Co daje etnolingwistyka?

Już na wstępie wypadałoby napisać, doctor że będzie bardzo subiektywnie, ambulance mało naukowo i niezupełnie językoznawczo. Będę pisać po prostu o sobie w kontekście swojego życiowego wyboru. Jeżeli ktoś nie ma ochoty czytać wynurzeń doktorantki V roku i byłej studentki etnolingwistyki ? to nie musi. Dziękuję w tym miejscu z uwagę. Zainteresowanych dalszą lekturą zapraszam i jednocześnie przepraszam, dosage że tak o sobie, w pierwszej osobie?

IMG_1522 IMG_3181 IMG_3250 IMG_7706 IMG_9066

Moja odpowiedź na pytanie Co studiujesz? zawsze budziła zaskoczenie. Etnolingwistyka? A co to takiego jest?! Niewtajemniczonym odpowiadałam, że to połączenie języka i kultury i że oprócz języków standardowych uczymy się także egzotycznych. Ale na wieść, że studiuję suahili, oczy i usta moich rozmówców otwierały się ze zdumienia jeszcze szerzej po to, by po chwili przerodzić się w grymas politowania: A co będziesz po tym w życiu robić?

Nigdy nie znałam odpowiedzi na to pytanie, zwłaszcza na początku studiów, ale wierzyłam, że nudzić się nie będę. Teraz bardziej wiem, co będę po tym robić, ale zanim o tym powiem, pozwólcie na garść opowieści z krypty.

W liceum byłam w klasie o profilu matematyczno-informatycznym, lubiłam malować i rysować, więc najodpowiedniejszym dla mnie kierunkiem studiów zdawała się być architektura. Jednak przypadkowo znaleziona książka zupełnie nieoczekiwanie zmieniła moje tory zainteresowań. Poleciłabym ją jako lekturę wstępną dla adeptów etnolingwistyki: Benjamin Lee Whorf, ?Język, myśl i rzeczywistość?. Myśl o dalekich, nieznanych, dzikich społecznościach zawsze napawała mnie fascynacją. Pociągał mnie pierwotny sposób życia, walka o przetrwanie, mity i wierzenia ludzi, dla których cywilizacja jest zupełnie obca. Czytanie o takich kulturach (np. Farley Mowat, ?Ginące plemię?) wywoływało u mnie rodzaj tęsknoty podobnej do tej, o której pisał Jean-Jacques Rousseau. Jednak dopiero po przeczytaniu książki Whorfa, uderzyła mnie waga języka, jego majestat, nieskończoność? Ostatnie dwa słowa wypowiedziane w kontekście JĘZYKA, rzecz jasna, zaczerpnęłam. W ten sposób o języku mówił Profesor Jerzy Bańczerowski w dniu swoich 70-tych urodzin.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że inny język może oznaczać zupełnie inny świat. A może nie musi tak być? Może to ten sam świat jawi się jego mówcom inaczej, bo mówią innym językiem? Rodzi się tu cała masa pytań, z którymi zmagało się przez wieki językoznawstwo i zmagać się będzie dalej. Ba, nie tylko językoznawstwo ? gałęzie wielu nauk ? bo czy to możliwe na przykład, żeby istnieli ludzie, którzy nie umieją liczyć (nauczyciele matematyki pewnie się teraz podśmiewają?) i w których języku nie ma rekurencji?! Na wszelki wypadek poczytajcie o rewelacjach Daniela L. Everetta na temat języka Pirah? http://www1.icsi.berkeley.edu/~kay/Everett.CA.Piraha.pdf .

Ta materia wydawała się na tyle podniecająca, że gdy w przepastnym, papierowym informatorze ?Perspektyw? (Internet nie był wtedy aż tak popularny) odnalazłam tajemniczą nazwę ?etnolingwistyka?, nie miałam już żadnych wątpliwości co do wyboru kierunku studiów.

Faktyczny wybór języka specjalizacyjnego przypadł dopiero na dzień przed rozpoczęciem tej całej przygody. Pula obejmowała chiński, arabski, nowoperski, japoński i suahili. Drogą tlących się w mym umyśle stereotypów wyeliminowałam z listy trzy pierwsze języki. Chiński ? bo ma tony, a ja mam bardzo wątpliwe uzdolnienia muzyczne; arabski ? bo z mediów dochodziły nieraz historie o trudnych małżeństwach polsko-arabskich oraz rozwodach i ucieczkach kobiet, które nigdy nie odzyskiwały swoich dzieci ? wolałam więc zmniejszyć szanse zawarcia takiego małżeństwa?; perski wrzuciłam do jednego worka z arabskim. Został japoński i suahili. Co wybrać?! Co wybrać?!

Trzeba było zadecydować od razu po wygłoszeniu krótkich prezentacji przez wykładowców poszczególnych języków. Najpierw było o języku japońskim, świetnych perspektywach ekonomicznych, korporacjach itd.  Już byłam zdecydowana na japoński, gdy głos zabrał ówczesny wykładowca języka suahili ? Christopher Sivanzire ? który pod koniec swej prezentacji powiedział coś w stylu: Wprawda my nie mamy Toyota ani Suzuki, ale mamy siebie? i rozłożył szeroko ramiona w zapraszającym geście.

Ujął mnie tym dogłębnie. Bez cienia wątpliwości wpisałam suahili jako język preferowany najbardziej. Na wszelki wypadek dopisałam go też w drugiej i trzeciej kolumnie.  Okazało się, że nie trzeba było się bić o suahili. Bito się o japoński. Nasza grupa suahili była dość kameralna. Atmosfera zawsze przyjazna, nie było żadnej rywalizacji, wszyscy się ze sobą świetnie czuli (przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie) i ? co najważniejsze ? wszystkich przyciągnął do studiowania ten jeden impuls: mamy siebie.  Zajęcia były niezwykle ciekawe. Pod wieloma względami ;-). Po drodze mieliśmy czterech różnych wykładowców języka, co tylko wzbogacało nasze doświadczenia. Przeskoczmy zatem od razu do piątego roku.

Ojej! Magisterka! Myśl, że skończę studia i nic nie zrobię z suahili napawała mnie obawą. Obawą mnie napawało samo rozpoczęcie tak zwanego dorosłego życia. Bo co ja będę po tym robić?! Dostałam wówczas propozycję dobrze płatnej pracy biurowej z prawdziwą, nie śmieciową umową. Okazało się, że punkcik SUAHILI zadziałał jak magnes na pracodawcę, mimo, iż ten język nie był w tej pracy w ogóle potrzebny. Pracy postanowiłam nie podjąć, ponieważ dostałam się na studia doktoranckie, które jako jedyne dawały mi w tamtym czasie szansę na kontynuację przygody z etnolingwistyką. Czy dobrze zrobiłam?

Z ekonomicznego punktu widzenia pewnie nie, choć pamiętamy kryzys ekonomiczny ? nie wiadomo, czy nie straciłabym wtedy tej dobrze płatnej pracy. Czy dobrze się bawiłam? I to jak! Co mi dało suahili? Ano chociażby możliwość wyjazdu do Tanzanii do pracy misyjnej ? znowuż spośród wielu zgłaszających się wolontariuszy wybrano mnie ze względu na znajomość języka suahili ? choć nie tylko ? zgłaszałam się wraz z mężem, a jak wiadomo, dwójeczka gołąbeczków bardziej sobie poradzi przez rok na obczyźnie niż jedna samotna duszyczka. O samym wyjeździe więcej tutaj http://bezgranic.blog.polityka.pl/. A, właśnie! W ramach pomysłu na życie można też znaleźć bardzo ciekawego męża z etnolingwistyki ? mój pochodzi z grupy baskijskiej :-).

Etnolingwistyka niewątpliwie przygotowała mnie do rocznego pobytu po drugiej stronie równika. Najbardziej językowo. Choć początkowo miałam wrażenie, że nic nie umiem zderzając się z żywym językiem, ale uzbrojona w solidne podstawy opanowałam język mówiony w miarę szybko ? już po pół roku świetnie dawałam sobie radę i dostawałam mnóstwo komplementów. Pamiętam sytuację, gdy byliśmy na bazarze z naszym masajskim ochroniarzem i ktoś go pytał, czy ja jestem z plemienia Zaramo (jedna z grup etnicznych Tanzanii). Elias mi potem o tym powiedział. Zdziwiłam się. Byłam opalona, ale nie aż tak, by mnie posądzać o przynależność do Zaramo. Elias powiedział, że to dlatego iż w suahili mam akcent zaramo. Właściwie to nie wiem, czy to dobrze, czy źle?

Innym razem kupowałam pomarańcze. Wzięłam cztery, a gdy właściciel straganu zażądał 400 szylingów, powiedziałam mu, że ta kobieta przede mną płaciła 50 za sztukę. Gdy uiściłam żądaną należność, mężczyzna dorzucił mi jeszcze cztery pomarańcze mówiąc We sio Mzungu tena! (Ty już nie jesteś ?białaską?). To było pod koniec mojego rocznego pobytu w Tanzanii.

Cóż jeszcze dała mi etnolingwistyka? Umiejętności praktycznych po etnolingwistyce nie da się przecenić. Dzięki przedmiotom i zajęciom fakultatywnym (m.in. z zakresu komunikacji niewerbalnej), dobrze, bo świadomie, zniosłam szok kulturowy. A z kolei warsztaty dziennikarskie przyczyniły się do kilku naszych publikacji w prasie, dzięki którym mogliśmy coś niecoś dorobić.

Zgłębiając inny język, naprawdę poznajemy inny świat. Już nie będę cytować Wittgensteina? Gdyby nie etnolingwistyka i znajomość suahili nie mogłabym w ogóle porozmawiać z Eliasem, naszym masajskim ochroniarzem, który ni w ząb nie znał angielskiego. Dzięki językowi miałam dostęp do jego świata, do kilku sekretów kultury Masajów, jak również do sekretów języka suahili, który Elias znał doskonale, mimo iż nie był to jego ojczysty język. Spełniło się moje wielkie marzenie ? poznałam człowieka z dalekich światów, żyjącego blisko z naturą. Nie miał zegarka, ale doskonale wiedział, która jest godzina. W nocy wystarczyło, że spojrzał w rozgwieżdżone niebo, a za dnia ? na swój własny cień.

Gdyby nie etnolingwistyka, nie byłoby mi dane rozkoszować się rajskim Zanzibarem?
I wymieniać można tu wiele. Co dalej? Wróciliśmy, urodziła nam się Marysia, a ja nie skończyłam na czas doktoratu. No cóż, nie należy się poddawać. Trzeba coś wymyślić, by zyskać cenny czas na dokończenie dzieła. I tu kłaniają się różne możliwości grantowe. Wymagają one nieraz aktów desperacji ? zarywania nocy, zaniedbywania domu ? ale kto ma wystarczająco dużo motywacji i szczęścia, może dostać finansowanie. Mnie się udało.

Kto wie? Może i tym razem punkcik SUAHILI podziałał jak magnes na ekspertów NCN-u? Analiza porównawcza suahilijskich i polskich ustnych opisów zdarzeń. Perspektywa semantyczna i morfosyntaktycznato projekt, który zakłada również wyjazd na badania do Tanzanii, za którą ogromnie tęsknię. I daje mi zatrudnienie na najbliższe dwa lata na naszym uniwersytecie. Mogę więc odłożyć na później decyzję pt. Co ja będę po tym robić? i zająć się czymś bardzo pociągającym. Bardzo bym chciała w tym miejscu podziękować życzliwym Pracownikom Instytutu Językoznawstwa za wszelkie uwagi, komentarze i pytania na etapie pisania projektu. Serdecznie dziękuję Szanownej Dyrekcji, Koleżankom i Kolegom. Po prostu trzeba wychodzić do ludzi, bo przecież, jak to powiedział kiedyś nasz pierwszy wykładowca suahili, mamy siebie!

Ale żeby nie było aż tak entuzjastycznie ? nie mam ani Toyoty, ani Suzuki (ani żadnego innego samochodu). Jednak etnolingwistyka daje mi dużo więcej. Czyż nie jest dobrze robić w życiu coś ciekawego? Sami powiedzcie?

 

Agnieszka Schönhof-Wilkans

doktorantka V roku

początkująca afrykanistka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


4 + sześć =