Cudzymi mówicie, a swego nie znacie

Wydział Neofilologii jest dla mnie miejscem wyjątkowym, ponieważ gdzie indziej nie udało mi się spotkać tak różnych ludzi, których łączy wspólna pasja – zamiłowanie do języków. No właśnie – lubimy języki. Ale różnimy się tym, jakie języki lubimy, za co je lubimy i w jaki sposób owo lubienie się przejawia. Nie sposób tu wszakże o wszystkich językach napisać – nie będę więc próbował.

Jest jednak język, na który chciałbym zwrócić szczególną uwagę, a który łączy nas wszystkich w ten czy inny sposób – bez względu na to, czy doceniamy jego walory estetyczne czy nie. Mowa jest oczywiście o polszczyźnie. Ale dlaczego ja tu piszę o języku polskim? Przecież polskim zajmują się poloniści. Owszem, ale odważę się na opinię, że polskim zajmuje się też każdy z nas. Często sobie tego nie uświadamiamy, rzadko robimy to explicite, pokuszę się jednak o stwierdzenie, że język polski wszystkich nas w pewnym stopniu determinuje.

Hipoteza Sapira-Whorfa – której obecna postać dość istotnie odbiega od oryginalnych obserwacji obu panów – sugeruje nam, że nasze spojrzenie na świat wpływa na język, którym się posługujemy, ale też to, że ów język wpływa na naszą percepcję tego, co zwykliśmy nazywać rzeczywistością. Nie zamierzam robić tu wykładu ze wstępu do językoznawstwa ani też przyspieszonego kursu filozofii – do tego nie czuję się wystarczająco wykwalifikowany. Chcę jedynie zwrócić uwagę na to, że wszyscy jesteśmy obarczeni pewnymi – nazwijmy to – filtrami percepcyjnymi, które biorą się stąd, że dla znacznej większości z nas język polski jest pierwszym językiem.

Zaledwie parę tygodni temu wróciłem do rozpoczętej jakiś czas temu dyskusji na temat kolorów z rodzimym użytkownikiem języka angielskiego, który jeszcze do niedawna był moim wykładowcą. W trakcie rozmowy poprosił mnie, żebym po angielsku opisał to, jak jest ubrany, a następnie zrobił to sam.

Mój opis: „navy (blue) jeans and gray shirt”.

Jego opis: „blue jeans and light blue shirt”.

Sic! To, co ja opisałem jako kolor granatowy, mój interlokutor opisał jako niebieski (nie ciemnoniebieski!), a to, co ja uważam za „prototypowy” kolor szary, jest dla niego jasnym odcieniem niebieskiego. Muszę przy tym zaznaczyć, że mój ewentualny daltonizm ogranicza się tylko i wyłącznie do (stereo)typowo męskiej ignorancji – a znaczy to, że dla mnie „śliwka” to owoc, a nie kolor, natomiast „łososiowy” to wyraz, który powinien ograniczać się tylko i wyłącznie do przetworów rybnych.

Problem z pozoru błahy, ale dla mnie, jako słownikarza z zamiłowania, ma on dość znamienne konsekwencje. Bo jeśli istnieje coś, co rodzimy użytkownik języka polskiego nazywa „szary”, a angielskiego „blue”, to czy w takim razie w słowniku nie powinny się pojawiać jako tłumaczenia? Skoro problem ten występuje na poziomie podstawowych kolorów (nie mylić z: ‚kolorów podstawowych’ !), a te w językach europejskich można znaleźć na listach 1000 najczęściej używanych słów, to rodzi się pytanie, jak ten problem będzie wyglądał w przypadku bardziej „skomplikowanych” kolorów? Do rozważenia proponuję polską i angielską definicję wyrazów, które w słownikach figurują jako swoje tłumaczenia:

morelowy – kolor różowy z odcieniem żółtawym, taki jak kolor moreli

apricot – color pink with an orange tint; the color of an apricot

Oczywiście problemy tego typu nie kończą się na kolorach. Nikogo chyba, kto zna te sprawy, nie muszę przekonywać do problemu nieprzekładalności pewnych pojęć czy konstrukcji z jednego języka na drugi. Frank Herbert napisał kiedyś w jednym z tomów Diuny (cytuję z pamięci): „W użyciu słów zawsze kryje się kłamstwo ich doboru”. Dlatego nie dziwi, że i polski, i angielski będą różnie przedstawiać sam problem wyboru:

Nie daj się zabić. (= nie pozwól, nie dopuść)

Don’t get killed. (= nie doprowadź do takiej sytuacji)

Przy takiej interpretacji zdanie w języku angielskim sugerowałoby większy wpływ na to, czy ktoś nas zabije, a przecież traktowane jest przeważnie jako ekwiwalent zdania polskiego. Idąc tym tropem zauważmy, że Polakom też o wiele łatwiej zrzec się odpowiedzialności za stany emocjonalne. Na przykład tam, gdzie Anglik powie I don’t want to, my możemy powiedzieć: Nie chcę (co może sugerować mój wybór) lub Nie chce mi się (co mnie skłania ku interpretacji, że chęć nie jest czymś ode mnie zależnym, jak to częstwo bywa w konstrukcjach celownikowych). Sprawa się komplikuje, jeśli wziąć do tego francuskie avoir envie, które strukturalnie przypomina polskie mieć ochotę

Pojawia się pytanie, czy przy pomocy tak krótkiego opisu w moim metajęzyku (w tym przypadku: polskim) jestem w stanie oddać „właściwe” znaczenie zdania w języku angielskim. Albo chociaż wyjaśnić, co właściwie znaczy słowo: „właściwie”…

Mam nadzieję, że udało mi się do tej pory z grubsza nakreślić zarys tego, co uważam za relację między językiem a rzeczywistością. Pozwolę sobie zatem przejść do hipotezy, która skłoniła mnie do zajęcia się językiem polskim, a która brzmi: „Wiedza o językach obcych nie jest wiedzą obiektywną, ale jest filtrowana przez wiedzę implicytną o języku rodzimym”.

Oczywiście, każdy ma swoje intuicje względem języka. No właśnie – każdy. Niedawno spotkałem się z bardzo eleganckim podsumowaniem: lingwista to ktoś, kto wychodzi poza swoje intuicje; to specjalista, który do języka przykłada metodę naukową, w tej czy innej formie. I choć nie każdy językoznawca musi być naukowcem, to jednak powinien być znawcą (proszę zwrócić uwagę na to, jaka sugestia kryje się w tym, że zamiast tego nie napisałem: „każdy lingwista powinien być wistą”).

Ale może dość już samej retoryki. Chciałbym podzielić się przykładem wziętym z mojego własnego życia. Tym, którzy uczyli się angielskiego jako języka obcego, zapewne znana jest koncepcja tzw. Conditionali, które są ponumerowane od 0 do 3. Mnie osobiście sprawiały one zawsze dużo trudności, a ich „logikę” uważałem za nieprzejrzystą. To się jednak z czasem zmieniło. Złożyły się na to dwa fakty.

Po pierwsze, trafiłem na bardzo dobrego lektora języka angielskiego, który pokazał nam, ówczesnym studentom, że zdania takie można rozebrać na części składowe i przeanalizować, co w efekcie pozwoliło mi je lepiej zrozumieć. Po drugie, postanowiłem przysiąść i dowiedzieć się, jak to działa w języku polskim; przyczynił się do tego też fakt, iż już od drugiego roku studiów zainteresowałem się – wówczas jeszcze na poły amatorsko – dydaktyką języka polskiego jako obcego. Ostatecznie nie udało mi się do takiej spójnej informacji dotrzeć. Choć polski jest jednym z najlepiej opisanych języków świata, to jednak nie tego typu problemy były w jego opisie priorytetem.

Zastanowiłem się więc, z czego składają się okresy warunkowe. Uznałem, że są dwa główne elementy tychże: czasowniki (przede wszystkim ważne są tu czasy i tryby) oraz użyte spójniki. Zacząłem więc rozpisywać po kolei warunki we wszystkich czasach i trybach, a następnie uczyniłem to samo z rezultatami. Niewiele czasu minęło, nim się zorientowałem, że klasyfikacja znana z języków romańskich czy germańskich nijak się ma do efektu mojej pracy.

Pierwszym powodem było to, że w języku polskim nie funkcjonują praktycznie czasy relatywne, ale absolutne. Tak jak w angielskim przesunie się czas w mowie zależnej:

Peter said: “I love her”. à Peter said he loved her.

Tak w polskim czas pozostanie ten sam:

Piotr powiedział: „Kocham ją”. à Piotr powiedział, że ją kocha.

Drugim powodem było to, że sama liczba okresów warunkowych była przytłaczająca: 12 realnych i 4 nierealne.

Trzecim powodem z kolei było to, że – w przeciwieństwie do języków zachodnich – w języku polskim nie występuje praktycznie żadne obostrzenie odnośnie tego, jakie czasy gramatyczne można ze sobą łączyć. Można nawet – i przykłady takich zdań się znajdą – mieć warunek w przyszłości (gramatyczny, ale nie logiczny), a rezultat w przeszłości. Za przykład takiego zdania niech posłuży: Jeśli twój brat wygra jutrzejsze zawody, to faktycznie musiał ciężko ćwiczyć.

blog

Podobnie sprawa wygląda z systemem polskich czasów gramatycznych. Zapytany o czasy przeciętny użytkownik języka polskiego przeważnie odpowie: mamy czas przeszły, teraźniejszy i przyszły. Elegancki, logiczny podział. Ale jeśli faktycznie tak jest, to dlaczego te same końcówki (-ę, -esz, -e, -emy, -ecie, -ą) dają nam czas teraźniejszy z czasownikiem robić, natomiast przyszły z czasownikiem zrobić? Czy może mamy zatem czas teraźniejszo-przyszły, a czasownik niesie walor precyzyjny? Poza tym, czy są to dwa odrębne wyrazy, czy dwie formy jednego czasownika?

Odpowiedzi na tego typu pytania mogą wpłynąć na to, jak się uczymy języków obcych. Za przykład niech posłuży polskie nadużywanie czasów Continuous w języku angielskim, mylonych jako odpowiednik polskiego aspektu niedokonanego. Nie na wszystkie jednak odpowiemy. Bo, przykładowo, jak rozstrzygnąć to, jaki sposób na opis chronologii wydarzeń jest lepszy: rozbudowany system aspektów czy rozbudowany system czasów? A może oba są zbyteczne?

Ciężko też obiektywnie (albo wystarczająco intersubiektywnie) odpowiedzieć na przykład na pytanie: Który język jest lepszy? Trudno powiedzieć. Trudno też jednoznacznie rozstrzygnąć, który wyraz lepiej nadaje się do opisania danego przedmiotu – no bo który? Lepsze jest polskie słowo zeszyt, pochodzące od czasownika zeszyć, skupiające się na formie (podobnie jak niemieckie das Heft od zusammenheften); angielskie notebook, które opisuje użycie przedmiotu (vide polskie notatnik); czy wreszcie francuskie cahier, pochodzące od łacińskiego quatro, oznaczające dosłownie cztery pergaminy, gdyż z tylu się zeszyty zazwyczaj składały w XII-wiecznej Francji?

W różnych częściach świata wykazuje się różne podejścia do języka. W Polsce dba się o jeden ogólnopolski standard, ale już nie tak bardzo o jego „czystość”; we Francji czy na Islandii tworzenie rodzimych pojęć w miejsce zapożyczania cudzych jest zadaniem odpowiednich instytucji; w przypadku języka angielskiego brak jest jakiegokolwiek odgórnego zarządzania. W państwach arabskich, obok lokalnych dialektów, używa się także odmiany standardowej i literackiej języka arabskiego. Podobnie czynią też i nasi południowi sąsiedzi, Czesi, którzy również wyraźnie oddzielają język pisany (spisovná čeština) od mówionego (obecná čeština), którego nie należy mylić z potocznym (hovorova čeština) – a wszystkie trzy są rzadko mieszane. Języków Romów natomiast wciąż pozostaje hermetyczny i praktycznie niezbadany przez osoby spoza tej społeczności.

Niezależnie od języków, które nas interesują, oraz od celu, dla którego się ich uczymy i sposobu, w jaki to robimy – jako dorośli nie jesteśmy już tabula rasa i nowe informacje siłą przyswajamy przez pryzmat poprzednich. Dlatego też dla osoby, dla której językiem ojczystym jest język polski, niewątpliwie jest on dobrym punktem wyjścia. Bo jak porównać dwa języki, jeśli się nie zna jednego z nich?

Poza tym trudno opanować język obcy na poziomie macierzystego (czego jednak życzę wszystkim czytającym te słowa), więc może warto go docenić i poznać trochę bardziej?

 

Mirosław  Koziarski

Doktorant  IJ  UAM

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


osiem − = 4