TŁUMACZYĆ ŚPIEWAJĄCO

Aby tłumaczyć piosenki, nie musisz znać nut – wystarczy trochę słuchu i zwrotka wzorcowa, pokazująca liczbę sylab i rozłożenie akcentów muzycznych (kabareciarze nazywają ją czasem ‚rybką’).

Byłem jednak dość sceptyczny, kiedy mój libertariański przyjaciel (a przy tym absolwent naszego IJ) Jakub Wozinski poprosił o przetłumaczenie pieśni napisanej przez Murreya Rothbarda.  Jakub, znawca, tłumacz i komentator pism Rothbarda i postulowanej przezeń radykalnej odmiany libertarianizmu, zwanej anarchokapitalizmem, tłumaczył wtedy biografię uczonego. Znalazła się w niej napisana przez Rothbarda pieśń – coś w rodzaju hymnu libertarian. Swoją drogą, ilu profesorów ekonomii czy filozofii byłoby w stanie napisać hymn dla swojej dyscypliny – a czy wyobrażasz sobie, miły czytelniku, hymn etnolingwistów?  albo syntaktyków generatywnych?   a fonetyków?

Hymn napisany był dla Koła Bastiatowskiego (the Circle Bastiat), nieformalnej grupy przyjaciół i uczniów Rothbarda, z czasów, gdy w latach 50-tych spotykali się w jego mieszkaniu na Manhattanie, prowadzili uczone dyskusje,  chodzili wspólnie do kina, śpiewali i komponowali piosenki; byli grupą przyjaciół mocno związanych wolnościowymi przekonaniami. Uprzedzę, że poetyka hymnu nie zgadza się z dość beztroską atmosferą Koła – napisany jest w stylu podniosłym i nieco pompatycznym, stosownym raczej dla epok wcześniejszych, kiedy anarchiści traktowali siebie i świat ze śmiertelną powagą – rzucali bomby na królów i strzelali do prezydentów.

Ale pamiętajmy, że w latach 50-tych nie było jeszcze rocka ani pop-music, nie było zaangażowanych protest-songów, nie było sfery pośredniej między, powiedzmy, „Besame mucho” a „Wyklęty powstań ludu ziemi” (skądinąd bardzo ładna pieśń). Mając do wyboru podniosłość i szlagier, Rothbard poszedł w stronę podniosłości i napisał tekst do melodii znanej patriotycznej pieśni „America the Beautiful”.

Tekst  jest radykalnie antypaństwowy – w znaczeniu libertariańskim, czyli przeciw instytucji państwa jako takiej, a nie przeciw konkretnemu rządowi. Radziłem Jakubowi, żeby zadowolił się zamieszczeniem angielskiego tekstu pieśni wraz z tłumaczeniem filologicznym. W końcu jednak namówił mnie na próbę przetłumaczenia tak, żeby dało się śpiewać po polsku. I udało się! Libertarianie i anarchiści –ustawiamy się w chórek i ćwiczymy.

Dla tych, którzy nie znają pierwowzoru, link do youtuba i pierwsza zwrotka:

https://www.youtube.com/watch?v=zEDv5xG3rxE

Z bardzo licznych wykonań na youtubie dla mnie najlepsze jest wykonanie klasyka i geniusza country, Willie Nelsona. Ale to z linku jest łatwiejsze jako ‚rybka’.

O beautiful, for spacious skies,

For amber waves of grain,

For purple mountain majesties

Above the fruited plain!

America! America! God shed His grace on thee,

And crown thy good with brotherhood, from sea to shining sea.

 

To teraz hymn, który Murrey Rothbard napisał dla libertarian:

 

*************

1. It’s ours to right the great wrong done,

ten thousand years ago.

The State, conceived in blood and hate,

remains our only foe.

O, Circle Brothers, Circle brothers,victory is nigh.

Come meet your fate, destroy the State, and raise the banner high.

 

2. Look up there, Circle brothers, see

the black banners unfurled,

How they wave in expectation

of a new and better world.

The lines are drawn, the ranks are firm, the challenge has been hurled.

Vict’ry, vict’ry lies before us (repeat twice). The Circle marches on.

 

3. One by one the States are dying,

see the age-old monsters fall,

as the world resounds in answer

to the Circle’s trumpet call.

We’ll not rest until all States are gone and men are freemen all.

Onward, onward Circle brothers (repeat twice), for that day lies at hand.

********

A teraz moje tłumaczenie (powiedzmy, że miejscami parafraza). Śpiewa się nawet łatwiej niż tekst Rothbarda, a bez fałszywej skromności powiem, że wersyfikacyjnie jest bardziej kunsztowny – zauważ czytelniku wewnętrzne rymy lub asonanse w wersach refrenowych.

*******

1. Dziś przyszło nam naprawić zło,

co trwa tysiące lat.

Bo Państwo krwią  i złością swą

zatruwa cały świat.

Więc naprzód, bracia, śpieszmy się; zwycięstwa słychać pieśń.

Obalić Państwo to nasz cel, wolności sztandar wznieść.

 

2. Spójrz, bracie, na sztandarów las

– ich w słońcu lśniącą czerń.

Do walki poprowadzą nas

o świata losów ster.

Bez lęku prawdę głośmy dziś, rozproszmy kłamstwa mrok.

Gdy po zwycięstwo mamy iść, nasz zastęp równa krok.

 

3. Już państw się zbliża nędzny kres,

tyranii pogrzeb trwa.

Dla wszystkich wolność bliżej jest,

nadziei trąbka gra.

My nie ustańmy w walce swej, aż wolni siostra, brat;

a państwa w proch rozsypią się, i lepszy będzie świat.

*************

Sądząc po tym jak bardzo państwo rozrosło się w ostatnim półwieczu we wszystkich krajach cywilizacji zachodniej, wizja przyszłości przedstawiona przez Rothbarda może się wydać nadmiernie optymistyczna. Ale, z drugiej strony, czyż nie jest rolą hymnu krzepić i zachęcać do wytrwałości? Może więc kiedyś doczekamy się świata bez tyranii państwa i jego wszechobecnych funkcjonariuszy?

 

Dr Henryk Krzyżanowski

„Miejscy muzykanci z Bremy” – zawsze aktualna baśń o miejskich etatach, uchodźcach i rynku pracy

1. Tytuł

Wielu z nas baśń o „muzykantach z Bremy” kojarzy prawdopodobnie z liczbą w tytule jako: O czterech muzykantach z Bremy (tłum. M. Tarnowski) lub Czterech muzykantów z Bremy (tłum. Z. A. Kowerska). W polskiej tradycji przyjął się taki właśnie tytuł nawiązujący do innych tytułów Grimmowskich baśni, w których liczby nabierają szczególnego znaczenia (Trzej czeladnicy, Trzej bracia, Sześciu zdobędzie cały świat, Siedmiu Szwabów, Dwunastu braci, Dwunastu myśliwych itd.).

Tymczasem tytuł oryginalny nie podkreśla wcale liczby bohaterów, lecz skupia się na zupełnie innym aspekcie. Die Bremer Stadtmusikanten to nie tyle Muzykanci z miasta Bremy [tak przykładowo przetłumaczono tytuł filmowej adaptacji tej baśni: http://pl.wikipedia.org/wiki/Muzykanci_z_miasta_Bremy], co Miejscy muzykanci z Bremy (tłum. E. Pieciul-Karmińska), gdyż Stadtmusikant oznacza „miejskiego muzykanta”, czyli muzykanta zatrudnionego przez miasto (w tym wypadku przez Bremę, która była wolnym miastem hanzeatyckim).

Gdy więc osioł postanawia ratować skórę, podejmuje ambitną decyzję wyruszenia do Bremy, by tam dostać „etat” miejskiego muzykanta:

…ruszył drogą do Bremy. Pomyślał, że przecież mógłby tam zostać miejskim muzykantem. (tłum. E. Pieciul-Karmińska)

W tym miejscu ujawnia się subtelna ironia: zwierzęta, które do niczego się już nie nadają, wpadają na pomysł, że przecież zawsze mogą zostać miejskimi muzykantami w Bremie, co ostatecznie świadczy jedynie o niskim poziomie życia kulturalnego w Bremie. Jednak pomimo tej uszczypliwości baśń ta cieszy się w samej Bremie niesłabnąca popularnością, a czwórka zwierząt doczekała się tam swojego pomnika.

 pomnik muzykantów

W tym sensie przekłady, w których znika wspomnienie o „zinstytucjonalizowanym” wymiarze pracy muzykantów, zacierają całkowicie komizm i sarkazm wpisany w tę baśń. U Marcelego Tarnowskiego czytamy:

… uciekł w stronę miasta Bremy. Tam, myślał, będzie mógł zostać muzykantem. (tłum. M. Tarnowski)

W takiej wersji osioł planuje karierę zwykłego „muzykanta”, a czytelnik nie otrzymuje informacji, że osioł zamierza zatrudnić się na miejskim etacie (któż nie chciałby być na utrzymaniu miasta!). Z tego względu w najnowszym przekładzie „miejski muzykant” został opatrzony przypisem tłumaczki: „Miejski muzykant (niem. Stadtmusikant) – muzykant na utrzymaniu miasta, zrzeszony w cechu” (Baśnie dla dzieci i dla domu, Poznań: Media Rodzina 2010, t. I, s. 151).

Wydaje się, że przeoczenie istotnej informacji z oryginalnego tekstu wynikać może z odmienności strukturalnej języków. Język niemiecki preferuje złożenia (Stadtmusikant = Stadt + Musikant), które w języku polskim muszą zostać odpowiednio zinterpretowane, a to daje także możliwość błędnego przyporządkowania przydawki, więc zdarza się, że człon „Stadt” zostaje przełożony jako „miasto” (muzykanci z miasta Bremy), a nie jako „miejski” (miejscy muzykanci z Bremy). Takiego problemu nie ma przykładowo w przekładzie na język angielski, który w charakterze przydawki może używać rzeczownika w niezmienionej formie: angielski tytuł tej baśni brzmi: The Bremen town musicians.

2. Ciężar ideowy baśni

Treść baśni jest prawdopodobnie także wszystkim nam znana, a streszcza się w ikonicznym już wręcz obrazie czwórki zwierząt tworzących piramidę. Wszyscy wiemy, że czworo wędrowców (którzy zresztą ostatecznie nigdy nie zostali tytułowymi miejskimi muzykantami w Bremie) wspólnymi siłami przegania zbójców, przeciwników o wiele groźniejszych i silniejszych, więc baśń ta funkcjonuje zwykle jako przypowieść o sile przyjaźni i sensie wspólnego działania. Warto jednak dodać, że jest to baśń o wiele większym ciężarze ideowym i symbolicznym, często niedoceniana w Polsce – również za sprawą nieprecyzyjnych przekładów.

 

miejscy muzykanci z Bremy

 

Miejscy muzykanci z Bremy rozpoczyna się zgoła niebaśniowo, a opis sytuacji głównych bohaterów przypomina raczej naturalistyczną prozę: oto osioł, który „w końcu opadł z sił i coraz mniej nadawał się do pracy”; stary pies, którego pan postanowił „zatłuc”; kot, który ma „już swoje lata”, więc jego pani chce go „utopić”; i wreszcie kogut, który w niedzielę ma zostać zjedzony w rosole. Można by rzec, że jest to przypowiastka o trudnym losie zwierząt domowych, wiemy jednak, że zwierzęta w bajkach zwykle uosabiają ludzi. Nie na darmo baśń ta nazywana jest więc przypowieścią o „rynku pracy”, o świecie, w którym nie ma miejsca dla ludzi starych i niezdatnych.

Bohaterowie baśni nieprzypadkowo określani są jakże współczesnym słowem „Landesflüchtige”, które w większości polskich przekładów oddawane jest za pomocą słowa „zbieg” (Tarnowski, Kowerska), niezbyt fortunnego w tym kontekście, gdyż „zbieg” nie oddaje całego ciężaru oryginalnego określenia. W najnowszym tłumaczeniu pojawia się słowo: „uchodźca”, gdyż to właśnie ono oddaje sytuację głównych bohaterów, którzy nie z własnej winy musieli udać się na tułaczkę. „Uchodźcy” przenoszą nas także w sam środek współczesnego świata, bo Miejscy muzykanci z Bremy to baśń ponadczasowa i zaskakująco aktualna.

3. „Coś lepszego niż śmierć znajdziesz wszędzie”

Także z tej właśnie baśni pochodzi często cytowane w literaturze niemieckiej, głęboko filozoficzne zdanie: „Etwas Besseres als den Tod findest du überall” (Coś lepszego niż śmierć znajdziesz wszędzie). Po cytat ów sięga Carl Zuckmeyer w swym Kapitanie z Köpenick , by ukazać, że każda sytuacja bez wyjścia może stać się nowym początkiem. W niemieckojęzycznym internecie wyszukiwarka wskazuje ok. 300 tysięcy stron zawierających ów cytat.

Zdanie to wygłasza osioł namawiając koguta, by nie czekał bezwolnie na niechybną śmierć, lecz by udał się z pozostałymi zwierzętami do Bremy. W najbardziej znanym przekładzie Marcelego Tarnowskiego trudno odnaleźć filozoficzne przesłanie oryginału, gdyż zdanie to brzmi wręcz trywialnie: „Na śmierć zawsze masz jeszcze czas”. W takim kształcie nie mogłoby ono stać się tytułem przemówienia prof. Wernera Welziga, Prezesa Austriackiej Akademii Nauk, w całości opartego na tej właśnie baśni (Coś lepszego niż śmierć znajdziesz wszędzie, czyli czego można nauczyć się od osła). W innym współczesnym przekładzie próżno by szukać chociażby parafrazy tej sentencji, jak gdyby tłumaczka sądziła, że odbiorca dziecięcy zainteresowany jest jedynie wątkiem przygodowym, a cała reszta to zbędne ozdobniki, nieistotne dla rozwoju akcji. I tak słynna wypowiedź osła, która w najnowszym przekładzie brzmi następująco:

Coś ty, Krasnogłowy! – powiedział osioł. – Lepiej chodź z nami, idziemy do Bremy. Coś lepszego niż śmierć znajdziesz wszędzie. Masz dobry głos, a gdy będziemy wspólnie  muzykować, na pewno dobrze to razem zagra. (tłum. Eliza Pieciul-Karmińska)

w omawianym przekładzie została znacznie zredukowana:

Chodź, Czerwony Grzebyku – zawołał osioł. – Chodź z nami do Bremy! Masz piękny głos, możesz tam zostać muzykantem. (tłum. Joanna Pietras)

Podobnej redukcji dokonuje Anna Sójka w innym przekładzie skierowanym do odbiorcy dziecięcego:

Rzuć to podwórko – pokiwał głową osioł. – Tutaj nikt nie doceni twojego głosu. (tłum. Anna Sójka)

Warto nadmienić, że w dziewiętnastowiecznym przekładzie Kowerskiej znajdziemy wierny przekład tego cytatu:

Idziemy do Bremy; coś lepszego od śmierci znajdziesz wszędzie. Masz głos dobry i jeśli będziemy razem muzykowali, to będzie ładnie. (tłum. Z. A. Kowerska)

 fragment muzykantów 2

4. Imiona

Swą siłę bohaterowie czerpią nie tylko z tego praktycznego przesłania, lecz również z tego, że przestali być przedmiotami, którymi byli na służbie u człowieka, bo przecież mieli zostać zlikwidowani, jak zużyte przedmioty, gdy skończył się ich „okres przydatności”. Zwierzęta odzyskują swoją podmiotowość nie tylko za sprawą odważnego aktu ucieczki i próby podjęcia nowego życia, lecz również za sprawą nadania sobie imion: niepowtarzalnych, niewymiennych i podkreślających ich wyjątkowość. Osioł zwraca się do napotkanych zwierząt po imieniu odwołując się do ich „znaków szczególnych”. Pies to „Bierzgo” (analogicznie do użytej w oryginale imperatywnej formie: „Packan”), kot zwie się „Myszołapem”, kogut to „Krasnogłowy”. Na koniec sam kogut obdarza osła imieniem „Siwowłosy” (oryginalne „Grauschimmel” to żartobliwa forma zwracania się do posiwiałego człowieka, stąd w przekładzie zrezygnowałam z narzucającej się formy „Siwek”, która jednoznacznie sugeruje miano zwierzęce, a nie człowiecze). I także tutaj odnieść się trzeba do wcześniejszych przekładów, które nie rozpoznają stwórczej wręcz wagi aktu nadania imienia. W przekładzie Tarnowskiego imiona stają się określeniami z racji zapisania ich małą literą: „Czego tak dyszysz, łapaju?”; „No, cóż to się tobie stało, stary wąsaczu?”; „Ej, rycerzu z czerwonym pióropuszem (…), chodź lepiej z nami”; „Co tam widzisz, kłapouchy?”.

Podobnie rzecz wygląda w przekładzie Rozalii Skiby, w którym jedynie osioł doczekał się imienia zapisanego dużą literą (przy czym można dyskutować, czy określenie „szary” nie jest zastrzeżone dla wilka): „Coś się tak zasapał, psie gończy?”;  „A tobie co się przytrafiło, wąsaczu?”;  „Patrzcie go, ale wymyślił, grzebień czerwony…”; „Co tam widzisz, Szary?”.

5. O czym pieje kogut?

Na koniec ciekawostka tłumaczeniowa zaczerpnięta z przekładu Marcelego Tarnowskiego. Kogut pytany przez osła, dlaczego tak głośno pieje, odpowiada:

Muszę dobrą pogodę przepowiedzieć, bo nasza pani uprała koszulki Pana Jezuska i musi je wysuszyć. (tłum. M. Tarnowski)

Zdanie to rodzi wiele wątpliwości. Czytelnik nie wie, dlaczego właścicielka koguta uprała koszulki Pana Jezuska i w ogóle co to są za koszulki (już nie wspominając o tym, że fraza „Pan Jezusek” jest dość niespotykana – zwykle mamy do czynienia z dorosłym „Panem Jezusem” lub z małym „Dzieciątkiem Jezus”). W oryginale czytamy:

Da hab’ ich gut Wetter prophezeit (…), weil unserer lieben Frauen Tag ist, wo sie dem Christkindlein die Hemdchen gewaschen hat und sie trocknen will.

Tarnowski pomylił „unsere liebe Frau”, które jest określeniem Maryi Panny, z „unsere Frau”, czyli po prostu z „naszą panią”, czyli jego właścicielką. Koszulki Dzieciątka Jezus („Christkindlein”) uprała więc jego matka (Maryja), a nie właścicielka koguta. Jaki jest jednak sens tego zdania? Kogut mówi tutaj o „dniu” (unserer lieben Frauen Tag), czyli – innymi słowy – o „święcie”, a odnosi się do święta Oczyszczenia Marii Panny (czyli tzw. Matki Bożej Gromnicznej), które, jak widać, rozumie w sposób dość dosłowny („oczyszczenie” = wypranie koszulek dziecka). Ten cytat to kolejny dowód na żartobliwy wymiar omawianej baśni, prezentującej naiwne rozumienie religijnego święta, którego znaczenie związane ze starotestamentowym wymogiem oczyszczenia kobiety po porodzie było już niejasne. Z tego też powodu kogut dumnie chwali się, że przepowiedział dobrą pogodę na święto, które – jego zdaniem – takiej dobrej pogody potrzebuje (by koszulki wyschły). W najnowszym przekładzie fragment ten został obszernie omówiony w posłowiu tłumaczki i brzmi następująco:

Właśnie obwieszczałem ładną pogodę (…), bo dzisiaj jest święto Przenajświętszej Panienki, gdy wyprała ona koszulki Dzieciątka Jezus i chciała je wysuszyć… (tłum. E. Pieciul-Karmińska)

Inne przekłady na język polski ignorują fragment o koszulkach i łączą pianie koguta z innymi świętami:

Przepowiedziałem na jutro piękną pogodę, (…) bo jutro jest Wielkanoc i przyjadą do nas goście. (tłum. R. Skiba)

Tak dobrze przepowiedziałem pogodę, kiedy kobiety nasze miały prać i suszyć bieliznę na Boże Narodzenie… (tłum. Z. A. Kowerska)

Takie przekłady, choć pozornie logiczne, niwelują żartobliwy wymiar oryginalnej baśni.

 

Wszystkich, którzy już teraz chcą przypomnieć sobie tę piękną baśń, zapraszam do lektury: http://mediarodzina.pl/zasoby/attachments/basnie_grimm_miejscy_muzykanci_z_bremy.pdf

*** 

Zdjęcie pomnika w Bremie wykonała prof. Nawoja Mikołajczak-Matyja z Instytutu Językoznawstwa UAM.

Ilustracje zaczerpnęłam kolejno z następujących wydań:

Jakub i Wilhelm Grimm, Baśnie braci Grimm, tłum. Eliza Pieciul-Karmińska, il. Adolf Born, Poznań: Media Rodzina, 2009.

Jakub i Wilhelm Grimm, Baśnie dla dzieci i dla domu, tłum. Eliza Pieciul-Karmińska, il. Otto Ubbelohde, Poznań: Media Rodzina, 2010.

 

Nie samym językiem człowiek żyje…

Można powiedzieć, look że jest to dość przewrotny temat dzisiejszego wpisu, bo studia w naszym Instytucie (jak już sama nazwa wskazuje, tu: Instytut Językoznawstwa) polegają przede wszystkim na nauce języka. Dlatego studenci głównie na tym zajęciu skupiają swoją uwagę. Ja chciałabym jednak skupić się dziś na muzyce.

Przed nami gorący okres sesji egzaminacyjnej, ale i karnawału. Łatwo jest mówić i przekonywać, że należy umiejętnie łączyć naukę z rozrywką. Przeciętny człowiek, mimo że potrafi tę sytuację zracjonalizować i tym samym pozostawać w zgodzie ze swoimi postanowieniami, niekiedy jednak ulega pokusom lub poddaje się poczuciu obowiązku i tym samym popada raz po raz w nadmiarowość ? naginając się zbytnio to w jedną, to w drugą stronę. A skoro o karnawale mowa, to tu i teraz chciałabym zająć się bardziej rozrywką niż nauką. Jak powszechnie wiadomo rozrywkę mogą nam zapewnić nie tylko wszelkiego rodzaju kluby, bary, puby, itp. Dlatego proponuję, abyśmy z początkiem nowego roku zadbali mimo wszystko o wysokich lotów ucztę dla ducha. A taką może zapewnić nam wyjście do teatru czy filharmonii. Nie bójmy się kultury wysokiej, ona jest dla każdego. Czasami może być ciężkostrawna, ale innym razem może okazać się nieprzewidywalnie lekka. Wpierw spróbujmy sprawdzić to na sobie, a dopiero potem ewentualnie zacznijmy wydawać na ten temat poważne opinie.

Nie ulega wątpliwości, że umiejętność odpowiedniego zbalansowania obowiązków z przyjemnościami jest rzeczą trudną. Sami wiemy, że kiedy kończy się kolejny rok kalendarzowy, przychodzi czas na refleksje i podsumowania, a wchodząc w nowy rok, niemal każdy z nas sporządza swoją listę postanowień i zadań, których chce się dzielnie trzymać. No właśnie ? CHCE. Tyle tylko, że to nie zawsze wychodzi, czyli… bardzo rzadko udaje się wcielić w życie. W słusznym niewątpliwie dziele realizacji noworocznych postanowień najważniejsza jest, jak sądzę, rzetelność i wytrwałość w dążeniu do osiągania swoich celów. I tego właśnie Wam i sobie życzę, Drodzy Czytelnicy!

A podtrzymując wątek, że nie samym językiem student żyje, chciałabym podzielić się z Czytelnikami garścią przemyśleń na temat własnej pasji, którą obok języków obcych jest muzyka. Od pierwszych lat swojej edukacji równolegle uczęszczałam do dwóch szkół ? jedną była regularna szkoła podstawowa, gimnazjum i liceum, po studia włącznie, a drugą szkoła muzyczna I i II stopnia, także aż po studia. Dziś jestem już absolwentką Etnolingwistyki naszego Uniwersytetu, ale i studentką ostatniego już roku studiów magisterskich Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu.

Muzyka towarzyszy mi od dawna, a wykonuję ją jako instrumentalista od piętnastu już lat.  Realizuję się na scenach teatralnych i akademickich, uczestnicząc w wielu różnorodnych projektach orkiestrowych, kameralnych i solowych. Moim ulubionym rodzajem muzyki jest muzyka filmowa. Na marginesie tylko w tym miejscu pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest to osobny gatunek muzyczny.

Wspólnie z akademicką orkiestrą CoOperate ? w skład której wchodzą studenci Akademii Muzycznej w Poznaniu ? wykonuję między innymi muzykę filmową. Można jej posłuchać (tej muzyki i tej orkiestry) w murach akademickiej Auli Nova, kilkaset metrów od Collegium Novum. Ja w tej orkiestrze zajmuję miejsce pierwszej klarnecistki.

Studenci, którzy bezinteresownie, a to znaczy, że z wielkim zaangażowaniem i poświęceniem własnego czasu, wykonują muzykę filmową, sami pozyskują nuty, partytury całych suit, aby później ręcznie bądź w odpowiednim programie komputerowym przepisać partię dla każdego głosu, czyli dla każdego instrumentu. Zapewniam, że jest to bardzo żmudna praca. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że studenci bez nakazu ze strony profesora, czy innego organu sprawującego władzę akademicką, potrafią zebrać się w grupę około 60, a niekiedy nawet i 150 osób (jeśli grane są utwory z partiami chóralnymi), a potem chcą i potrafią wykonać trudną dla wykonawców, ale niezwykle przyjemną dla odbiorcy muzykę. To daje ogromną satysfakcję wszystkim zainteresowanym, czyli i młodym muzykom, i publiczności.

A skoro o tym mowa, to muszę od razu rozczarować naszych wiernych słuchaczy (jeżeli wśród czytelników są takowi), ponieważ w okresie rozpoczętego właśnie karnawału nie będzie żadnego koncertu muzyki filmowej w wykonaniu orkiestry CoOperate. Najbliższy taki koncert planowany jest dopiero na kwiecień tego roku.

Kiedyś uwielbiałam operę i często chodziłam na takie przedstawiania. Koncerty w filharmonii i wielkie dzieła symfoniczne to również uczta dla mojego ucha. Artyści piosenkarze lub piosenkarki ze swoją twórczością symfonicznie (np. Sting), to również propozycja, która może dać więcej satysfakcji niż to, co proponują popowe brzmienia Rihanny lub Beyoncé, słuchane na co dzień. Dlatego też, Drodzy Czytelnicy, namawiam Was, abyście spróbowali odnaleźć swój ulubiony gatunek muzyki w segmencie kultury wysokiej. I zapewniam, że przysporzy to Wam wiele radości w odkrywaniu nowych wrażeń.

Spójrzmy zatem na repertuary Teatru Polskiego, Teatru Wielkiego, Filharmonii, Operetki, czy nawet na plakaty umieszczane w Akademii Muzycznej. Zainteresujmy się czymkolwiek z tego obszaru muzyki, włóżmy trochę wysiłku we własny rozwój, a na pewno tego trudu nie pożałujemy! Na końcu tej drogi jest bowiem przyjemność. I to nie byle jaka!

Paula Trzaskawka

Doktorantka w IJ UAM

O Świętym Mikołaju, co na imię miał Vasili, czyli święta po grecku

Jednym z najważniejszych świąt chrześcijańskich jest Boże Narodzenie. Jest to święto uwielbiane tak przez dzieci jak i dorosłych, dosage kojarzące się przede wszystkim ze świąteczną choinką udekorowaną bombkami i lampkami, a także starszym, siwym, ubranym na czerwono świętym Mikołajem jeżdżącym na saniach. W zaprzęgu ma dwanaście reniferów. Czy można wyobrazić sobie te Święta inaczej? Otóż można! Pomimo wszechogarniającej globalizacji, której przejawem jest powolna okcydentalizacja (obecna zwana jest również westernizacją) nie tylko Europy, ale także Świata, nadal możliwe jest odnalezienie regionów, a nawet niekiedy i całych państw, które oparły się tej tendencji zachowując i kultywując stare, charakterystyczne dla nich tradycje i zwyczaje.

Przykładów nie trzeba szukać daleko, ponieważ są to kraje członkowskie Unii Europejskiej: Republika Grecji oraz Republika Cypru. Na terenach tych państw przełom grudnia i stycznia stanowi najdłuższy okres świąteczny w roku nazywany Dodekaimero, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Dwunastodniówka lub Dwanaście Dni Świątecznych. Jak sama nazwa wskazuje ? trwa on dwanaście dni, łącząc dwa kościelne święta: Christujena (Boże narodzenie) 25 grudnia i Theofania (Objawienie Pańskie) 6 stycznia.

Jak na całym świe1cie, także i w Grecji Boże Narodzenie poprzedza przedświąteczna gorączka, kiedy to nie tylko domy, ale i całe miejscowości przechodzą diametralną metamorfozę. Typowe dla architektury śródziemnomorskiej wąskie i kręte uliczki, a także miejskie place i ryneczki zapominają na chwilę o szarej codzienności ? rozświetlają się wielokolorowymi migocącymi światełkami. Duże przywiązanie tego narodu do morza ?  pełniącego istotną rolę nie tylko w greckiej kulturze, ale także i świadomości ? sprawia, że na placach, budynkach, także na przystaniach, nad świąteczną choinką dominują wizerunki kolorowych świecących łódeczek. Chociaż w domach powoli zaczynają pojawiać się udekorowane choinki, to jednak pozostaje nadal żywa, starsza tradycja trzymania w domu płytkiej misy z gałązką bazylii owiniętą wokół krzyża, który w okresie Dodekaimero służy jako kropielnica. Codziennie macza się go w wodzie święconej, którą pokrapiany jest dom. Wierzy się, że czynność ta utrzymuje z dala od domu złe duchy nazywane Kalikandzari. W wigilijny wieczór na ulice wychodzą grupki młodzieńców, którzy przy wtórze bębenków, trójkątów oraz fletów śpiewają bożonarodzeniowe kolędy. W zamian, za ładne wykonanie, kolędnikom przysługuje nagroda w postaci cukierków, ciastek bądź pieniędzy.

Czymże jednak byłyby Święta Bożego Narodzenia bez uroczystej wieczerzy? Chociaż Grekom obca jest tradycja podawania dwunastu potraw, nieprawdą byłoby stwierdzenie,2 że jest ona mniej obfita. Na świątecznym stole zazwyczaj dominuje jagnięcina (nawiązując do tradycji pasterskich), wieprzowina bądź indyk w towarzystwie szpinaku, nabiałów, a także różnorodnych sałatek i warzyw. Ponadto na stole nie może zabraknąć christopsomo, czyli świątecznego chleba. Nie znajdziecie tam jednak wigilijnego barszczu. Tradycyjną świąteczną zupą jest gotowana na jagnięcych jelitach Majirica. Pod koniec kolacji, w ramach deseru, dzieci (i nie tylko one) objadać mogą się dowoli wypiekami, takimi jak baklava, kataifi, melomakarona czy kurubiedes.

Niestety, jednak nie wszystko złoto co się świeci, Boże Narodzenie bowiem, oprócz chwil błogich i szczęśliwych, skrywa również małą mroczną tajemnicę. Tego dnia z piekielnych czeluści wydostają się na wolność kalikandzari ? złe duchy przypominające z wyglądu gnomy. Są to istoty małe i psotliwe, a największą przyjemność sprawia im uprzykrzanie życia ludziom. To właśnie z ich powodu należy zachować szczególną ostrożność i pieczołowicie zabezpieczać dom, pokrapiając go codziennie wodą święconą. Podtrzymuje się także ogień w piecu, dzięki czemu złe duchy nie mogą wśliznąć się do środka przez komin.

3

4A co ze Świętym Mikołajem? Może się wydawać, że wbrew wszelkim zapewnieniom, iż objeżdża on w nocy z 24 na 25 grudnia cały Świat, wręczając prezenty wszystkim dzieciom, to Grecja została jednak przez niego zapomniana. Nie jest to prawda. Zjawia się on także i tam, tyle tylko, że dopiero 1 stycznia i to pod pseudonimem  Ai-Vasilis, czyli św. Bazyl. Spowodowane jest to faktem, że w Grecji pierwszy dzień nowego roku (tzw. Protochrinia) jest dniem uroczystym i świątecznym, niemniej magicznym niż 24 i 25 grudnia. Tego bowiem dnia niemalże każda codzienna czynność nabiera znaczenia symbolicznego, a jej nieprawidłowe wykonanie może całej rodzinie przynieść pecha w nowym roku. Dlatego też zawsze należy się upewnić, że wstaje się właściwą nogą z łóżka, a pierwszym gościem przekraczającym próg domu jest mężczyzna. Ponadto, w celu zapewnienia w nowym roku szczęścia rodzinie, należy rzucić owocem granatu w próg domostwa. Jednak także i tutaj należy zachować ostrożność, ponieważ źle rzucony owoc nie rozbije się i… tym samym przynosząc skutek przeciwny do zamierzonego. Gdy już zapewnimy sobie i rodzinie szczęście, zaczynamy sprawdzać, komu w rodzinie przypadło go najwięcej. W tym celu zaczynają się gry i zabawy, wśród których dominują gry karciane.

Także ten dzień obfituje w potrawy na świątecznym stole. Mają one zapewnić dostatek w nowym roku. N5ajważniejszą z nich jest Vasilopita  (ciasto św. Bazylego), która pojawia się na stołach w Grecji nieprzerwanie od czasów Bizancjum. I może nie byłoby nic niezwykłego w tym prostym cieście przypominającym nieco polską babkę, gdyby nie ukryta w jej wnętrzu moneta. Zgodnie z tradycją ową monetę znajdzie w swoim kawałku ten, komu w nowym roku będzie dopisywało największe szczęście.

Cały dwunastodniowy okres świąteczny zamyka obchodzone 6 stycznia święto Objawienia Bożego, przypominające ważny dla chrześciOLYMPUS DIGITAL CAMERAjan dzień chrztu Jezusa. Główna uroczystość tego dnia odbywa się w pobliżu zbiornika wodnego (nad jeziorem, rzeką, stawem lub morzem), gdzie odprawiane jest nabożeństwo poświęcenia wód zwieńczone ceremonialnym wrzuceniem krzyża do wody. Wówczas, nie bacząc na zimową porę, młodzieńcy rzucają się do lodowatej wody, w celu wyłowienia krzyża. Ten, któremu uda się ta sztuka, zostanie pobłogosławiony, a przez cały rok nie zabraknie mu szczęścia. Ponadto, dzięki poświęceniu wód, kalikandzari zostają wypędzone i ponownie uwięzione w podziemnych czeluściach, gdzie wracają do ulubionej czynności ? podgryzania fundamentów Ziemi. Tam też wyczekują kolejnej okazji ucieczki na powierzchnię.

Czas Dodekaimero jest okresem radości i szczęścia, pełnym magii, ludowych tradycji oraz niewinnych zabobonów. Jest to jednocześnie okres niebezpieczny, a każde niedopełnienie jakiegoś obowiązku, każda nieostrożność bądź niewystarczająca pieczołowitość, może sprowadzić nieszczęście nie tylko na nieuważną osobę, ale także na całą jej rodzinę. Jest rzeczą niezwykłą i wartą podkreślenia, że pomimo wiszącej nad Europejczykami groźby zatracenia własnych narodowych tradycji i zwyczajów, które wypiera kultura zachodnia (w dużym stopniu amerykańska, która zawładnęła całkowicie międzynarodowymi mediami), wciąż na naszym kontynencie istnieją oazy tradycji, w ramach której kultywuje się niezwykle cenne zwyczaje przodków.

Kamil  Trąba

doktorant w IJ UAM