Na blogu, czyli gdzie?

To, cialis 40mg o czym teraz napiszę, approved zdarzyło się naprawdę i niemal dokładnie 35 lat temu.
Byłem wówczas 25-letnim, approved mocno niedouczonym (ale już świadomym swoich braków)
początkującym poetą, początkującym poszukiwaczem mądrości, początkującym
dziennikarzem. Miałem za sobą 2 lata zasadniczej służby wojskowej w LWP, 12 miesięcy
kolonii karnej (Potulice koło Nakła) za brak miłości do ZSRR oraz kilka prób odnalezienia
kamienia filozoficznego, który przemieniłby moją mało szlachetną egzystencję (szara
rzeczywistość realnego socjalizmu) w szlachetne związki ciała, duszy i umysłu. Czytałem
wtedy dużo, sięgając także po literaturę naukową, zaglądając do dzieł uznanych myślicieli,
sprawdzając przystawalność marzeń i szlachetnych utopii do zwyczajnej codzienności.
To wtedy właśnie miałem sen, niezwykle realistyczny i pełen kolorów: śniłem, że jestem
podróżnikiem-piechurem, że wybrałem się za horyzont, aby odnaleźć pewną budowlę, o
której wiedziałem tylko tyle, że jest wypełniona światłem wiedzy, że jest niedostępna, że
dzieją się w jej wnętrzu sprawy ważne, dzięki którym świat staje się lepszy i piękniejszy.
Śniłem więc.

novum

W którymś momencie tego snu spoza skał i drzew wyłonił się piękny wysoki
budynek, samotnie stojący na bezludziu, ale pałający jasnością rozświetlonych okien,
przypominający kształtem dzisiejszy czerwony wieżowiec Uniwersytetu Ekonomicznego,
ale o wiele wyższy i potężniejszy. Podszedłem do niego, obszedłem go wkoło kilka razy, aby
wreszcie pojąć, że do jego wnętrza nie prowadzą żadne drzwi. Obmacywałem dłońmi lity
mur, w którym nie mogłem odnaleźć najmniejszej nawet szczeliny. Sen trwał: nie pozostało
mi nic innego jak tylko wrócić tam, skąd przyszedłem i porzucić nadzieje na odnalezienie
drogi do tej Wieży Światła. Jednak po pewnym czasie, gdy już znacznie w tym swoim śnie
oddaliłem się od przyziemia zamkniętego przede mną budynku, dostrzegłem wysoko nad
głową jakąś połyskującą metalicznie smugę, coś na kształt napowietrznej kładki, która łączyła
jedno z wyższych pięter budynku z odległym, stromym, skalnym wzgórzem. Domyśliłem się,
że to jest jedyna (być może zarezerwowana wyłącznie dla mnie) droga, która doprowadzi
mnie do otwartych być może drzwi owej Wieży. W tym momencie sen się skończył, a ja, po
przebudzeniu, odczytując niemal od razu ukrytą w nim wskazówkę, rozpocząłem normalne
dorosłe życie, powoli zmierzając ku szczytowi skalnego wzgórza, skąd napowietrzną kładką ?
jak sądziłem ? przedostanę się ku drzwiom Wieży Światła.

Stało się to 22 lata później. A przekroczywszy próg tego budynku, spotkałem w nim osoby
(także kolegów i koleżanki) znane mi z wcześniejszych przygód oraz okoliczności (także
zawodowych), jakimi obdarzał mnie los na poznańskim bruku. Wprowadził mnie do tego
budynku ? i wskazał miejsce pracy ? profesor Tadeusz Zgółka, a potem oparciem i mentorem
był mi profesor Jerzy Bańczerowski. To właśnie On jest autorem tekstu, który został
wygłoszony na spotkaniu pracowników Instytutu Językoznawstwa UAM w dniu 28
października 2008 roku z okazji Jego 70-lecia. Uczestnicząc w tym spotkaniu, w jednej chwili
zrozumiałem, że ów tekst zatytułowany W POSZUKIWANIU SAMEGO SIEBIE. Garść refleksji
z podróży w nieznane (a właściwie jego zawartość) jest tym, czego szukam, jest kwintesencją
mądrości i kamieniem filozoficznym mogącym odmienić moją szarą, chwilami bezrefleksyjną
egzystencję. Mija piąty rok od tamtego spotkania, a ja nadal noszę w głowie i w duszy słowa
profesora Bańczerowskiego:

Zaczynając naukę języka obcego rozpoczynamy podróż w nieznane. Czasami może to być
podróż bez możliwości zawrócenia z drogi. W moim przypadku okazała się ona również
wędrówką w poszukiwaniu samego siebie, wędrówką bez kresu. Fakt ciągłego podróżowania,
ustawicznej wędrówki uświadomiłem sobie stosunkowo późno. Dopiero podczas pobytów na
Dalekim Wschodzie dotarło do mojej świadomości, że w podróż wyruszyłem już dawno, i że
wcale nie musi być ona związana z przemieszczaniem się w przestrzeni z jednego miejsca w
drugie. To właśnie na Dalekim Wschodzie doszedłem ostatecznie do wniosku, że właściwa
podróż, w którą się udałem, to podróż do wnętrza samego siebie, by do samego siebie
dotrzeć.

Dzisiaj, mając za sobą dwanaście sezonów edukacyjno-naukowych w Instytucie
Językoznawstwa, mając w zasadzie poukładane sprawy z samym sobą, wkraczam wraz
całym Instytutem (w otoczeniu życzliwych mi pracowników naukowych i sympatycznych
studentów) w nową, a właściwie tylko nieco odmienioną ? za sprawą Internetu ?
rzeczywistość komunikacyjną. W rzeczywistość, która na poziomie hipertekstu może
wyglądać nieco dziwnie, ale jednak jest faktem, namacalnym i sprawdzalnym, faktem,
którego nie sposób zanegować. Tak więc wspólnie z kierownictwem Instytutu, z wszystkimi
osobami bezpośrednio zaangażowanymi w konstruowanie i materializowanie tej nowej
(odmienionej nieco) rzeczywistości komunikacyjnej, wyruszam w kolejną podróż ku
fascynującej przygodzie językoznawczej i kulturoznawczej. Zapraszam z poziomu tego bloga
do hipertekstu i wspólnej, czekającej tam na nas wielopoziomowej narracji, do wyprawy w
niezwykły świat nowych-nowych mediów, gdzie może nie każdego dnia spotkamy się face
to face (jak to bywa dzisiaj na uczelnianych korytarzach, czy w wydziałowych bufetach Patio
i Kafka) przy dobrej kawie, ale gdzie na pewno będziemy mogli porozmawiać z wieloma
interesującymi osobami o wielu interesujących nas sprawach w czasie rzeczywistym, nie
opuszczając świetlistej kładki interfejsu.

Uwaga! Jesteśmy (jesteście) na blogu!
Czyli gdzie…? :-)
Na blogu, czyli w samym środku rozpoczynającej się opowieści.
Należymy (należycie) do niej wszyscy.
OK. Jest tam kto? 😉

KRZYSZTOF SZYMONIAK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


dziewięć × 3 =