Alfa i omega. Początek i koniec.

Pomysł stworzenia wpisu blogowego na temat języka greckiego, to pomysł z goła niedorzeczny. Tysiące lat historii i niepoliczalne woluminy rozpraw naukowych miałyby stać się przedmiotem skromnej notki? Oczywiście, że nie, to przecież rzecz niemożliwa. Coś jednak napisać warto… Oto myśli, jakie pojawiają się w mojej głowie, kiedy piszę ten tekst.

Zacznę od rozmiaru, a może raczej od bezmiaru pojęcia:  język grecki. Ponad trzy tysiące lat continuum helleńskiego – oto obszar eksplorowany przez różnych specjalistów. Mimo jego ogromu, w ujęciu chronologicznym i geograficznym, trudno wyznaczyć w tym okresie jednoznaczne cezury, które mówiłyby, że tu się kończy jedna epoka a tam zaczyna kolejna, albo że dotąd sięga określone zjawisko i nie dalej.

Jak zatem udźwignąć ponad trzy tysiące lat, trzy kontynenty i różne religie obecne w wielowiekowej historii Grecji i jej języka? Jedynym adekwatnym do tego narzędziem, a jednocześnie wehikułem w czasie i przestrzeni, jest właśnie język. To na nim odcisnęły piętno dzieje historyczne, polityczne, społeczne i kulturowe, widoczne w strukturach języka greckiego.

Ktoś może w tej sytuacji pomyśleć: Język grecki…? I zaraz sam sobie odpowie: Nie, dziękuję, toż to same problemy. Bo to i długa historia, i ogrom literatury, i wreszcie dziwne litery. Taki sceptyk może mieć trochę racji, bo istotnym problemem zdaje się być już samo nazywanie języka greckiego. Rzecz w tym, że podobnie, jak termin „Grecja”, tak i termin „język grecki” budzi skojarzenia związane z Grecją starożytną. Tymczasem, o czym niekiedy się zapomina, współczesna Grecja i Cypr to nie archaiczne poleis, a język grecki dzisiaj to język nowogrecki (dla jasności, dla odróżnienia go od greki starożytnej, czy koiné).  Dlatego badacz współczesnej Grecji to neohellenista, a nie archeolog czy filolog klasyczny. Oczywiście neohelleniści współpracują z tymi specjalistami i absolutnie nie odcinają się od starożytnych korzeni. Jednak jednym z kluczowych zagadnień neohellenistyki jest wyznaczenie sobie granic, a dokładniej miejsca początkowego badań,  za który przyjmować można schyłek epoki bizantyńskiej, a symbolicznie – zdobycie Konstantynopola.

W tym miejscu powraca do nas trafna myśl Horacego „podbita Grecja podbiła Rzym”. Jeśli bowiem uświadomimy sobie, że turecka nazwa miasta „Istambuł” pochodzi bezpośrednio od greckiej frazy „εις την Πόλη” [is tin poli], to – mimo podboju Konstantynopola przez Turków – język grecki symbolicznie odniósł własne zwycięstwo, pozostając w nazwie miasta. Tymczasem my w tym właśnie miejscu wsiadamy do środka transportu, do wehikułu jakim jest język grecki. Możemy podróżować nim dowolnie, w czasie i przestrzeni, wzdłuż i wszerz. Dlaczego? Ponieważ współczesny język grecki to produkt ewolucji języka na przestrzeni dziejów, a sami Grecy – mimo iż są natywnymi mówcami tego języka – mieli i niejednokrotnie nadal mają trudności z posługiwaniem się nim (np. w zakresie akcentowania urzeczownikowionych imiesłowów w formach deklinacyjnych).

Do ważniejszych i jednocześnie ciekawszych kwestii związanych z językiem greckim należy tradycja starożytna. Była ona podsycana w wieku XIX i XX przez językoznawców i decydentów państwowych pod hasłem „ożywienia języka starożytnego”. Kwestia ta zasadzała się na próbie powrotu do greki starożytnej i uznania jej za oficjalny język nowożytnych Greków. Można się domyślić, że ten pomysł spalił na panewce, bo (tu celowo wyolbrzymiam, aby zobrazować problem, bazując na hasłach-kluczach) kwestię: gdzie w XIX wieku szukać, a zwłaszcza znaleźć żywego native’a speakera, który mówiłby językiem Homera? Mimo niepowodzenia takiej koncepcji języka greckiego, która stała w opozycji do naturalnie ewoluującego języka greckiego (głównie w tradycji oralnej), zamieszanie w kwestii językowej pozostało. Dopiero symbolicznie przyjęty rok 1976 szeroko otworzył drzwi do Wspólnego Języka Greckiego (Νεοελληνκή Κοινή Γλώσσα), kiedy to padł ostatni bastion zwolenników oczyszczania języka greckiego z obcych, wielowiekowych naleciałości i naprawiania go na modłę starogrecką. Czyli na wzór tego, czym był kiedyś grecki język prawny i prawniczy. Wtedy wreszcie, zgodnie z fundamentalnymi zasadami demokracji, rządzący reprezentanci ludu wydali okólnik o uproszczeniu języka dokumentów państwowych. Odtąd wszyscy Grecy, bez względu na wykształcenie, zawód, czy status społeczny, zaczęli mówić jednym, wspólnym językiem.

Nie oznacza to jednak, że nasz wehikuł został zamieniony na całkowicie nowy model. Powiedziałabym raczej, że został solidnie zliftingowany ;), ponieważ wspólny język nowogrecki to continuum, które nawet we współczesnej formie zawiera obecne i użytkowane w dniu dzisiejszym struktury języka starogreckiego. Jednocześnie nasz pojazd – czyli język grecki – jest wyposażany w nowe technologie, które wkradają się do niego w formie kalek językowych, czy innych neologizmów mających źródło w językach obcych. I tak, np. grecka winda – „ασανσέρ” [asanser] to jednocześnie francuska winda „ascenseur”.

Fascynacja nowymi technologiami i współczesna lingua franca, za jaką uznaje się język angielski, są przyczyną powstania oraz powszechnego użytkowania tzw. Greeklish (Greek + (Eng)lish), który początkowo miał ułatwić komunikację cyfrową i sieciową użytkowników komputerów i telefonów komórkowych. Mówiąc w dużym skrócie i dosyć ogólnie, Greeklish – polegający na zapisie języka greckiego z użyciem czcionki alfabetu łacińskiego – jest teraz oskarżany o kryzys i zubożenie języka greckiego. Czyżby więc nasz środek transportu, którym poruszamy się po przestrzeni neohellenistycznej (język grecki) był aż tak słaby i po kilku tysiącach lat polegnie w ciągu, raptem, kilku dekad? Bardzo wątpię. Nasz wehikuł przypomina raczej samochód z silnikiem hybrydowym. Z jednej strony czerpie to, co nowe, z drugiej zaś strony domestyfikuje obce źródła. Stąd też, przykładowo, kiedy Grecy mówią, że serfują w internecie, to mówią: „σερφάρω” [serfaro], a na komputer mówią „(ηλεκτρονικός) υπολογιστής” [(ilektronikos) ipologistis], co oznacza elektroniczną maszynę do liczenia. No, bo przecież, czyż nie jest on urządzeniem, które liczy (ang. compute)?

Nie bez przyczyny zatytułowałam niniejszy wpis frazą „Alfa i omega”. Język grecki, jak i kultura grecka to zarówno początek, jak i koniec tzw. cywilizacji europejskiej. Początek ma charakter historyczny, a koniec charakter geograficzny. To najdalszy kierunek południowo-wschodni Europy. Podobnie możemy powiedzieć o języku greckim, który dał początek terminologii naukowej i technicznej. Na przykład nazwa urządzenia „telefon” pochodzi od greckich źródłosłowów (sufiks „τηλε” [tile] oznaczający: z dala, na odległość + rzeczownik „φωνή” oznaczający głos). Jednocześnie język grecki jest miejscem docelowym tej terminologii, która trafia do niego w formie zapożyczenia, np. z języka angielskiego. Należy przyznań, że nasz wehikuł – czyli język grecki – pokonuje olbrzymie trasy: z Grecji do Europy (m.in. do Imperium Brytyjskiego, Francji), gdzie przebywa kilkaset lat i skąd wreszcie wraca do źródeł, do Grecji, już jako obcy pojazd, mający zagraniczną markę ;).

Podróżowanie z językiem greckim może przenieść nas, w perspektywie geograficznej i kulturowej, do terenów, gdzie język grecki przybiera postać zmiennej kobiety, która – jeśli chce – zakrywa swe ciało i pokazuje tylko twarz i dłonie (Tracja), innym zaś razem – jeśli chce – ubiera bogate dworskie stroje (Wyspy Jońskie). Czasem mówi z domieszką języka włoskiego, czasem albańskiego albo tureckiego, a czasem zdaje się, że z jej ust wydobywa się język słowiański. W najodleglejszym obszarze, gdzie język grecki (obok tureckiego) jest językiem urzędowym, nasza zmienna kobieta z jednej strony jest Greczynką, a z drugiej – chce się emancypować i twierdzi, że mówi po cypryjsku, nie po grecku.

Neohelleniści nie są zazdrośni ani o swój wehikuł ani o zmienną kobietę. Chętnie dzielą się tymi dobrami z innymi filologiami, historykami, kulturoznawcami, politologami, przede wszystkim zaś z filhellenami. Greckiego dobra – języka, literatury, historii i kultury – wystarczy dla wszystkich, a co więcej: posiadając wiedzę o tak szerokim spektrum chronologicznym i geograficznym, możemy realizować ciekawe badania porównawcze.

Język grecki, którego bogactwo próbowałam zobrazować w tych kilku linijkach, może też być dzielnym olimpijczykiem i śmiało reprezentować krąg indoeuropejski w światowych zawodach, kiedy to kryterium jest wiek języka. Jedynym konkurentem dla niego może być język chiński. Poza tym język grecki jest też twardym żołnierzem w boju z łaciną i językiem arabskim. Na polu liczebników odparł ich ataki i dlatego w Grecji, niezmiennie, II wojna światowa to B’ παγκόσμιος πόλεμος [vita pagkosmios polemos]. Ostatnio język grecki podejmuje też walkę z Greeklishem, np. na portalach społecznościowych, a jego sprzymierzeńcy apelują i postulują: Koniec z Greeklish! Piszę tylko po grecku!

Jeśli jednak ktoś nadal bagatelizuje ogólną wartość języka greckiego, to przypominam: Europa, nadobna kochanka Zeusa, sprawiła, że jeśli jesteśmy Europejczykami, to jesteśmy też Grekami, bo ona przecież dała się uwieść Grekowi. I w Grecji już pozostała!

Karolina Gortych-Michalak

Adiunkt w Zakładzie Filologii Nowogreckiej
Instytut Językoznawstwa UAM

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


− 6 = trzy