Japonia bez stereotypów

Wystarczy pomyśleć o Japonii, healing a przed oczami stają nam przepięknie kwitnące wiśnie, filmy Kurosawy, gejsze i samuraje. Są też tacy, którym Japonia kojarzy się z zupełnie innymi klimatami, np. betonową dżunglą, wszechobecną bezduszną technologią i zafascynowanymi nią dziwakami. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że stereotypy istnieją po to, by uprościć postrzeganie świata i dlatego nie zamierzam patrzeć z góry na osoby widzące Japonię przez pryzmat powyższych przykładów. Jeszcze do niedawna sama, pod wpływem chociażby filmów animowanych, miałam bardzo prosty obraz tego kraju. Wyobrażałam sobie go jako krainę z wiecznie trwającym latem, brzęczącymi nieustannie cykadami i przejazdami kolejowymi niemal przed każdym przejściem dla pieszych. Jednakże jako osoba ucząca się języka japońskiego już od niemal sześciu lat, nie mogę i nie chcę  pozwalać sobie na takie skróty myślowe. Co nie oznacza, że moje szare komórki nie tworzą innych, o nieco wyższym poziomie wtajemniczenia, uproszczeń w percepcji kraju, którego kulturę kocham miłością niezmienną już od blisko dziesięciu lat.

Kioto, Kitanotenmamgu, kwitn-ce Âliwy

Wreszcie  nadszedł ten czas, kiedy moje ?zaawansowane? skróty myślowe mogły wyjść na światło dzienne i się do czegoś przydać. Na ostatnim roku studiów przyznano mi stypendium i mogłam wyjechać na roczną wymianę studencką do wymarzonego kraju. Nigdy wcześniej nie miałam okazji odwiedzić Japonii, chociaż znam sporo osób, które takową podróż mają za sobą. Wtedy, niczym demony z szafy, zaczęły wypełzać różne, poprzeczne i podłużne, obawy i uprzedzenia dotyczące Japonii, którą teoretycznie znałam bardzo dobrze (z opowieści moich japońskich nauczycielek, filmów fabularnych i dokumentalnych, książek oraz różnych relacji), ale w praktyce nie wiedziałam, co czeka mnie na miejscu. Chciałabym więc się podzielić tym, co trapiło mnie przed wyjazdem, a także po sześciu miesiącach tu spędzonych skonfrontować obraz Japonii i Japończyków, który miałam przed wrześniem ubiegłego roku, z tym, co sądzę teraz.

Miyajima

Na pierwszy ogień biorę miasto, w którym mam szczęście mieszkać, czyli Kioto. Jest to niegdysiejsza stolica, ocalona od fali zniszczeń, jaka przeszła przez ten wyspiarski kraj w trakcie II wojny światowej, dzięki czemu stała się ona duchowym azylem Japonii. Wszystko to brzmi wzniośle i cudownie, ale wiele osób przestrzegało mnie, że to miasto atmosferą przypomina polski Kraków, że była stolica wciąż rozpamiętuje lata dawnej świetności, a co za tym idzie, jej rodowici mieszkańcy są nadęci, szczycą się swoim pochodzeniem i ponoć patrzą na innych z góry. W szczególności w rozmaitych opiniach dostaje się starszemu pokoleniu, które podobno alergicznie reaguje na obecność obcokrajowców. Z jednej strony zatem wielka radość, bo oto przez rok będę mogła bez dalszych podróży odwiedzać różne słynne miejsca. Z drugiej to, co zarysowałam powyżej.

Kioto, Kinkakuji

Co więc mogę powiedzieć na temat mieszkańców Kioto? Na pewno nie mogę zgodzić się z powyższymi ostrzeżeniami. Nigdy nie spotkałam się z niechęcią z powodu ?bladej twarzy?, a przedstawiciele starszego pokolenia są moimi idolami ? nie uciekają na kilometr widząc obcokrajowców, a wręcz przeciwnie ? przysiadają się w autobusie, sami z siebie zagadują (czasem nawet po angielsku!), nie gapią się namolnie (w odróżnieniu od młodszych osób) i traktują wszystkich równo. Nie znam ani jednej osoby, która zadzierałaby nosa z powodu swojego pochodzenia. Wręcz przeciwnie, jeśli mieszkaniec Kioto usłyszy dobre słowo na temat swojego miasta, z typowo japońską pokorą podziękuje i będzie zadowolony, że ktoś podzielił się swoją przychylną opinią. W innych turystycznych miastach Japonii nie zawsze można doświadczyć takiej otwartości na drugiego człowieka, nawet tego zza granicy, a jeśli już, to przytrafiło mi się to wyłącznie na Okinawie. Wielu japońskich studentów i turystów chwali Kioto  nie tylko za unikatową atmosferę, ale również za szczególnie miłe nastawienie jego mieszkańców do innych osób.

Skoro poruszyliśmy temat obcokrajowców, to muszę przyznać się, że wiele razy słyszałam historie o Japończykach uciekających na drugą stronę ulicy, gdy tylko zauważyli kroczącą w swoją stronę osobę nierodzimego pochodzenia. Słyszałam również o takich, którzy uparcie na pytania zadawane w języku japońskim odpowiadają swoją, dość często łamaną, angielszczyzną. Zadziałał tu prosty mechanizm ? wiele osób to powtarza, więc musi to być prawda. Zatem kiedy po raz pierwszy naprawdę musiałam spytać o coś zwykłego przechodnia, Japończyka, byłam w stanie założyć się co najmniej o koniuszek małego palca, że przytrafi mi się jeden z dwóch powyższych scenariuszy. Gdybym to zrobiła, dziś posądzano by mnie o bycie kobietą mafii. Nie było szybkiej rejterady ode mnie, a odpowiedź została udzielona po japońsku.

Owszem, zawsze spotykam się z nieskrywanym zaskoczeniem ze strony Japończyków, że jako obcokrajowiec posługuję się ich jakże skomplikowanym i nieprzystępnym językiem. Choć czasami zdarzało mi się, że ktoś w sklepie uparcie wtrącał angielskie słówka (najczęściej trafnie), to postronny przechodzień nigdy nie narzucał się z przechwałkami na temat swojej, często wątpliwej, znajomości języka Szekspira. Wiem, że takie zachowanie miałoby logiczne wytłumaczenie i wcale nie denerwowałabym się, spotykając się z taką reakcją . Przecież to, że ktoś wykuł na pamięć jedno pytanie w obcym języku nie oznacza, że będzie w stanie zrozumieć odpowiedź, tym bardziej udzieloną przez osobę o mniej przyjaznej i łatwej w zrozumieniu wymowie niż lektor z podręcznikowych czytanek. Obecnie bardzo lubię ucinać sobie pogawędki ze zwykłymi Japończykami spotkanymi na ulicy bądź w sklepie. Czasem ktoś mnie zagaduje, a czasem inicjatywa wychodzi ode mnie. W takich sytuacjach Japończycy bardzo cieszą się z możliwości porozmawiania we własnym języku z przybyszem zza granicy. Jeśli już zauważą, że ktoś rozumie więcej niż ?arigatou? i ?konnichiwa?, zaczynają bez krępacji używać miejscowego dialektu, zupełnie jakby lepsza znajomość języka łączyła się z biegłością nie tylko w wersji standardowej.

Okinawa, Naha, chram szintoistyczny

Pozostańmy w sferze językowej. Oczywiście obawiałam się wszechobecnych ideogramów kanji, tudzież ?krzaczków?, jak są potocznie nazywane. Nigdy nie miałam pewności siebie w tej kwestii, a konieczność egzystowania w kraju, gdzie wszystko, od A do Z, będzie zapisane właśnie w ten sposób, trochę mnie przerażała. Jednak i w tym aspekcie diabeł nie okazał się być tak straszny, jak go malują. Owszem, nie da się ukryć, że jeśli coś da się zapisać w kanji, to jest to zapisane właśnie w ten sposób. Jednakże podróżowanie, co chyba najbardziej mnie martwiło, nie jest aż tak trudne. Powodem jest to, że odczytanie nazw własnych często nawet samym Japończykom sprawia kłopoty, tak więc przeważnie  dodawany jest zapis w sylabariuszu lub w alfabecie łacińskim. Kioto nie jest aż tak bardzo przyjazne obcokrajowcom w tej kwestii jak Tokio, ale najważniejsze zabytki, jak i dojazd do nich, nie powinny sprawić problemu nawet całkowitemu laikowi. Chociaż czasem spotkamy takie potwory tłumaczeniowe jak Kiyomizu-dera temple, co oznacza dokładnie ?świątynia świątynia Kiyomizu?, to przynajmniej samo zwiedzanie nie jest już trudne.

Tokio, Pa-ac Cesarski

Co innego jeśli chodzi o zakupy spożywcze bądź kosmetyczne, ale zawsze znajdzie się jakaś miła sprzedawczyni lub gospodyni domowa robiąca zakupy ramię w ramię, która pomoże w rozszyfrowaniu zawartości produktu, tudzież jego zastosowania. Osobiście raz na zakupach spotkałam dość ciekawą ciocię ?dobra rada?, która na widok mojej nietęgiej miny, gdy trzymałam w ręku płyn do zmiękczania tkanin (akurat byłam w stanie totalnego skupienia, bo porównywałam ceny), nie zastanawiając się długo podeszła i pouczyła mnie, że ów płyn służy do prania, a nie do picia. :)

Jeśli chodzi o życie codzienne, to nie ma nic bardziej spędzającego sen z powiek polskiego studenta, niż pieniądze, a raczej ich brak. Krążą legendy o zatrważająco wysokich kosztach życia w Japonii (Tokio często wygrywa w rankingach na najdroższe miasto świata), więc pomimo świadomości wsparcia z ministerstwa oczywiście bałam się, że stać mnie będzie tylko na ryż i wodę, że będę wiodła żywot na trasie od akademika do kampusu i z powrotem, a największą rozrywką będzie wspinaczka pod górkę (na której stoi akademik) z moim ukochanym workiem ryżu na plecach. Tutaj też się myliłam. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest śmiesznie tanio i wszystkie te historie to wierutne bzdury. Jednakże po jakimś czasie przestałam przeliczać wszystkie ceny na złotówki i nie było dla mnie ogromnym bólem wydać ponad 3 zł na jedno jabłko (owoce są tu bardzo drogie) lub 15 zł na jednodniowy bilet po wszystkich miejskich liniach autobusowych w Kioto. Niektóre produkty mają ceny porównywalne z naszymi, a niektóre, jak wspomniane owoce lub mięso, są kilkukrotnie droższe niż w Polsce. Różnego rodzaju formy rozrywki też do najtańszych tu nie należą, jednak od czasu do czasu można wyjść na karaoke lub pozwolić sobie na posiłek w lepszej restauracji bez wydawania oszczędności życia. Nie zapominajmy jednak, że Japończycy zarabiają więcej od nas, więc porównywanie wyłącznie cen nie ma większego sensu. Niech zobrazuje to średnia godzinowa stawka za dorywczą pracę studentów, która w przeliczeniu na złotówki wynosi na rękę… 25,50 zł.

Takich przykładów jest naturalnie więcej, ale ? żeby nie przedłużać ? skończę na tych najważniejszych. Przyznam szczerze, że przed wyjazdem byłam zdania, iż ceny lub zagubienie w supermarkecie albo na stacji metra można jakoś przeboleć. Najbardziej martwiła mnie powszechna opinia o niedostępności Japończyków, ich nieszczerości i niemożliwości zaprzyjaźnienia się z nimi. Teraz jednakże sądzę, że znajomość języka jest nie tylko przepustką do udanych zakupów lub trafnie odnalezionego celu podróży, ale również do zupełnie innej komunikacji z Japończykami. Przed wyjazdem znajomy Japończyk, który spędził w Polsce rok na wymianie studenckiej, powiedział mi, że skoro porozumiewam się sprawnie po japońsku, to nie będę mieć z niczym problemów i będę mogła robić absolutnie wszystko. Oczywiście wtedy wzięłam te słowa dosłownie i wcale mnie to nie pocieszyło, ponieważ czas spędzony w Japonii chciałam wykorzystać na obcowaniu z Japończykami nie tylko w trakcie zajęć, ale także po nich, towarzysząc im w życiu codziennym . Wyżej wymienione przeze mnie obawy kładły się cieniem na perspektywę lepszego poznania obywateli Kraju Kwitnącej Wiśni.

Jednak prawda jest taka, że po pół roku mieszkania i chodzenia na zajęcia z Japończykami, a także podróżowania po Japonii, mogę z pełną śmiałością, biorąc całkowitą odpowiedzialność za swoje słowa, stwierdzić: umiejętność porozumiewania się po japońsku jest kluczem do przebicia się przez fasadę nieufności Japończyków w stosunku do obcych, a w szczególności do osób z obcych krajów. Wielokrotnie byłam zapraszana do domu rodzinnego zwykłego Japończyka i nie była to tylko kurtuazja. Nowy Rok, który tutaj jest najważniejszym świętem w całym roku, również spędziłam tradycyjnie, dzięki uprzejmości znajomej Japonki. Być może jestem wyjątkiem, a być może ludzie, których spotykam są wyjątkowi. W każdym razie życzę wszystkim podobnie udanych wyjazdów jak ten, którego właśnie doświadczam

Roksana Zawiłowska