Jak odróżnić adaptację baśni braci Grimm od wiernego przekładu?

basnie braci grimm.indd

Polski czytelnik siłą rzeczy poznawać będzie baśnie braci Grimm w przekładzie na język polski, what is ed a przekład ten nie musi być przecież wiernym odwzorowaniem zamiaru oryginału. Jeśli jednak zależy nam, by w czasie lektury baśni wychwycić wszystkie istotne cechy baśni braci Grimm, powinniśmy sięgać do takich przekładów, które w warstwie językowej i treściowej nie odbiegają od oryginału.

Na rynku książki istnieją niezliczone wydania baśni: zbiory ?najpiękniejszych baśni braci Grimm?, bogato ilustrowane wydania pojedyncze, liczne wznowienia dawnych edycji. Popularność baśni sprawia, że są one przetwarzane, reprodukowane, adaptowane ? tak naprawdę w sposób zupełnie niekontrolowany. Często wydawane są nawet bez nazwisk autorów, rzadko zawierają informację o autorze tekstu polskiego.

Jak odróżnić wierny przekład od adaptacji? Wiarygodne wydanie baśni posiadać będzie informację o autorach i tłumaczu, jednakże również i takie edycje często różnią się znacznie od oryginału. Wydawnictwo Nasza Księgarnia sporządziło w roku 1956 tom Baśni w przekładzie Marcelego Tarnowskiego, a pod redakcją Stefanii Wortman. W ramach dyskusji w czasie konferencji ?Funkcja baśni w wychowaniu i kształtowaniu osobowości dziecka? Stefania Wortman wygłosiła znamienne słowa:

„Przez wiele lat pracowałam w ?Naszej Księgarni?, w redakcji dla dzieci młodszych (…). Starannie wybierałyśmy i dobierały baśnie, żeby tylko nie było w nich czegoś okropnego. (?) Na przykład macocha Królewny Śnieżki nie tańczyła aż do śmierci w rozpalonych pantofelkach, tylko umierała krótką bezbolesną śmiercią na widok szczęśliwej pasierbicy (…). Oczywiście nie można było w tym wyborze zamieścić Jasia i Małgosi, bo sprawa palenia czarownicy to zbyt okropne?”

I rzeczywiście, wszystkie przekłady Tarnowskiego zostały w tym tomie ocenzurowane, np. zła królowa w Królewnie Śnieżce najpierw staje się ?tak brzydka, tak potwornie brzydka, że nikt nie mógł na nią patrzeć?, a następnie z krzykiem wybiega z pałacu i ukrywa się w wielkim, gęstym lesie. Inne baśnie w wyborze Stefanii Wortman także mają zmienione zakończenia: zła królowa w Braciszku i siostrzyczce nie zostaje spalona na popiół, ale zamknięta w więzieniu, a fałszywa narzeczona w Gęsiareczce zostaje jedynie skazana na wygnanie, a nie zamknięta w ?beczce wybitej w środku ostrymi gwoździami?. O losie złych sióstr Kopciuszka nie dowiemy się niczego, a baśni o Jasiu i Małgosi w ogóle nie przeczytamy, bo ?zbyt okropna?. Warto o tym pamiętać, bo wydanie pod redakcją Stefanii Wortman było przez ponad 40 lat ?kanonicznym? wydaniem baśni braci Grimm opatrzonym znakiem: ?lektura szkolna (klasa IV)?.

 basnie braci grimm.indd

Kryterium językowo-stylistyczne

Brak kar to jeden z sygnałów, że polski tekst jest typową ?przeróbką?. Bardzo skuteczne jest jednak także kryterium językowo-stylistyczne. Jeśli baśń w polskim przekładzie napisana jest językiem pełnym ozdobników, to jest to sygnał, że mamy do czynienia z nieuprawnioną modyfikacją. Rzecz jest o tyle istotna, że na przykład uczniowie czytający takie ?wystylizowane? baśnie tak naprawdę nie będą w stanie poznać wszystkich istotnych cech baśni (takich jak schematyczność, abstrakcyjność, uniwersalność), gdyż po prostu nie pojawią się w tekście przekładu.

W dotychczasowych przekładach dostosowanie tekstu do specyficznie rozumianej przez tłumacza konwencji baśniowej (swoista dramatyzacja i poetyzacja tekstu) jest tak rozpowszechnionym zjawiskiem, że w zasadzie większość tłumaczeń mogłaby służyć za przykład mnożenia epitetów, potęgowania nastroju i dodawania atrybutów uznawanych przez autora przekładu za ?baśniowe?. Dzieje się tak całkowicie wbrew swoistości gatunku Grimmowskiego, którego zasadą jest prostota i schematyczność ? zarówno fabuły, jak i języka.

basnie braci grimm.indd

Szczególnie ciekawym przykładem ulegania specyficznie rozumianej konwencji ?baśniowości? są przedwojenne tłumaczenia Cecylii Niewiadomskiej. Przekłady te są do dzisiaj obecne na rynku wydawniczym, np. w ramach wydań lektur szkolnych jako tzw. ?wydanie z opracowaniem?. Można się domyślać, że wielu uczniów sięga właśnie po ten przekład, gdyż jest on reklamowany jako lektura szkolna. Polskie wersje baśni są tutaj średnio o połowę dłuższe od oryginałów i znaleźć w nich można całostronicowe passusy, które tłumaczka napisała samodzielnie, np. ?Biedna pasierbica ani jednego słowa przemówić nie śmiała (?) i prać zaczęła. Pierze. Łzy padają na mokre chusty, ręce pękają od mrozu i krwawią białe płótno, lecz ona wciąż pierze?. W oryginale zdania tego nie znajdziemy.

W wersji Niewiadomskiej uderza ozdobny język, skomplikowane konstrukcje zdaniowe, nadmiar przymiotników i zdrobnień. I tak fragment, który w wiernym przekładzie brzmi: ?Jedną noc szczęśliwie przetrwałeś, ale czekają cię jeszcze dwie?, w wersji Niewiadomskiej zyskuje postać: ?Czy zostaniesz na noc drugą? ? spytała dziewica, a gdy królewicz oznajmił, że jest to jego zamiarem, rozpłakała się z radości i nie wiedziała sama, jak ma dziękować za tyle dobroci?.

O ogromie wprowadzonych zmian niech świadczy dłuższy fragment tekstu z baśni Trzy leśne trolle (nr 13). Dla ułatwienia wszystkie dodatki wykraczające poza oryginał zostały zaznaczone kursywą:

Biedna pasierbica ani jednego słowa przemówić nie śmiała, wzięła siekierę i płachtę z bielizną, wyrąbała przerębel w rzece koło mostu i prać zaczęła.

               Pierze. Łzy padają na mokre chusty, ręce pękają od mrozu i krwawią białe płótno, lecz ona wciąż pierze. I nie słyszała nawet, że król z liczną świtą jadąc przez most zobaczył dziewczynę na lodzie i kazał zatrzymać konie.

– Co tu robisz, moje dziecię? ? rzekł do niej łagodnie.

– Bieliznę piorę w rzece ? odparła zmieszana, a kiedy to mówiła, rubin, szmaragd i diament z ust jej opadły.

Król patrzył na dziewczynę, świeżą jak pączek róży, na jej załzawione oczy, zakrwawione ręce, na klejnoty, co z ust jej za każdym razem padały i podobała mu się bardziej, niż wszystkie księżniczki i królewny, jakie znał dotąd.

– Czy masz rodziców, śliczne dziewczę? ? spytał.

– Mam ojca i macochę ? odrzekła nieśmiało ? ale ojciec po świecie pracy szuka, a macocha…

Nie chciała się uskarżać, więc nic nie powiedziała, ale młody król spojrzał na jej pokrwawione ręce i domyślić się wszystkiego.

– Czy chcesz pojechać do mnie i zostać moją żoną? ? odezwał się po chwili namysłu. ? Widzę, że pracowita jesteś i dobra, a piękniejszej darmo bym szukał po świecie.

Dziewczynka aż klasnęła w ręce, tak się ucieszyła, lecz zaraz zawołała ze smutkiem:

– Jakże ja mogę usiąść obok króla w takiej mokrej spódniczce, tak ubogo ubrana? Czyż tak wygląda królowa?

Dla porównania fragment ten w wiernym przekładzie brzmi tak:

Dziewczyna posłuchała i poszła nad rzekę. Tam zaczęła rąbać przerębel w lodzie, a gdy była w samym środku pracy, nadjechała wspaniała kareta, w której siedział król. Kareta zatrzymała się i król zapytał:

– Moje dziecko, kim jesteś i co tam robisz?

– Jestem ubogą dziewczyną i  płuczę przędzę.

Król poczuł litość, a gdy zobaczył, jaka jest piękna, powiedział:

– Czy pojedziesz ze mną?

– O tak, chętnie z całego serca ? odpowiedziała dziewczyna, bo cieszyła się, że zejdzie z oczu matce i siostrze.

 Jak widać na powyższym przykładzie, rozmiar dodanego tekstu jest na tyle obszerny, że baśń tę należałoby uznać za własną twórczość tłumaczki ? rodzaj swobodnej adaptacji. Baśń zostaje uzupełniona o opisy, chociaż ? jak wiemy ? ze swej natury opisów nie lubi. Pojawiają się emocje, o których typowa baśń nie opowiada. Ze szczegółami przedstawione zostaje cierpienie bohaterki, choć i to kłóci się z zasadą wskazaną przez Lüthiego, że ?krew nie płynie, rany nie bolą?. Dodatkowo znajdziemy tutaj swoiste dopowiedzenia ? w oryginale nie pojawia się postać ojca ? w przekładzie ojciec jest, ale ?po świecie pracy szuka…?. Król nie tyle proponuje bohaterce, by z nim pojechała, lecz pyta dodatkowo, czy zostanie jego żoną. Bohaterka oryginału po prostu rusza z królem, podczas gdy bohaterka przekładu mityguje się i wdzięczy jak postać z romansideł. Warto zapytać, z czyją twórczością zapoznawać się mają uczniowie w ramach obowiązkowych lektur szkolnych: z dziełem braci Grimm czy też z infantylną wizją tłumaczki. W tym miejscu trzeba przypomnieć, że sami bracia Grimm wypowiadali się przeciw literackiemu upiększaniu baśni i w swej przedmowie pisali o tym tak:

Wyćwiczona ręka takich adaptacji podobna jest do owej nieszczęśliwie obdarowanej, która wszystko, czego tknie, zamienia w złoto, w tym również potrawy, i dlatego w samym środku przepychu nie nakarmi nas i nie napoi. I nawet tam, gdzie ktoś odwołuje się do mitologii i jej obrazów powodowany jedynie siłą swej wyobraźni, jakże wszystko jest czcze, pozbawione treści i kształtu, pomimo najlepszych i najsilniejszych słów! My jednakże sprzeciwiamy się jedynie tym adaptacjom, których celem jest upiększanie baśni i wzmacnianie ich poetyckości ? a nie swobodnemu komponowaniu tych samych treści we własnych, należących do swej epoki utworach, albowiem któż chciałby stawiać granice poezji?

Ogromna ilość zmian w polskich wersjach baśni pozwala sądzić, że wiele z istniejących polskich tłumaczeń nie może być rozpatrywanych w kategoriach przekładu właściwego. Tymczasem wątki, bohaterowie, motywy obecne w baśniach oryginalnych pojawiają się w niezliczonych nawiązaniach, metaforach, powiedzeniach. Wiele z nich jest nieczytelnych dla odbiorcy polskiego właśnie z racji mniej czy bardziej pięknych, lecz zawsze niewiernych wersji poszczególnych baśni.

 

 basnie braci grimm.indd

Wszystkie ilustracje pochodzą z wydania: Bracia Grimm, Baśnie, tłum. Eliza Pieciul-Karmińska, il. Adolf Born, Poznań: Media Rodzina 2009.

Przyczynek do rozważań o komunikacji w Internecie.

Bez większego ryzyka można przyjąć do wiadomości fakt, stomach że w świecie zjawisk komunikowania masowego, malady po upowszechnieniu się taniej prasy, erectile po zaniku wszelkich niemal barier finansowych i technologicznych w dostępie do radia, telewizji oraz komputerów osobistych, odwrotnością socjalizacji (socjacji) stała się atomizacja. Przejawia się ona w ten sposób, że najpierw każda rodzina posiadająca owe dobra medialne zamknęła się w czterech ścianach swojego mieszkania, a potem (co nie jest rzadkością) każdy niemal członek tej rodziny ? jeżeli czyta własną/ulubioną gazetę, słucha ulubionej stacji radiowej, spędza czas przed własnym telewizorem, albo podróżuje po świecie z własnym/osobistym komputerem, telefonem, smartfonem lub/i tabletem ? zaczyna izolować się fizycznie od reszty społeczności. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka.

Nie zmienia to jednak faktu, co ważne, że wraz z postępującą w rodzinach, grupach rówieśniczych i grupach zawodowych świadomie wybieraną ?osobnością informacyjną? zaczęły zwiększać się potrzeby komunikacyjne wewnątrz tego medialnie zatomizowanego społeczeństwa. Gdyby do tych zjawisk zastosować heglowską triadę dialektyczną, to socjalizacja byłaby tezą, atomizacja antytezą, a wzmożona chęć nieustannego komunikowania czegoś komuś i komunikowania się jednostek między sobą w nasyconym mediami społeczeństwie XXI wieku byłaby syntezą. Ową syntezę, w wymiarze materialnym i praktycznym, stanowi oczywiście globalna Sieć zwana Internetem. Natomiast sprzężona z Internetem za pomocą łączy bezprzewodowych sieć telefonii komórkowej dodatkowo sprawia, że człowiek (homo communicans), który ma takie potrzeby oraz posiada odpowiednie umiejętności w zakresie obsługi sprzętu elektronicznego, staje się nieustającym, żeby nie powiedzieć obsesyjnym nadawcą i odbiorcą różnego typu komunikatów.

Za sprawą Internetu raz na zawsze zostały rozsadzone ramy tradycyjnych sposobów komunikowania się ludzi między sobą i dla jakichś określonych celów. Dzisiaj na przykład owo komunikowanie się z innymi użytkownikami Sieci bywa także formą ?zabijania czasu?, rodzajem rozrywki lub jedynym możliwym sposobem na ?uprawianie? zawodu, jakiejś profesji (np. tzw. dziennikarstwa obywatelskiego lub społecznościowego), której w świecie analogowym z różnych powodów uprawiać nie jesteśmy w stanie. Warto więc pamiętać, że jedną z ?najistotniejszych cech komunikowania we współczesnym świecie jest to, że ma ona zasięg ogólnoświatowy. Stosunkowo łatwo wysyła się komunikaty na duże dystanse, w związku z czym ludzie mają dostęp do informacji z odległych źródeł. Ponadto dzięki wzajemnemu uniezależnieniu czasu i przestrzeni, co umożliwiły media elektroniczne, dostęp do informacji z odległych źródeł jest stały i natychmiastowy. Kwestia dystansu została całkowicie zepchnięta na drugi plan dzięki wszechobecnym sieciom komunikowania elektronicznego. Ludzie mogą wchodzić we wzajemne interakcje lub działać w ramach pośrednich quasi-interakcji, mimo iż faktycznie znajdują się w kontekstach swojego codziennego życia w różnych częściach świata?[1].

W tym miejscu moich rozważań cisną się pod pióro trzy interesujące mnie zagadnienia, które spróbuję sformułować pod postacią pytań, być może nawet retorycznych: 1) Dlaczego ?wszyscy? chcą się komunikować?; 2) Dlaczego ?wszyscy? chcą o czymś informować?; 3) Co wynika z tego ?nadmiaru? informacji oraz stale wzrastającej liczby kanałów i narzędzi komunikacyjnych? W krótkim tekście nie jestem w stanie spraw tych skutecznie zbadać, rozwikłać ani skwitować pouczającą refleksją. Zamierzam jednak zwrócić uwagę na te trzy kwestie, gdyż ? jak sądzę ? w kontekście możliwości komunikacyjnych Internetu zyskują one nową wartość badawczą. Oczywiście znany jest mi fakt, że ludzie zawsze chcieli się komunikować na miarę swoich aktualnych możliwości cywilizacyjnych, zawsze chcieli o czymś informować innych ludzi i zawsze poszukiwali nowych kanałów komunikacyjnych (więc nie jestem w tej materii zbyt oryginalny, wszak ?komunikowanie pozostaje jedną z cech dystynktywnych człowieka, niezależnie od różnic w celach, formach i skutkach komunikowania?[2]), ale śmiem twierdzić, że obecny poziom aktywności komunikacyjnej przeciętnego człowieka, który ma dostęp do telefonu komórkowego oraz Internetu, przekracza wszystkie wcześniejsze, znane nam z własnego doświadczenia i literatury przedmiotu przejawy tejże aktywności. Z jednej strony taniość i łatwość techniczna w obrębie aktów komunikacyjnych, a z drugiej niezawodność sprzętu elektronicznego sprawiają, że powszechność tychże aktów (którą ograniczać może tylko chwilowy brak energii elektrycznej), powszechność często pozbawiona głębszego uzasadnienia, a nawet, niekiedy, zdroworozsądkowych przesłanek, może zadziwiać, a na pewno zastanawiać. Jeżeli zatem nie racjonalna potrzeba i nie egzystencjalny przymus, to co napędza miliony użytkowników Internetu oraz sprzężonej z nim telefonii komórkowej w tej technologicznie doskonałej ?orgii? nieustającego komunikowania i komunikowania się? Czyżby jakiś rodzaj uzależnienia, przejawiającego się stałą gotowością do bycia osiągalnym (oczekiwanie na kontakt), stałym poziomem aktywności nadawczej (zwracam na siebie uwagę) lub stałą potrzebą komunikacyjnego włączania się w coś, zabierania głosu w jakiejś sprawie, na przykład w oczekiwaniu na sukces medialny?

Owa łatwość i powszechność komunikacyjna ? mogąca w sprzyjających warunkach przerodzić się w rodzaj uzależnienia medialnego (które staje się w ostateczności uciążliwą dla otoczenia przypadłością osób ?uzależnionych?) ? nie byłaby zapewne możliwa bez określonych umiejętności (sprawności) intelektualnych oraz sprawności manualnych (także umiejętność obsługi odpowiedniego sprzętu). W efekcie może się zdarzyć, że z jednej strony nadmiar informacji (np. na skutek świadomej manipulacji) prowadzi do dezinformacji, a z drugiej ? lawinowo przyrastająca liczba aktów komunikacyjnych (zwłaszcza nie uzasadnionych realną potrzebą) staje się zaprzeczeniem normalnych relacji interpersonalnych oraz zdroworozsądkowych relacji między, na przykład, politykami a społeczeństwem. A wszystko to może zastanawiać, zwłaszcza w obliczu konstatacji, że: ?Nikła jest zdolność odbiorców do obrony przed manipulacjami. Szczególny niepokój powinno budzić to, że nikła też jest ku temu gotowość ze strony odbiorców. Odnosi się bowiem wrażenie, jakby chcieli oni żyć w swoistej ułudzie czy fikcji, nie potrzebując, nie pragnąc bardziej adekwatnej prawdy o świecie, jakby chcieli mieć poczucie istnienia w pewnym ładzie społecznym i poznawczym niezależnie od tego, czy jest on złudny czy prawdziwy?[3].

Pora już na powrót do interesujących mnie zagadnień, sformułowanych dwa akapity wcześniej w postaci trzech pytań. Wyczerpujące, acz różnorodne, odpowiedzi na te pytania, jeżeli zostaną wpisane kiedyś w szersze konteksty problemowe (dzięki czemu będzie można pominąć banalne oczywistości), znajdą się ? mam taką nadzieję ? w tekstach wielu innych autorów. Lub już się tam znalazły.

W tekście zamieszczonym w sierpniu 2009 (czyli dawno temu) roku na łamach ?Gazety Wyborczej?[4] Castells podaje pewne dane, a mianowicie, że obecnie (czyli wtedy) użytkowników Internetu na świecie jest 1,5 miliarda, że nagle każdy pisze swoją gazetę-blog, a jest ich dzisiaj 150 milionów, że obecnie w zaawansowanych technologicznie ? albo gadatliwych ? krajach telefonów komórkowych jest więcej niż ludzi. Przykładowo w Argentynie to 125 procent w stosunku do liczby ludności, gdy w USA tylko poniżej 90 procent. Z ważnych dla naszych rozważań przemyśleń i spostrzeżeń Castellsa już na koniec warto przytoczyć ten fragment, w którym autor Społeczeństwa sieci wprowadza pojęcie samokomunikacji masowej:

Różnica między Internetem a tradycyjnymi mediami polega na tym, że to sami użytkownicy Internetu produkują treści i wysyłają je w sieć. Jednocześnie sami sobie ściągają i zbierają inne treści. Dlatego też mówimy o samokomunikacji masowej. Tradycyjny przekaz odbywa się z jednego ośrodka do wielu; tutaj ? od jednego do wielu, od wielu do jednego i od wielu do wielu. Mamy globalną dystrybucję komunikatu, globalną interakcję, a także nieograniczoną różnorodność. Wszystko to zmienia w sposób fundamentalny relacje pomiędzy komunikacją a władzą, a także sposób postrzegania własnego ja w społeczeństwie. (?) Wszystkie badania wskazują, że im więcej ktoś używa Internetu, tym bardziej jest uspołeczniony. Pogląd mówiący, że internauci są wyizolowani, się nie sprawdza[5].

A więc jednak nie mam racji. Niemniej pojęcie ?samokomunikacji masowej? nieznacznie tylko przybliża mnie ? wciąż tylko intuicyjnie ? do zrozumienia istoty problemu, który ukrywa się w trzech pytaniach: Dlaczego ?wszyscy? chcą się komunikować?; Dlaczego ?wszyscy? chcą o czymś informować?; Co wynika z tego ?nadmiaru? informacji oraz stale wzrastającej liczby kanałów i narzędzi komunikacyjnych? Prawdopodobnie w całej tej sprawie chodzi o to, że ?nikt? nie chce stawać się rozbitkiem na samotnej wyspie swojego losu, że ?nikt? nie chce pozostawać poza mainstream, poza światową wspólnotą tych, którzy stają się przydatni, ponieważ dostarczają światu informacji (ważnych lub jakichkolwiek). A więc, być może, pojawia się nieprzydatność jako rodzaj kompleksu cywilizacyjnego, jako odmiana lęku egzystencjalnego? A co z tego wynika lub może wynikać? Poza bezdyskusyjnie ogromnymi zyskami, które zgarniają producenci sprzętu oraz dostawcy i operatorzy technologii internetowej, wynika z tego stara jak świat przypadłość: wszyscy mówią, ale nikt nie słucha, wszyscy produkują komunikaty, ale nikt nie staje się przez to lepiej poinformowany, wszyscy próbują w nieustającej euforii komunikacyjnej manifestować swoje istnienie, ale chyba niewiele to zmienia w ich prywatnym dziele poszukiwania sensu własnego istnienia. Jedynym realnym, choć niematerialnym, zwycięzcą tej nieustannie prowadzonej gry w komunikowanie pozostaje stale wzrastający szum informacyjny. Być może ta uogólniająca teza jest mało uprawniona z naukowego punktu widzenia, ale jej niepokojąca przystawalność do realiów naszego ?tu i teraz?, jej dramatyczna aktualność z czasem przekroczy w oglądzie badawczym poziom niezobowiązującej refleksji filozoficznej niżej podpisanego.

Krzysztof  Szymoniak


[1] John B. Thompson: Media i nowoczesność. Społeczna teoria mediów,  Wrocław 2006, s 153.

[2] Marian Golka: Bariery w komunikowaniu i społeczeństwo (dez)informacyjne,  Warszawa 2008,  wstęp, s. IX.

[3] Ibidem, s. 119.

[4] Jest to zapis wykładu w Klubie GOŚCIE GAZETY, pt. ?Media i władza?.

[5] Manuel Castells: Obywatel rodzi się w sieci, [w:] ?Gazeta Wyborcza?,  8-9 sierpnia 2009,  s. 20.