Sztuka w języku, język w sztuce

Wpisując w popularne wyszukiwarki frazę ?pierwiastek boski? otrzymamy całą listę artykułów różnych naukowców, pill którzy w pocie czoła od lat próbują udowodnić, web że jest we wszechświecie coś, co często nazywane jest Bogiem zapisanym w naszym DNA, jakaś siła stwórcza, demiurg rządzący nie tylko losem, ale też bytem człowieka. Tak więc mamy liczbę Fi, nazywaną ?boską?, złoty podział, cząstkę Higgsa, złotą liczbę i szereg innych, a wszystkie spędzają sen z powiek biednym fizykom, których przygarbione sylwetki, z zafrasowanymi twarzami, snują się po korytarzach laboratoriów niczym umęczone dusze w nieustającym dedukowaniu.

Biorąc pod uwagę ilość prac na temat kodu Boga można pomyśleć, że wielu badaczy chciałoby oddać fizykom co boskie, ale kto powiedział, że tylko naukowcy mają monopol na ?boską cząstkę?? Pozwolę sobie więc zatrącić Mickiewiczem:
Czucie i wiara silniej mówią do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko

A ponieważ zawsze chciałam mieć jakiś wkład w badania naukowe, ślę radę do umysłów ścisłych ? rzućcie wszystko i dajcie nura w otchłanie języka!

W latach 60. ubiegłego stulecia niejaki Jurij Łotman, rosyjski lingwista, sformułował niezwykle ciekawą tezę, jakoby język naturalny był tworem prymarnym, a języki sztuki, kultury, religii, filozofii, literatury i inne były wobec niego wtórne. Pan ten zresztą często chadzał własnymi ścieżkami, dziarsko nie zgadzając się z definicją znaku wg. de Saussure?a. Uważał, że relacja pomiędzy znaczącym i znaczonym wcale nie jest arbitralna. Twierdził, że znak zawsze determinuje swoją treść.

Nie zagłębiając się w prawdziwość lub fałszywość tego twierdzenia, pragnę jedynie zwrócić uwagę czytelnika na jakże oryginalny punkt widzenia ? pozwala on, choćby na chwilę, porzucić zerojedynkową metodę dedukowania, a otwiera drzwi do swobodnych interpretacji.
W języku, jak i w życiu rzadko coś jest czarno-białe, więcej tu odcieni szarości i niejednoznaczności. Czemuż by więc nie dodać trochę koloru?

Sztuka to specyficzny rodzaj komunikacji językowej, w której każdy odbiorca ów komunikat rozumie po swojemu (nie dziwi mnie fakt, że w języku polskim przysługuje sztuce rodzaj żeński). To jednak nie wszystko. Sztuka, jak i język, ma swoją strukturę ? zabiegi, których artyści dopuszczają się w ramach procesu tworzenia, są niemal identyczne z tymi, które popełniamy mówiąc. Ilu bohaterów literackich zyskało swe imiona dzięki takim działaniom, ilu lokacjom nadano enigmatyczne nazwy dzięki temu, że pisarz, natchniony plastycznością języka, postanowił złamać kilka konwencji? Kto nigdy w życiu nie dopuścił się nowego tworu językowego podczas rozmowy, niech pierwszy rzuci kamieniem!

Czujnemu czytelnikowi z pewnością kojarzy się to z abstrakcją, wariacjami artystycznymi w sztuce. Mówienie i tworzenie to tak naprawdę ten sam proces. Z gotowych materiałów, na zasadzie analogii lub niestandardowego myślenia, możemy stworzyć wszystko albo prawie wszystko.

Śmiem twierdzić, że wiele elementów sztuki znajduje swoje odpowiedniki w lingwistyce;  przecież oglądając obrazy czy rzeźby, nie odbieramy ich tylko w kategoriach estetycznych, my je wręcz czytamy. Artyści, posiłkując się symbolami, kolorem, manipulując formą czy perspektywą, prowadzą z nami dialog, tworząc teksty bez słów. Jestem studentką etnolingwistyki, więc pozwolę sobie tutaj wpleść twierdzenie, że skoro każdy język poniekąd przedstawia rzeczywistość na swój sposób, wobec czymże innym są style w sztuce, jak nie różnymi językami? Ot, weźmy ? dla porównania ? trzy obrazy przedstawiające ten sam temat. Ich style różnią się diametralnie, a jednak nikt nie ma wątpliwości, że patrzymy na trzy plastyczne interpretacje tego samego zjawiska ? wizerunku kobiety.

Sztuka potrafi dokonać tego samego co język. Przyporządkować różne nazwy do jednego desygnatu. Tak samo, jak można malować słowem, można też mówić poprzez sztukę. To stwierdzenie, którego dowody widzi każdy, kto choć raz w życiu zetknął się z dziełem plastycznym, jest tak oczywiste, że nikt się nad tym nie zastanawia (prócz Łotmana i jemu podobnych). Schemat kompozycyjny w sztuce zachowuje się niemalże tak samo, jak szyk w zdaniu, funkcja koloru w obrazie jest niczym sylaba w słowie, walor spełnia rolę akcentu, a światłocień intonacji. Rytm wypowiedzi z kolei, to przecież nic innego, jak tonacja barwna!
Manipulując tymi elementami możemy organizować sobie wycieczki po świecie języka i sztuki, tworzyć kombinacje nieokrzesane, nielogiczne, niepoprawne, ale z pewnością zachwycające!

Zwracam się więc do ścisłoumysłów raz jeszcze ? nie szukajmy boskocząstki w atomach, kosmosie czy DNA. Zerknijmy czasem na nasze własne podwórko i zauważmy, że każdy człowiek ma w sobie demiurga od momentu, w którym, przy użycia języka czy sztuki, stworzy swoją pierwszą frazę. Na zakończenie fragment z książki ?Julian Tuwim, Antoni Słonimski ? W oparach absurdu?, w której obaj wierszotwórcy bosko ujęli sztukę w języku i język w sztuce:

ODFREDRZONE STAROBAJKI
FUTUROSIOŁ
Kłapousząc sianodajcom,
Strzyżousząc, krącogłowiąc
spojrzeniuje, spojrzeniuje
futurosioł owsosiano?
Owsosiano pachnonęci.
Owsochwyci ? sianożali,
Sianochwyci ? żaloowsi?
do białego słońcoświtu?
Futurośli namyślennik
głodopada kłapousząc

Iga Jasiewicz

I rok etnolingwistyki

Japonia bez stereotypów

Wystarczy pomyśleć o Japonii, healing a przed oczami stają nam przepięknie kwitnące wiśnie, filmy Kurosawy, gejsze i samuraje. Są też tacy, którym Japonia kojarzy się z zupełnie innymi klimatami, np. betonową dżunglą, wszechobecną bezduszną technologią i zafascynowanymi nią dziwakami. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że stereotypy istnieją po to, by uprościć postrzeganie świata i dlatego nie zamierzam patrzeć z góry na osoby widzące Japonię przez pryzmat powyższych przykładów. Jeszcze do niedawna sama, pod wpływem chociażby filmów animowanych, miałam bardzo prosty obraz tego kraju. Wyobrażałam sobie go jako krainę z wiecznie trwającym latem, brzęczącymi nieustannie cykadami i przejazdami kolejowymi niemal przed każdym przejściem dla pieszych. Jednakże jako osoba ucząca się języka japońskiego już od niemal sześciu lat, nie mogę i nie chcę  pozwalać sobie na takie skróty myślowe. Co nie oznacza, że moje szare komórki nie tworzą innych, o nieco wyższym poziomie wtajemniczenia, uproszczeń w percepcji kraju, którego kulturę kocham miłością niezmienną już od blisko dziesięciu lat.

Kioto, Kitanotenmamgu, kwitn-ce Âliwy

Wreszcie  nadszedł ten czas, kiedy moje ?zaawansowane? skróty myślowe mogły wyjść na światło dzienne i się do czegoś przydać. Na ostatnim roku studiów przyznano mi stypendium i mogłam wyjechać na roczną wymianę studencką do wymarzonego kraju. Nigdy wcześniej nie miałam okazji odwiedzić Japonii, chociaż znam sporo osób, które takową podróż mają za sobą. Wtedy, niczym demony z szafy, zaczęły wypełzać różne, poprzeczne i podłużne, obawy i uprzedzenia dotyczące Japonii, którą teoretycznie znałam bardzo dobrze (z opowieści moich japońskich nauczycielek, filmów fabularnych i dokumentalnych, książek oraz różnych relacji), ale w praktyce nie wiedziałam, co czeka mnie na miejscu. Chciałabym więc się podzielić tym, co trapiło mnie przed wyjazdem, a także po sześciu miesiącach tu spędzonych skonfrontować obraz Japonii i Japończyków, który miałam przed wrześniem ubiegłego roku, z tym, co sądzę teraz.

Miyajima

Na pierwszy ogień biorę miasto, w którym mam szczęście mieszkać, czyli Kioto. Jest to niegdysiejsza stolica, ocalona od fali zniszczeń, jaka przeszła przez ten wyspiarski kraj w trakcie II wojny światowej, dzięki czemu stała się ona duchowym azylem Japonii. Wszystko to brzmi wzniośle i cudownie, ale wiele osób przestrzegało mnie, że to miasto atmosferą przypomina polski Kraków, że była stolica wciąż rozpamiętuje lata dawnej świetności, a co za tym idzie, jej rodowici mieszkańcy są nadęci, szczycą się swoim pochodzeniem i ponoć patrzą na innych z góry. W szczególności w rozmaitych opiniach dostaje się starszemu pokoleniu, które podobno alergicznie reaguje na obecność obcokrajowców. Z jednej strony zatem wielka radość, bo oto przez rok będę mogła bez dalszych podróży odwiedzać różne słynne miejsca. Z drugiej to, co zarysowałam powyżej.

Kioto, Kinkakuji

Co więc mogę powiedzieć na temat mieszkańców Kioto? Na pewno nie mogę zgodzić się z powyższymi ostrzeżeniami. Nigdy nie spotkałam się z niechęcią z powodu ?bladej twarzy?, a przedstawiciele starszego pokolenia są moimi idolami ? nie uciekają na kilometr widząc obcokrajowców, a wręcz przeciwnie ? przysiadają się w autobusie, sami z siebie zagadują (czasem nawet po angielsku!), nie gapią się namolnie (w odróżnieniu od młodszych osób) i traktują wszystkich równo. Nie znam ani jednej osoby, która zadzierałaby nosa z powodu swojego pochodzenia. Wręcz przeciwnie, jeśli mieszkaniec Kioto usłyszy dobre słowo na temat swojego miasta, z typowo japońską pokorą podziękuje i będzie zadowolony, że ktoś podzielił się swoją przychylną opinią. W innych turystycznych miastach Japonii nie zawsze można doświadczyć takiej otwartości na drugiego człowieka, nawet tego zza granicy, a jeśli już, to przytrafiło mi się to wyłącznie na Okinawie. Wielu japońskich studentów i turystów chwali Kioto  nie tylko za unikatową atmosferę, ale również za szczególnie miłe nastawienie jego mieszkańców do innych osób.

Skoro poruszyliśmy temat obcokrajowców, to muszę przyznać się, że wiele razy słyszałam historie o Japończykach uciekających na drugą stronę ulicy, gdy tylko zauważyli kroczącą w swoją stronę osobę nierodzimego pochodzenia. Słyszałam również o takich, którzy uparcie na pytania zadawane w języku japońskim odpowiadają swoją, dość często łamaną, angielszczyzną. Zadziałał tu prosty mechanizm ? wiele osób to powtarza, więc musi to być prawda. Zatem kiedy po raz pierwszy naprawdę musiałam spytać o coś zwykłego przechodnia, Japończyka, byłam w stanie założyć się co najmniej o koniuszek małego palca, że przytrafi mi się jeden z dwóch powyższych scenariuszy. Gdybym to zrobiła, dziś posądzano by mnie o bycie kobietą mafii. Nie było szybkiej rejterady ode mnie, a odpowiedź została udzielona po japońsku.

Owszem, zawsze spotykam się z nieskrywanym zaskoczeniem ze strony Japończyków, że jako obcokrajowiec posługuję się ich jakże skomplikowanym i nieprzystępnym językiem. Choć czasami zdarzało mi się, że ktoś w sklepie uparcie wtrącał angielskie słówka (najczęściej trafnie), to postronny przechodzień nigdy nie narzucał się z przechwałkami na temat swojej, często wątpliwej, znajomości języka Szekspira. Wiem, że takie zachowanie miałoby logiczne wytłumaczenie i wcale nie denerwowałabym się, spotykając się z taką reakcją . Przecież to, że ktoś wykuł na pamięć jedno pytanie w obcym języku nie oznacza, że będzie w stanie zrozumieć odpowiedź, tym bardziej udzieloną przez osobę o mniej przyjaznej i łatwej w zrozumieniu wymowie niż lektor z podręcznikowych czytanek. Obecnie bardzo lubię ucinać sobie pogawędki ze zwykłymi Japończykami spotkanymi na ulicy bądź w sklepie. Czasem ktoś mnie zagaduje, a czasem inicjatywa wychodzi ode mnie. W takich sytuacjach Japończycy bardzo cieszą się z możliwości porozmawiania we własnym języku z przybyszem zza granicy. Jeśli już zauważą, że ktoś rozumie więcej niż ?arigatou? i ?konnichiwa?, zaczynają bez krępacji używać miejscowego dialektu, zupełnie jakby lepsza znajomość języka łączyła się z biegłością nie tylko w wersji standardowej.

Okinawa, Naha, chram szintoistyczny

Pozostańmy w sferze językowej. Oczywiście obawiałam się wszechobecnych ideogramów kanji, tudzież ?krzaczków?, jak są potocznie nazywane. Nigdy nie miałam pewności siebie w tej kwestii, a konieczność egzystowania w kraju, gdzie wszystko, od A do Z, będzie zapisane właśnie w ten sposób, trochę mnie przerażała. Jednak i w tym aspekcie diabeł nie okazał się być tak straszny, jak go malują. Owszem, nie da się ukryć, że jeśli coś da się zapisać w kanji, to jest to zapisane właśnie w ten sposób. Jednakże podróżowanie, co chyba najbardziej mnie martwiło, nie jest aż tak trudne. Powodem jest to, że odczytanie nazw własnych często nawet samym Japończykom sprawia kłopoty, tak więc przeważnie  dodawany jest zapis w sylabariuszu lub w alfabecie łacińskim. Kioto nie jest aż tak bardzo przyjazne obcokrajowcom w tej kwestii jak Tokio, ale najważniejsze zabytki, jak i dojazd do nich, nie powinny sprawić problemu nawet całkowitemu laikowi. Chociaż czasem spotkamy takie potwory tłumaczeniowe jak Kiyomizu-dera temple, co oznacza dokładnie ?świątynia świątynia Kiyomizu?, to przynajmniej samo zwiedzanie nie jest już trudne.

Tokio, Pa-ac Cesarski

Co innego jeśli chodzi o zakupy spożywcze bądź kosmetyczne, ale zawsze znajdzie się jakaś miła sprzedawczyni lub gospodyni domowa robiąca zakupy ramię w ramię, która pomoże w rozszyfrowaniu zawartości produktu, tudzież jego zastosowania. Osobiście raz na zakupach spotkałam dość ciekawą ciocię ?dobra rada?, która na widok mojej nietęgiej miny, gdy trzymałam w ręku płyn do zmiękczania tkanin (akurat byłam w stanie totalnego skupienia, bo porównywałam ceny), nie zastanawiając się długo podeszła i pouczyła mnie, że ów płyn służy do prania, a nie do picia. :)

Jeśli chodzi o życie codzienne, to nie ma nic bardziej spędzającego sen z powiek polskiego studenta, niż pieniądze, a raczej ich brak. Krążą legendy o zatrważająco wysokich kosztach życia w Japonii (Tokio często wygrywa w rankingach na najdroższe miasto świata), więc pomimo świadomości wsparcia z ministerstwa oczywiście bałam się, że stać mnie będzie tylko na ryż i wodę, że będę wiodła żywot na trasie od akademika do kampusu i z powrotem, a największą rozrywką będzie wspinaczka pod górkę (na której stoi akademik) z moim ukochanym workiem ryżu na plecach. Tutaj też się myliłam. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest śmiesznie tanio i wszystkie te historie to wierutne bzdury. Jednakże po jakimś czasie przestałam przeliczać wszystkie ceny na złotówki i nie było dla mnie ogromnym bólem wydać ponad 3 zł na jedno jabłko (owoce są tu bardzo drogie) lub 15 zł na jednodniowy bilet po wszystkich miejskich liniach autobusowych w Kioto. Niektóre produkty mają ceny porównywalne z naszymi, a niektóre, jak wspomniane owoce lub mięso, są kilkukrotnie droższe niż w Polsce. Różnego rodzaju formy rozrywki też do najtańszych tu nie należą, jednak od czasu do czasu można wyjść na karaoke lub pozwolić sobie na posiłek w lepszej restauracji bez wydawania oszczędności życia. Nie zapominajmy jednak, że Japończycy zarabiają więcej od nas, więc porównywanie wyłącznie cen nie ma większego sensu. Niech zobrazuje to średnia godzinowa stawka za dorywczą pracę studentów, która w przeliczeniu na złotówki wynosi na rękę… 25,50 zł.

Takich przykładów jest naturalnie więcej, ale ? żeby nie przedłużać ? skończę na tych najważniejszych. Przyznam szczerze, że przed wyjazdem byłam zdania, iż ceny lub zagubienie w supermarkecie albo na stacji metra można jakoś przeboleć. Najbardziej martwiła mnie powszechna opinia o niedostępności Japończyków, ich nieszczerości i niemożliwości zaprzyjaźnienia się z nimi. Teraz jednakże sądzę, że znajomość języka jest nie tylko przepustką do udanych zakupów lub trafnie odnalezionego celu podróży, ale również do zupełnie innej komunikacji z Japończykami. Przed wyjazdem znajomy Japończyk, który spędził w Polsce rok na wymianie studenckiej, powiedział mi, że skoro porozumiewam się sprawnie po japońsku, to nie będę mieć z niczym problemów i będę mogła robić absolutnie wszystko. Oczywiście wtedy wzięłam te słowa dosłownie i wcale mnie to nie pocieszyło, ponieważ czas spędzony w Japonii chciałam wykorzystać na obcowaniu z Japończykami nie tylko w trakcie zajęć, ale także po nich, towarzysząc im w życiu codziennym . Wyżej wymienione przeze mnie obawy kładły się cieniem na perspektywę lepszego poznania obywateli Kraju Kwitnącej Wiśni.

Jednak prawda jest taka, że po pół roku mieszkania i chodzenia na zajęcia z Japończykami, a także podróżowania po Japonii, mogę z pełną śmiałością, biorąc całkowitą odpowiedzialność za swoje słowa, stwierdzić: umiejętność porozumiewania się po japońsku jest kluczem do przebicia się przez fasadę nieufności Japończyków w stosunku do obcych, a w szczególności do osób z obcych krajów. Wielokrotnie byłam zapraszana do domu rodzinnego zwykłego Japończyka i nie była to tylko kurtuazja. Nowy Rok, który tutaj jest najważniejszym świętem w całym roku, również spędziłam tradycyjnie, dzięki uprzejmości znajomej Japonki. Być może jestem wyjątkiem, a być może ludzie, których spotykam są wyjątkowi. W każdym razie życzę wszystkim podobnie udanych wyjazdów jak ten, którego właśnie doświadczam

Roksana Zawiłowska

Nawarra – w krainie różnorodności

Piaszczyste plaże, błękitny ocean, flamenco, wachlarze, palmy i upał – taką Hiszpanię zobaczymy w folderach biur podróży. Ja kilka lat temu trafiłam do całkiem innej Hiszpanii – do położonej na północnym wschodzie Nawarry. Od tamtej pory zwiedzam, odkrywam, oglądam, smakuję i wciąż daję się zaskakiwać.  Jaka jest zatem Nawarra? Skoro nie ma tam plaż, palm i upałów, to co jest?

Nawarra jest przede wszystkim bardzo różnorodna. Odległość między północnym a południowym krańcem tej niewielkiej prowincji, zajmującej powierzchnię nieco większą niż powierzchnia najmniejszego polskiego województwa, to około 140 kilometrów. A jednak na każdym kroku zmienia się tu… chyba wszystko.

Najbardziej urzekła mnie przyroda Nawarry. Na południu zobaczymy księżycowy krajobraz pustyni Bardenas Reales, ale im bardziej na północ, tym więcej zieleni. Znajdziemy tu rzeźbione przez miliony lat wąwozy Foz de Lumbier i Foz de Arbayún, malownicze jaskinie Mendukilo, czy te w okolicy Zugarramurdi – miejscowości słynącej z niechlubnego sądu nad czarownicami, który odbył się w 1620 roku. Puszcza Irati to największy w Europie las bukowo-jodłowy, który jesienią oczarowuje różnorodnością kolorów. Z kolei lasy w dolinie Baztán na północy prowincji, poprzecinane wartkimi strumieniami, porośnięte są mchem i paprociami. Wysokie i skaliste Pireneje przez dużą część roku pokryte są śniegiem. Nawarra ma cztery pory roku: zieloną, burzową wiosnę, gorące, ale nie dające w kość lato, jesień, gdy niebo bardzo często przecina tęcza oraz zimę, gdy z szafy trzeba wyciągnąć grubą kurtkę.

Nawarra, to także zmieniające się style tamtejszej architektury. I tak, w położonej na południu Tudeli wyraźnie widać wpływy arabskie, a na północy zobaczymy białe domy o pochyłych dachach kryte czerwoną dachówką. Centralna część Nawarry to raj dla miłośników zamków i średniowiecznych budowli militarnych. Javier, Artajona, Olite, Ujué i Estella – to tylko niektóre miejsca, w których widać pozostałości po burzliwej historii regionu. Pamplona, stolica prowincji, również powstała jako miasto obronne. Stare miasto otaczają tam doskonale utrzymane mury, a w centrum miasta wznosi się oparta na planie pięcioboku Cytadela.

Nie sposób pisać o Pamplonie nie wspominając o San Fermín. Nieduże, spokojne miasto raz w roku zalewane jest przez setki tysięcy turystów, a zabawa trwa od 6 do 14 lipca, praktycznie bez przerwy. Sanfermines pokazywane i – niestety – promowane są w świecie jako święto byków i pijaństwa. W polskiej telewizji (ale w hiszpańskiej też bardzo rzadko, bo właściwie pokazują to głównie lokalne media) nie zobaczymy uwielbianej przez dzieciaki parady gigantów, licznych koncertów, conocnego, przepięknego pokazu sztucznych ogni. A przede wszystkim nie poczujemy klimatu, jaki panuje w mieście w zwyczajny, powszedni dzień, gdy ubrani na biało-czerwono mieszkańcy rozstawiają na ulicach stoły i w świątecznej atmosferze jedzą, piją, rozmawiają, śpiewają… Bardzo lubię tę miejską, spokojniejszą stronę fiesty.

Jaka jest gastronomia Nawarry? Oczywiście różnorodna, a przede wszystkim pełna produktów wysokiej jakości. Prowincja nie ma dostępu do morza, jej bogactwem są zatem warzywa: szparagi, karczochy, wędzone papryki „pimientos del piquilloˮ, oraz wspaniałe dojrzałe sery, także dziczyzna oraz txistorra – kiełbasa wieprzowa z dużą ilością papryki. A co pić? Oczywiście pochodzące z tutejszych winnic wina – od wyboru do koloru – oraz Patxaran, słodką nalewkę z tarniny produkowaną na bazie anyżówki. Jest to najbardziej charakterystyczny trunek tamtego rejonu.

Warto pamiętać, że Nawarra to także współistniejące tam obok siebie dwa bardzo różne języki – hiszpański i baskijski. Na południu jest bardziej „hiszpańskoˮ, jednak im bliżej stolicy prowincji, tym częściej widzimy tablice z nazwami miejscowości w obu językach i coraz częściej słyszymy euskera. Na północy język ten jest tak popularny, że nawet do mnie, z wyglądu ewidentnego cudzoziemca, mieszkańcy czasem zwracają się po baskijsku.

Długo można by mówić o Nawarze, o przecinającym ją pielgrzymkowym Szlaku Świętego Jakuba, o możliwości aktywnego wypoczynku, o lokalnych tradycjach, o zamieszkujących ją ludziach. Jeżeli chcecie lepiej poznać ten nieznany, ale jakże interesujący kawałek świata, zapraszam na mojego fanpage’a Navarra po polsku: https://www.facebook.com/NavarraPoPolsku. A jeśli kiedyś zdecydujecie się odwiedzić tę przepiękną krainę i będziecie mieli jakieś pytania, nie wahajcie się mi ich zadać. Bardzo chętnie pomogę.

Agnieszka Krupa

Dni Baskijskie – Relacja

Jaki kwiat chroni przed złem w Kraju Basków? Czym jest bertsolaritza? Jak brzmi baskijska wersja Pieśni o Rolandzie? Jak tańczyć, aby Bask nam w duszy grał? Tego ? i nie tylko tego ? można było dowiedzieć się podczas tegorocznych spotkań w ramach Dni Baskijskich 2014, zorganizowanych przez studentów lektoratu języka baskijskiego. Przypomnijmy więc, że Dni Baskijskie to inicjatywa o wieloletniej tradycji, która zrzesza nie tylko głodnych wiedzy żaków, ale też wszelkie stworzenie na niebie i ziemi, które choć przez moment chce zanurzyć się w baskijską kulturę i język.

W tym roku, w akompaniamencie konkursów internetowych, każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Począwszy od warsztatów języka, przez cykl ciekawych wykładów, aż do degustacji tradycyjnej baskijskiej strawy i napitku. Zaplanowane atrakcje przyciągały szereg zainteresowanych.  Dni Baskijskie 2014 zostały zainicjowane przez audycję Wszystko jest Folkiem. Wędrówki po krańcach światów, której można było posłuchać kilka dni wcześniej w internetowym radio Studnia. Panowie Janusz Radwański, Jarek Mazur i Szymek Węglowski zabrali słuchaczy w fascynującą podróż po Kraju Basków z muzyką tradycyjną u pasa. Audycji tej pikanterii dodawały humorystyczne komentarze prowadzących, którzy w Baskach zdołali doszukać się Łemków Półwyspu Iberyjskiego.

Właściwa część Dni Baskijskich rozpoczęła się warsztatem języka baskijskiego, podczas którego można było poznać podstawy tego języka. W międzyczasie można było podziwiać wystawę zdjęć z Kraju Basków, czyli coś, co z pewnością zainteresowało każdego amatora podróżowania.

Tego samego dnia, ale już wieczorem, odbyła się projekcja filmu ?Gazta zati bat ? Kawałek sera?, która przybliżyła oglądającym problematykę autonomiczności, choć nie tylko.
Następny dzień obfitował w ogrom pożywek intelektualnych ? wykłady związane z Krajem Basków i wieczorne tango z baskijską improwizowaną poezją śpiewaną przyciągnęły wiele osób. Zaczęliśmy skromnie od ibilaldii, jako przedsmaku baskijskiej kultury, po to, aby zatrzymać się następnie przy mitologii baskijskiej i zachwycić się jej osobliwościami. Słuchacze zostali gruntownie przeszkoleni w kwestii wszelakiej obrony przed złem czyhającym na każdym kroku w Kraju Basków, poznali panteon bóstw i stanęli oko w oko z niezliczoną demonów ilością, gdy prowadzące to spotkanie przedstawiły postaci z baskijskich bestiariuszy. Po podróży między światami bogów i ludzi nadszedł czas na bertsolaritzę, czyli baskijską improwizowaną poezję śpiewaną, poprzedzoną krótkim wstępem teoretycznym. Podobnie, jak było to rok temu, troje śmiałków ? Weronika Nowak, Przemek Urbaniak i Szymon Góralczyk ? spróbowało swoich sił w bertsolaritzy po polsku. Do tematów podawanych przez publiczność tworzyli krótkie, wierszowane historie z dużą dawką humoru, ku uciesze wszystkich zgromadzonych.

Ostatni dzień Dni Baskijskich obfitował w wydarzenia związane stricte z kulturą baskijską od kuchni. Uczestnicy mogli zmierzyć się w konkursie pintxos (baskijskich przekąsek) i spróbować baskijskiego wina. Chwilę później można było uczestniczyć w Opowieściach Baskijskich w Antykwariacie Mały Książek. W klimatycznych pomieszczeniu, w otoczeniu woluminów wszelkiej maści, na chwilę można było dać się porwać w wir historii, które poruszały, bawiły i nierzadko zmuszały do refleksji. Niepowtarzalna atmosfera spotkania udzieliła się wszystkim obecnym, którzy w skupieniu słuchali baskijskiej wersji Pieśni o Rolandzie, tak innej od znanej nam wersji francuskiej.

Zwieńczeniem Dni Baskijskich była impreza, podczas której prym wiódł warsztat tańca. Uczestnicy mogli harcować w rytm muzyki i obudzić w sobie wewnętrznego Baska. W międzyczasie można było spróbować wegańskiego baskijskiego jedzenia i pozwolić sobie na chwilę relaksu.

Także w ramach Dni Baskijskich, ale już tydzień później, zorganizowano spotkanie autorskie z Eider Rodriguez, znaną baskijską pisarką, które zgromadziło wielu zainteresowanych jej twórczością. Na recital przybyła również Dyrektor ds. Języka Baskijskiego Instytutu Etxepare, Jose Mari Olaziregi. Podczas spotkania pochyliliśmy się nad jednym z opowiadań, którego analiza doprowadziła do całej palety wniosków. Ponadto po raz pierwszy zaprezentowano najnowsze opowiadanie pisarki, które spotkało się z entuzjastycznym odbiorem.

Tegoroczne Dni Baskijskie przyciągnęły swoimi atrakcjami wiele osób i mam nadzieję, że i w przyszłym roku uda się kontynuować tradycję, dzięki której mamy okazję nieco bliżej poznać kulturę i język Kraju Basków. A nuż okaże się, że mamy z Baskami więcej wspólnego niż nam się wydaje.

Iga Jasiewicz

I rok etnolingwistyki