzymały rytmu, nie były też awangardą,

nie więziły sensów, nie znaczyły co znaczyć by mogły,

gdybym posiadł wiedzę, warsztat i sprawność poety.

 

Miałem 15 lat, a za sobą pierwszy pocałunek,

pierwsze wzloty i upadki, pierwsze plany na przyszłość.

Świat, ten prawdziwy i wielki, miał się dopiero przede mną

otworzyć, zaskakując mnie jednak co jakiś czas zupełnym

brakiem zrozumienia dla moich marzeń, ideałów

i karkołomnych pomysłów. Dzisiaj, gdy z oddalenia

spoglądam na dno owej żwirowni, wiem już, że tamto uparte

pisanie wierszy nie było dziełem przypadku, nie było

pozbawione sensu, było początkiem pięknej porażki.

 

Najpierw z książek uczyniłem gród warowny.

Zawarta w nich wiedza miała uczynić mnie wysokim

przystojnym blondynem. Nigdy tak się nie stało. Praca

w języku, myślenie tekstem – były mi tarczą i mieczem, ale

nigdy za ich sprawą nie zaznałem bogactwa, sławy i miłości

pięknych kobiet. Kiedy wreszcie pojąłem, że z klęsk

wszelakich powstają nieciekawe dowody mego istnienia,

było już za późno na wybór innej drogi.

 

Miałem 15 lat, wierzyłem w swoją gwiazdę

zbieracza słów, a drogowskazem były mi życiorysy wielkich

mistrzów. Na poezji nie zawiodłem się nigdy, choć dała mi

tyle tylko, ile dać mogła. Reszta, jak to zwykle bywa,

zależała ode mnie, ale wtedy nie wiedziałem tego jeszcze.

Owszem, starałem się, budowałem miraże, policzkowałem

pieszczochów reżimu, nie pojmując, że pisanie wierszy

to ciągłe kopanie studni, to szukanie jaskiń i wyprawy

w labirynty ducha bez nadziei osiągnięcia celu.

 

Lata mijały. Kiedy stałem się wystarczająco

rozumny, aby w kałuży rozpoznać własną twarz zmęczonego

człowieka, okazało się, że taki właśnie los zapisałem

w swoim kajecie latem 1968 roku, siedząc na kamieniu

i słuchając nawoływania kukułki. Właśnie o tym były moje

poematy, choć wówczas nie rozumiałem słów, które

układały się w niewesołą historię pełną głębokich sensów,

ważnych pytań i nieznanych mi jeszcze Pieśni Maldorora.

 

 

 

 

Potem, już w Gnieźnie, było LO, po maturze zasadnicza służba wojskowa i wreszcie studia na poznańskiej polonistyce. To właśnie tam, ciągle pracując w języku jako początkujący poeta, zakochałem się w językoznawstwie. Dzięki pierwszym rozmowom i pomysłom na współdziałanie z – wtedy jeszcze – dr Haliną Zgółkową, zanurzyłem się w zjawiska językowe współczesnej polszczyzny, a także w leksykologię i leksykografię. Ta przygoda z językiem zamieniła się w kilkunastoletnią systematyczną współpracę z profesor Haliną Zgółkową i profesorem Tadeuszem Zgółką. I – co ważne – ta przygoda zrobiła również dobrze mojej poezji. Im głębiej siedziałem w językoznawstwie, tym lepiej radziłem sobie z poezją, jako sposobem komunikowania się z otoczeniem. Wszystkie swoje najważniejsze i najlepiej skonstruowane zbiory wierszy opublikowałem po roku 2005, kiedy byłem już od pięciu lat wykładowcą na Etnolingwistyce, prowadząc autorski fakultet dziennikarsko-medioznawczy.

 

Stąd też moje tytułowe pytanie: czy językoznawca może być poetą? Dzisiaj to wiem, jak kiedyś (we wczesnej młodości) nie wiedziałem, że językoznawca jak najbardziej może być poetą. Także inżynier może, lekarz może, duchowny może, kierowca TIRa, a nawet polityk może być poetą (jeżeli jego duszy nie zniszczy partyjniactwo i żądza władzy). Bo kim – w ostateczności – jest poeta? Biorąc pod uwagę tylko własne doświadczenia (ale i obserwując innych autorów), unikając jednak jakiejkolwiek generalizacji, czyli kwantyfikatorów dużych, mogę zaryzykować tezę, że określenie ‚poeta’, odnoszące się do kogoś, kto jest autorem tekstów wierszowanych, funkcjonuje jako pojęcie z gruntu wieloznaczne, trudne do zdefiniowania i niosące z sobą różne konotacje – od bardzo pozytywnych, do bardzo negatywnych, zarówno w wymiarze egzystencjalnym, jak i warsztatowym. Kondycję poety-kreatora (jak i każdego innego muzyka, malarza czy fotografa) określa często jego biografia, a bywa, że i legenda upadku. Natomiast jego działania twórcze, jeżeli osiągają poziom zwany progiem drukowalności, zazwyczaj (poza przypadkami twórczości jawnie użytkowej: ideologia, religia, propaganda) podlegają różnorodnym interpretacjom, specjalistycznym, także językowym, analizom, a wreszcie wartościowaniu. To ostatnie odbywa się, potocznie rzecz ujmując, w przedziale grafoman – geniusz, z wieloma stanami pośrednimi, i sprawia największy kłopot osobom pracującym na żywym materiale (warsztaty i konkursy poetyckie), bo jak powiedzieć przekonanemu o swojej genialności grafomanowi, że powinien się nad sobą zastanowić lub jak przekonać skromnego, ale utalentowanego amatora, aby wszedł na – w gruncie rzeczy – zdradliwe niekiedy drogi i bezdroża poezji współczesnej?

 

A zatem, dlaczego językoznawca może być poetą? Moim skromnym zdaniem z tego prostego powodu, że ‚bycie językoznawcą’ zasadza się na wiedzy i talencie, a ‚bycie poetą’ zasadza się na umiejętności i talencie. Przy czym jedno z drugim nie wchodzi w kolizję. Językoznawca, aby skutecznie i twórczo komunikować się z otoczeniem, czyli na przykład z własnym środowiskiem naukowym, musi posiąść odpowiednią wiedzę oraz do perfekcji opanować metajęzyk dziedziny, którą się zajmuje. Natomiast poeta (bez względu na to czy i jak radzi sobie z metajęzykiem językoznawców), aby skutecznie komunikować się ze światem, czyli z czytelnikami, krytykami i literaturoznawcami (wszyscy oni tworzą zbiór odbiorców), musi uprawiać poezję wysokich lotów, interesującą w płaszczyźnie semantycznej (tutaj: bez wartościowania) oraz jakościowo poprawną, ale i rozpoznawalną/odkrywczą, na poziomie języka/stylistyki. Mówiąc krótko, językoznawca zawsze powinien ważyć słowa, a poeta – jeżeli chce być ceniony i szanowany – spełnia się wytyczając własne szlaki według nieistniejących jeszcze map oraz tworząc nowe alfabety i języki dla nieistniejących jeszcze plemion. Tam – konkret, tu  – metafora. Tam – analiza, tutaj – synteza.

 

Na koniec tych niespiesznych i dosyć luźnych rozważań proponuję kolejny swój wiersz, który można potraktować albo jako puentę, albo jako propozycję do dalszych przemyśleń. W sprawie jakości moich wierszy wypowiadać się nie zamierzam, bo nie mnie to oceniać. Od tego jest czytająca publiczność, której w tym miejscu dziękuję za cierpliwość. PS. Oba wiersze pochodzą z tomu „Poemat amerykański”, który ukazał się w roku 2011.

 

 

epilog

 

 

zajęty sprawami nie do pojęcia

rzeczami nie do nazwania wiele lat temu

porzuciłem bliskich i rodzinne strony

przekonując sam siebie że mam

do spełnienia misję nie cierpiącą zwłoki

w odległych krainach ryłem więc tunele

budowałem mosty wiszące i wieże strzeliste

 

w końcu jednak zmęczony odarty

ze złudzeń porzucam te zajęcia

i przychodzę przyjeżdżam otwieram okna

zrywam pajęczyny zdejmuję pokrowce

z luster i foteli wystawiam na parapet

kaktusy i bluszcze rozpalam w kominku

aby dym nad domem widoczny był z daleka

 

dzień mija pranie na sznurach dosycha

ale nikt nie przychodzi nie widzę

znajomych twarzy nic nie zakłóca

ciszy ogrodu ani snu omszałego kamienia

pod wieczór okazuje się że wszyscy

których kocham są gdzie indziej a ci

którzy są obok nie rozumieją mojego języka

 

 

Krzysztof  Szymoniak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


6 + siedem =