Wędrówka po chińskich wyżynach

To będzie kolejny wpis z serii ?mój wybór języka, abortion kłania się etnolingwistyka?. Jeśli więc nie bardzo Wam się uśmiecha czytanie entej już opowieść tego cyklu, nie nakłaniam do kontynuowania lektury. A zatem… Moja droga do Instytutu należy chyba do zbioru tych najbardziej krętych i zawiłych. Byłam w II klasie liceum kiedy to starsza koleżanka namówiła mnie, żeby wybrać się do Poznania na Dzień Otwarty Instytutu. Po krótkiej prelekcji na temat etnolingwistyki, po prezentacji możliwości jakie otwiera przed młodym człowiekiem ?  których byłyśmy świadkami ? moja koleżanka już wiedziała, co chce studiować. Ja również.

Podczas Dnia Studenta I roku trzeba było zdecydować się na drugi język. A wybór ? spośród khmerskiego, nowoperskiego, japońskiego, chińskiego, francuskiego i hiszpańskiego ? wcale nie był łatwy. Po odrzuceniu dwóch ostatnich, decyzja zapadła. Tym „drugim” okazał się język chiński. Czułam, że przy chińskim na pewno nie będę się nudzić. I oczywiście nie myliłam się.

Zacznę od oczywistej oczywistości: chiński jest językiem tonalnym. Tony nie występują w żadnym języku europejskim, dlatego wymawianie każdej sylaby właściwie przysparza na początku wiele problemów. Jeśli na dodatek uczący się nie ma za grosz słuchu muzycznego, sprawa znacznie się pogarsza. Sylaby, choć powtarzane przez nauczyciela na różnie niby sposoby wydają się niemal identyczne. Są jednak osoby (jeśli grasz/grałeś na jakimś instrumencie, jest duże prawdopodobieństwo, że mógłbyś należeć właśnie do tej grupy), które poprawną wymowę załapują po kilku dniach nauki.

 

Mówiony chiński składa się z niezliczonej liczby dialektów, które różnią się między sobą w porównywalnym stopniu jak polski i niemiecki. Mieszkaniec Pekinu miałby na przykład  wiele trudności ze zrozumieniem innego Chińczyka z południowych prowincji. Nic więc dziwnego, że programy telewizyjne (poza transmisjami na żywo) są tam wyświetlane z napisami. Elementem spajającym chińską kulturę nie jest język chiński, ale właśnie pismo. Piękno, złożoność i tajemnica, jaka się kryje za dalekowschodnimi ideogramami, fascynuje wielu. Zaintrygowana owym fenomenem, też wpadłam w te sidła i zaczęłam moją codzienną walkę z przyswajaniem sobie znaków i wkładaniem ich do nierzadko przeciekającego koszyka zwanego pamięcią długotrwałą.

 

Wszyscy chyba słyszeli o kilkudziesięciu tysiącach znaków, które istnieją w języku chińskim. Żeby jednak dość sprawnie czytać gazetę wystarczy ich zapamiętać ok. 2-3 tysięcy i przy pomyślnych wiatrach jesteśmy w stanie zrozumieć 95% tekstu. Dodatkowo warto pamiętać, że znaki łączą się ze sobą, tak więc z jednego znaku możemy ułożyć jeszcze kilka bądź kilkanaście innych po dodaniu odpowiednich kresek. Bardziej wprawieni w boju potrafią rozszyfrować znaczenie jakiegoś znaku bez wcześniejszej jego znajomości. Taka umiejętność wymaga jednak trochę praktyki, ale może wydać się naprawdę pomocna.

 

Gramatyka chińska jest uważana za bardzo prostą. Nie ma deklinacji i koniugacji, nie istnieje rodzaj i liczba mnoga (czyt. nie jest kategorią fleksyjną, bo w każdym języku przecież wszystko jest). Można by pomyśleć, że to nic innego jak bułka z masłem. Hmm, może nie do końca. Zamiast tego pojawiają się wszędobylskie partykuły. Niektóre mają swoje odpowiedniki w języku polskim, inne wymagają mozolnej nauki, a i tak w końcu nie wiadomo, czy zrozumiało się zagadnienie w pełni. Czasami przypomina to trochę walenie głową o Wielki Mur Chiński. Dla przykładu wymienię kilka (najważniejszych jest około dziesięciu). Mamy więc partykułę dzierżawczą, tworzącą również imiesłowy; partykułę aspektu bądź oznaczającą zmianę stanu; partykułę wprowadzającą określenie czasownika bądź partykułę wyrażającą sugestię lub przypuszczenie. Należy oczywiście pamiętać, gdzie w zdaniu trzeba je wstawić.

 

Nie mogę nie wspomnieć także o klasyfikatorach. Jeśli nie obiło Wam się to określenie o uszy, to wyjaśnię, że są to tzw. ?słowa miary? (ang. ?measure words?), które łączą się bezpośrednio z rzeczownikami, są ich jakby integralną częścią. Nowo poznane rzeczowniki najlepiej od razu przyswajać z odpowiadającymi im klasyfikatorami. Istnieją, m.in., takie, które odnoszą się do ludzi, do zwierząt (podział na małe, większe, wijące się itp.). Osobne stosuje się do przedmiotów patykowatych, przedmiotów długich i wąskich, przedmiotów płaskich lub z blatem, do pojazdów mechanicznych i wiele, wiele innych. Brzmi to jak dobra zabawa.

 

Na deser zostawiłam homofoniczność w języku chińskim. Czas więc na arcymistrzowski przykład ? jakim problemem może być podobne lub identyczne brzmienie sylab/wyrazów w języku mandaryńskim. O ile powyższy utwór jest całkowicie zrozumiały w formie pisemnej, tak w wersji recytowanej staje się kompletnym bełkotem.

Dodam jako ciekawostkę, że sylabą-rekordzistką w tej kategorii homofonii jest prawdopodobnie ?yi?, które tylko na czwartym (opadającym) tonie można zapisać w postaci prawie 200 znaków.

 

Jeśli pewnego dnia jakimś magicznym sposobem cofnęłabym się w czasie i miała stanąć przed dokonaniem wyboru języka jeszcze raz, nie zawahałabym się ani sekundy. Kiedyś przeczytałam trafne porównanie, że nauka języka chińskiego jest jak zaciągnięcie się do armii. Nie ma tu miejsca na lenistwo, trzeba być sumiennym i systematycznym. Pot będzie się lał strumieniami, będzie dużo upadków i wiele godzin ciężkiej pracy. Trzeba pamiętać, że sukces to nie zdobycie szczytu góry, sukces to wyżyna, przez którą się idzie. I na koniec mała refleksja ? skoro Chińczycy radzą sobie z nauką własnego języka, dlaczego innym miałoby się to nie udać?

 

 

Anna Perzyńska

*Franka*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


sześć × = 48