Dziewczyna

Ósmy, this web równie ważny jak wszystkie inne, punkt Dekalogu Fuglewicza (inżyniera Piotra Fuglewicza, w znacznym stopniu pośrednio, lecz jednak ? jako szefa Zespołu, który opracował legendarny już spellchecker ? znamy prawie wszyscy; zna w każdym razie ten każdy, komu taki jeden popularny pośród popularnych edytor podkreśla czerwonym wężykiem wprowadzony w chwili słabości wyraz ?ktury?), składającego się z dziesięciu tez opisujących parametry harmonijnego i ogólnie fortunnego współżycia sieciowego, mówi, że:

VIII.    Nie staraj się zaprzyjaźniać na siłę. Jeśli tak się składa, że nie masz z kimś ?wspólnej chemii?, nie próbuj być jego kontaktem bezpośrednim. Jeśli jest w sieci, to być może przez kontakty wspólnych znajomych któregoś stopnia łatwiej dojdziesz do potrzebnego ci rezultatu.

Całość dictum sprowadza się do tego, że nie tylko, tu wytarte: warto być sobą (gdyż przynosi to, per saldo, wielkie korzyści, a o korzyści, korzyści pojmowane czysto, sprawiedliwie i zasłużenie, idzie), ale że nie warto podejmować żadnych działań w kierunku przeorganizowania danego (mocno possanego; Wiemy, jak poruszać tym, co mama w genach dała; z mlekiem matki) id,nawet ego czy superego. Jeszcze silniej wątek ten artykułuje punkt ostatni, czyli, jak nazwa dekalogu wskazuje, dziesiąty:

X.    Nie rób nic na siłę. Sieć niesie sama. Sprawy, które się w niej dzieją, podlegają prawom termodynamiki społecznej ? czyli są wypadkową fizyki, psychologii i socjologii. Nie jesteś w stanie wywierać wpływu na sieć inaczej, jak tylko stosując zasady ?czystej gry?. Wtedy nosi najlepiej.

Dekalog Fuglewicza, przytoczony ? w jednej piątej ? w cwanej formule teaserka, jest dobrą matrycą służącą do pewnych przekształceń, tj. do jego interpretacji odbiegającej od materii kontaktów sieciowych. Rzecz będzie jeszcze o meandrach recepcji teorii naukowej (bo punktem docelowym każdego badacza dowolnego subsystemu uniwersum jest sformułowanie teorii naukowej, niezależnie od form wysłowienia owej teorii ? byleby w reżymie logiki).

Oto załóżmy, że należymy do tej wąskiej grupki, której członkom udało się zbudować pewną (jakąkolwiek, ale ? w ocenie zdroworozsądkowej, tj. niekontrintuicyjnej ? nietrywialną) teorię naukową o dowolnym zasięgu. O ile teoria ta nie jest ufundowana wskutek indywidualnej fantazji (homo fantasticus), wydobywanej z własnoosobowo zarysowanego popytu, i nie jest wybitnie wycelowana w zaspokajanie równie indywidualnych, wręcz intymnych naukowo potrzeb (coś w rodzaju przypadku Grigorija Perelmana), to największą namiętnością jest to, aby została ona przyjęta w poczet serio respektowanych teorii naukowych. Respektowanych, rzecz jasna (tj. rzecz jasna ? od L. Flecka), w pewnym wyrobionym, odpowiednim stylu myślowym, czyli właśnie we Fleckowskim kolektywie myślowym. W wariancie luksusowym teoria nasza zostanie obalona (inny badacz zaproponuje taką klasę zdań, które ekonomiczniej, donioślej, schludniej [scil. ogólnie piękniej; piękno teorii naukowej, zwłaszcza w obszarze nauk ścisłych, to znana od dawna kategoria oceny] zlicytują fragment dyskutowanego uniwersum). W wariancie superluksusowym teoria (?w obiegu?; cokolwiek obieg by znaczył: czy to międzykontynentalny kongres naukowy pod hasłem?, czy lokalna wspominka doktoranta in vitro), choć atakowana (przy czym nie chodzi tu o nieszczęsne pseudoataki), pozostanie z nami do kresu dni (poza tym kresem wgląd w losy naszej teorii naukowej jest utrudniony, w każdym razie, jak dotąd, ciężko o wiarygodne relacje spoza). Rozwiązanie najbardziej wredne (przy założeniu, że bezpośrednio zainteresowanym nie jest, jak wspomniano, odludkowe dziwadło) to obojętność, wyrażająca się w braku jakiegokolwiek i czyjegokolwiek wyrażania.

W jaki sposób łączy się wątek Dekalogu Fuglewicza i autopielęgnacji, promocji, obrony itp. teorii naukowej? Otóż łączy się bez reszty. W wyłuszczeniu: jedynym dorzecznym zachowaniem względem własnej teorii naukowej jest stosowanie zasady ?czystej gry?. O ile wszelkie zgrywy i odkształcenia, hiperbole i fałsze możliwe są do krótkodystansowego, chybotliwego wcielenia w życie, tak w szerszej populacji nie mogą one zdobyć właściwego uznania w całej naturalności i w końcowym rozliczeniu tracą na znaczeniu, a wręcz zaczynają działać na szkodę ich nierzetelnych autorów. Czas oczekiwania na exempla rozliczenia (zwycięstwo, rozumiane po prostu jako neutralizacja loży szyderców albo jeszcze prościej: zmiana fazy) może być przeróżny: kwadrans, kilka lat, kilka stuleci. Przy czym Dekalog Fuglewicza mówi coś jeszcze innego: jakakolwiek aktywność skierowana na rzecz promocji własnej teorii (w tym też teorii własnej osoby) jest bezcelowa. Cokolwiek podjęte zostanie dla organizacji sprawy, doczeka się blokady ze strony szeroko rozumianej materii.

Tutaj można by argumentację zamknąć, gdyby nie to, że w połowie lat 20. ubiegłego stulecia Bolesław Leśmian ogłasza wiersz ?Dziewczyna?. Opowiastka w świecie przedstawionym sprowadza się do mniej więcej takiej sekwencji: dwunastu robotników usłyszało wydobywający się za mury płacz Dziewczyny, co skłoniło ich do bezkompromisowego dotarcia do źródła lamentu w drodze zburzenia muru; pokonanych zmęczeniem robotników zastąpiły w konsekwentnym działaniu ich cienie, z kolei te ostatnie zastąpiły młoty (z przyciskiem: same przez się); w rezultacie przebicie muru nie ujawniło ani żadnej dziewczyny, ani niczego innego. Wiersz jest jaskrawą pochwałą upartego do granicy natręctwa bezpotknięciowego działania nie tylko za cenę braku ostatecznej nagrody, ale nawet za cenę braku uzasadnienia przyczyny wysiłku. Czysta apologia czynu bez względu na miarę jego zasadności.

***

Kończąc (cum grano salis): istnieją dwie niepłonne dyrektywy jawnie wchodzące ze sobą w kolizję. Oto stajemy przed tajemnicą superracjonalizacji: raczej robić coś czy raczej nie robić nic. Wytworzyć teorię naukową i usunąć się z pola widzenia czy trwać na jej straży, dążąc wszelkimi sposobami do jej głębokiej recepcji? Głębokiej w sensie: jeden do jednego, tj. z niewybiórczym przejęciem całości systemu poznawczego. W jaki sposób dobrze rozważyć, a wpierw wyodrębnić w fundamentalnym i prymarnym dla dowolnej ludzkiej aktywności zadaniu segmentacji zasoby dla podjęcia takiego a takiego zadania?

I tak powstał czokapik…

Z sukcesem rozwikłania tego dylematu życzy wszystkim Czytelnikom bloga Instytutu Językoznawstwa w roku 2014 niżej podpisany.

***

 prof. dr hab. Piotr Wierzchoń

1 2 3

 

„Dziadek do Orzechów” E. T. A. Hoffmanna – bożonarodzeniowy klasyk

Ponieważ jutro Wigilia i większość z nas jest już zapewne w świątecznym nastroju, information pills chciałabym opowiedzieć dzisiaj nie o ?nieustraszonych braciach Grimm?, treatment lecz o świątecznym klasyku, generic czyli o baśni autorstwa Ernesta Teodora Amadeusza Hoffmanna (1776-1822) zatytułowanej Dziadek do Orzechów i Król Myszy. Dopiero co przy współudziale Instytutu Językoznawstwa UAM, we współpracy ze Składem Kulturalnym i CK Zamek, odbyły się w ?Poznańskie Dni E. T. A. Hoffmanna?, którym w tym roku patronował właśnie Dziadek do Orzechów (więcej szczegółów tutaj: http://skladkulturalny.pl/?p=2383 ).

A co ma wspólnego E. T. A. Hoffmann z Poznaniem? Ten wybitny pisarz w latach 1800-1802 mieszkał w Poznaniu, o czym możecie Państwo przeczytać w  niezwykle cennej, dwujęzycznej publikacji poznańskich germanistek, prof. Edyty Połczyńskiej i dr Ewy Płomińskiej-Krawiec pt.: E. T. A. Hoffmann w Poznaniu 1800-1802 (Poznań: Wydawnictwo Poznańskie 2004). W Poznaniu Hoffmann poznał również swoją żonę, ?polską piękność?, Mariannę Teklę Michalinę Rorer, którą 26. czerwca 1802 r. poślubił w poznańskim kościele Ad Corpus Christi (Bożego Ciała).  hoffmann w lesieBaśń Dziadek do Orzechów i Król Myszy (oryg. Nußknacker und Mausekönig) została wydana krótko przed Bożym Narodzeniem 1816 r. w Berlinie. Jak widać, już dwieście lat temu wydawnictwa dokładały wszelkich starań, żeby na Gwiazdkę publikować książki dla dzieci, które rodzice mogliby kupić swoim pociechom w prezencie. Przyjaciel Julius Eduard Hitzig w swojej biografii Hoffmanna (Aus Hoffmanns Leben und Nachlass), wydanej w 1823 r. krótko po śmierci pisarza, zaświadcza, że baśń Nußknacker und Mausekönig powstała z myślą o jego dzieciach, które z zachwytem przyjęły wiadomość, że występują w niej ich imiennicy. Zresztą opis serdecznych relacji z dziećmi przyjaciela, które bardzo ceniły nie tylko opowiadane przez Hoffmanna bajki, ale też konstruowane przez niego zabawki, odnaleźć można w wielu szczegółach opowieści. Maria, Fryc i Luiza to imiona trojga z pięciorga dzieci Juliusa Eduarda Hitziga, w którego domu Hoffmann bardzo często bywał. Na marginesie warto dodać, że Fritz to Friedrich Hitzig ? późniejszy wybitny architekt niemiecki (http://en.wikipedia.org/wiki/Friedrich_Hitzig).

hoffmannPierwszy rozdział ?Dziadka do Orzechów? zatytułowany jest ?Wieczór wigilijny? i zaczyna się tak:

?Dwudziestego czwartego grudnia dzieciom radcy medycznego Stahlbauma nie wolno było przez cały dzień wchodzić do salonu, a już tym bardziej do sąsiadującego z nim buduaru. Fryc i Maria przykucnąwszy, siedzieli razem w kącie pokoiku na tyłach mieszkania. Zapadł już głęboki zmierzch i zrobiło im się naprawdę nieswojo, gdy ? jak zawsze w Wigilię ? nie zapalono świateł?.

Chyba każdy z nas ma podobne wspomnienia: pełnego niepokoju oczekiwania na wieczór wigilijny i niekończących się rozmów lub rozmyślań o spodziewanych prezentach gwiazdkowych. Już za chwilę Fryc i Maria usłyszą dźwięk dzwonka, drzwi otworzą się, a z wielkiego pokoju zajaśnieje ?taki blask, że dzieci z głośnym okrzykiem ach, ach! jak zaczarowane? staną w progu. Wyjdą im naprzeciw rodzice, wezmą je za ręce i wprowadzą do rzęsiście oświetlonego pokoju. W tym miejscu rozpoczyna się kolejny rozdział zatytułowany Podarunki:

?Zwracam się teraz do ciebie, łaskawy czytelniku lub słuchaczu ? Frycku, Teodorze, Erneście czy też jak jeszcze możesz mieć na imię, i proszę cię, byś przywołał jak najżywsze twoje wspomnienie ostatniego bożonarodzeniowego stołu, bogato zdobionego pięknymi kolorowymi podarkami. Wtedy będziesz mógł sobie dokładnie wyobrazić, jak dzieci z błyszczącymi oczami zatrzymały się oniemiałe, jak dopiero po chwili Maria z głębokim westchnieniem zawołała: ?Ach, jakie to piękne, jakie piękne!?, i jak Fryc wykonał kilka podskoków w powietrzu, które zresztą całkiem dobrze mu się udały. Z pewnością te dzieci musiały przez cały rok być szczególnie grzeczne i pobożne, gdyż nigdy dotąd nie dostały tak wielu pięknych i wspaniałych prezentów jak tym razem.

            Wielka choinka na środku pokoju obwieszona była mnóstwem złotych i srebrnych jabłek, ze wszystkich gałązek jak pączki i kwiaty wyrastały kandyzowane migdały i kolorowe cukierki, i wszelakie słodkości, jakie tylko można sobie wyobrazić. Jednak za najpiękniejszą rzecz w tym cudownym drzewku uznać należy, że na jego ciemnych gałązkach jak gwiazdki jaśniały setki małych świeczek i że samo drzewko rozbłyskując i migocząc, uprzejmie zapraszało dzieci, by zrywały z niego kwiaty i owoce. Wokół choinki wszystko mieniło się cudownymi kolorami ? jakież tam były wspaniałości ? tak, któż mógłby to opisać!? hoffmann choinkaJak wiele możemy dowiedzieć się z powyższego fragmentu! Hoffmann w mistrzowski sposób kreśli idylliczny obraz Wigilii Bożego Narodzenia, przekonująco prosząc swych czytelników i słuchaczy, do których zwraca się bezpośrednio na samym początku rozdziału, by włączyli się w ten ?magiczny? nastrój. Równocześnie w charakterystyczny dla siebie sposób przełamuje tę podniosłą atmosferę dodając żartobliwą uwagę o spontanicznych podskokach Frycka, które ?zresztą całkiem dobrze mu się udały?. I taka będzie cała książka: z jednej strony będzie opowiadać o rzeczach podniosłych i ważnych: o odwadze, poświęceniu i miłości, z drugiej strony zawierać będzie cenne obserwacje społeczne zabarwione ironią i sarkazmem. Jak każda dobra literatura napisana dla dzieci będzie to równocześnie książka interesująca dla dorosłych, czym zresztą bardzo mocno przypomina współczesne produkcje filmowe w rodzaju Shreka, które mają bawić dzieci i nie nudzić dorosłych (i odwrotnie).

hoffmmann pajaceDziadek do Orzechów to baśń szczególna. Jak wskazuje Dawid Blamires w swojej książce The Impact of Germany on English Children?s Books 1780-1918 (2009), tekst Hoffmanna, w którym miesza się świat realistyczny i świat fantazji, jest prekursorski chociażby w odniesieniu do wydanej  niemal pięćdziesiąt lat później Alicji w krainie czarów Lewisa Carrolla. Także inne wątki zostaną podjęte w późniejszych dziecięcych bestsellerach. Główna bohaterka dostaje się do zaczarowanej krainy przez rękaw podróżnego futra swego taty ? prawie 150 lat później w Kronikach z Narnii dzieci będą przedostawać do zaczarowanej krainy przez szafę pełną ubrań.  hoffmann3Baśń Hoffmanna jest także nowatorska pod innym względem. Chociaż pierwotnie napisana dla dzieci, pozbawiona jest choćby cienia dydaktyzmu. Autor nie chce moralizować, lecz opowiadać. Swą opowieść konstruuje na dodatek w taki sposób, że do końca nie możemy być pewni, co tak naprawdę chciałby nam powiedzieć. Nie wiemy na przykład, czyją stronę trzyma ojciec chrzestny ? swego bratanka, Marii, jej rodziców, Króla Myszy? Nie dowiadujemy się także, skąd bierze się głęboka niechęć młodego Drosselmeiera do stryja. Autor myli tropy, przez co tekst pozostaje wieloznaczny w odbiorze i otwarty na różne odczytania.  ilustracja Aleksandry Kucharskiej-Cybuch do książki "Dziadek do Orzechów i Król Myszy"Nie będę tutaj referować akcji książki, gdyż nie chciałabym psuć przyjemności z lektury. Warto jednak wspomnieć, że znany w całym świecie balet Piotra Czajkowskiego Dziadek do Orzechów to dość luźna wersja baśni Hoffmanna. Autor libretta opierał się ponadto na francuskim (również dość dowolnym) przekładzie baśni autorstwa Aleksandra Dumasa. Dlatego nawet jeśli Państwo sądzicie, że świetnie znacie Dziadka, zachęcam do lektury.  hoffmann myszWięcej o samej książce i jej przekładzie napisałam w posłowiu do mojego tłumaczenia tej baśni. Osobny tekst poświęciłam słodyczom, gdyż odgrywają one szczególną rolę w tej baśni, a zadaniem tłumacza jest zachowanie wszystkich obrazowych i sugestywnych opisów krainy, która składa się z samych słodkości.
[por. Investigationes Linguisticae: http://www.staff.amu.edu.pl/~inveling/pdf/Pieciul-26.pdf]

Zachęcam do lektury Dziadka do Orzechów i namawiam do przeczytania tej książki w moim przekładzie (w języku polskim istnieje bowiem aż osiem przekładów tej książki) nie tylko dlatego, że jestem do niej przywiązana z oczywistych powodów, lecz także ze względu na ilustracje Aleksandry Kucharskiej-Cybuch, które znalazły się w tym właśnie wydaniu.  

hoffmann figurkiAutorka ilustracji stała się bowiem również interpretatorką fabuły ? wystarczy spojrzeć na pierwszą ilustrację, która przedstawia rodzeństwo, a zza drzwi widać niepokojącą postać ojca chrzestnego Drosselmeiera z mysimi uszami. Czyżby Drosselmeier pochodził z mysiego świata? Taka interpretacja nie jest wcale błędna: w końcu trudno dociec, kogo wspiera ojciec chrzestny ? Króla Myszy, swojego krewniaka, Marię? Co robi w czasie bitwy na zegarze, gdy tłumi jego bicie? Przecież w ten sposób chce, by myszy nie przelękły się hałasu i nie uciekły, a zatem czyżby w bitwie był po stronie myszy, a przeciwko armii Dziadka do Orzechów? Warto przeanalizować ilustracje Aleksandry Kucharskiej-Cybuch, bo oddają one charakterystyczne dla autora przemieszanie rzeczywistości i ułudy. Autorka ilustracji myli tropy całkowicie w Hoffmannowskim duchu, zaprasza nas do wnikliwej lektury i zadawania pytań. 

Ponieważ Święta Bożego Narodzenia za pasem, życzę Państwu pod choinkę wielu książkowych prezentów i wystarczająco dużo czasu, by przeczytać wiele dobrych książek.

 hoffmann okładka

Wszystkie cytaty i ilustracje pochodzą z następującego wydania:

E. T. A. Hoffmann, Dziadek do Orzechów i Król Myszy, Poznań: Media Rodzina 2011.

Przekład: Eliza Pieciul-Karmińska, ilustracje: Aleksandra Kucharska-Cybuch, redakcja: Maria Bosacka.

 

Mówisz po grecku ?

?Mówisz po grecku? Wow!!! Gdzie się nauczyłaś języka? Dlaczego wybrałaś akurat filologię nowogrecką??. Oto standardowy zestaw pytań, tadalafil które pojawiają się przy kontaktach z nowo poznanymi Grekami. Nie zaprzeczę, że za każdym razem czuję się lekko poirytowana, gdyż?

Filologia nowogrecka była moim drugim wyborem. Szczerze mówiąc ? myślałam, że nie zagrzeję tam długo miejsca i po roku rozpocznę studia na wymarzonej iberystyce. Okazało się jednak, że język i kraj, o którym nie miałam zielonego pojęcia, przypadły mi do gustu. Na pewno duży wpływ na to, że studiów nie porzuciłam miał fakt, iż byliśmy pierwszymi studentami tego kierunku i wiązaliśmy z tym spore nadzieje. Wkrótce też okazało się, że dzięki naszym wykładowcom, dzięki ich niesamowitym pasjom, miłości do Grecji, języka i różnych aspektów kultury my, studenci, również zaczęliśmy odkrywać w sobie nową miłość. Przestałam myśleć o ?wymarzonych studiach? i zaczęłam skupiać się na tym, co zrobić, żeby znaleźć się w Grecji.

Na początku były wakacje i różne dorywcze prace letnie. Później roczne stypendium na wyspie Rodos. Rok jak marzenie. Piękne miejsce, które pokochałam i w którym chciałam zostać jak najdłużej. Wiadomo przecież, że marzenia się spełniają, szczególnie gdy bardzo tego pragniemy. Ja pragnęłam. Dlatego niesamowity splot wydarzeń sprawił, że zostałam na Rodos po zakończeniu stypendium i rozpoczęłam tam pracę dla biura podróży jako rezydent oraz pilot wycieczek. Dzięki temu mogłam na wyspie zostać dłużej. Początkowo nie było łatwo, jednak po powrocie do Poznania, w uniwersyteckie mury, okazało się, że życie bez ?wyspy? oraz mojej pracy nie jest wcale łatwiejsze. W kolejnym sezonie letnim wróciłam zatem do pracy.

Ta historia ciągnie się do dziś. Były oczywiście wzloty i upadki, były próby porzucenia pracy z ludźmi oraz ?zakotwiczenia? w Polsce. Wszystko na nic. W końcu przyszedł czas, by przyznać przed sobą, że nie da się żyć bez Grecji. W tak zwanym międzyczasie zakończył się etap życia studenckiego. Zamknęłam swoją edukację jako magister filologii nowogreckiej i choć bywało różnie, to mam już pewność co do jednej sprawy ? gdybym raz jeszcze mogła wybierać studia, to nie chciałabym nic zmieniać. Nic.

Dziś nadal pracuję jako pilot wycieczek, choć już nie tylko na wyspie Rodos. Praca z ludźmi oczywiście czasami męczy, ale prowadzenie wycieczek nigdy. Przekazywanie swojej wiedzy, pasji i zarażanie miłością do greckiej kultury, kuchni, języka stało się moim chlebem codziennym. Turyści pytają mnie często  skąd to wszystko wiem… Moje opowieści, moja wiedza, to z pewnością zasługa nauczycieli, z którymi miałam szczęście spotkać się w Instytucie Językoznawstwa. Natomiast dzięki temu, że kocham moją pracę, czuję się tak, jakbym nie pracowała zbyt wiele i zbyt długo, choć mam już za sobą siedem ciężkich sezonów. A co dalej? Sądzę, że pomimo wielu trudności uda mi się zostać licencjonowanym przewodnikiem po Grecji. A gdy się to stanie, to już w ogóle będę robić tylko to, co kocham.

Kilka lat temu nie wiedziałam czy mój wybór studiów był trafny. Kończąc studia wielu z nas czuło rozczarowanie. Wyobrażaliśmy sobie, że moglibyśmy lepiej mówić po grecku, że z pracą ciężko? Niemniej zdawać trzeba sobie sprawę z tego, że w ogóle nastały dość ciężkie czasy, a studia filologiczne to nie kurs językowy. Nauka rzadkiego i trudnego języka, to tylko jeden z aspektów tej historii. Ja swoje umiejętności wykorzystuję, więc język nie leży odłogiem. Poza tym sama widzę, że moja kompetencja w zakresie języka nowogreckiego  z roku na rok się polepsza. Jak każdy student niejednokrotnie zadawałam sobie pytanie, na co mi ta wiedza?, po co każą nam się tego i tamtego uczyć? A dzisiaj opowiadam o tym i o tamtym kolejnym grupom i widzę zachwyt na twarzach moich turystów.

?Pani Asiu, dziękujemy za wspaniałą wycieczkę? ? to słowa, które mnie utwierdzają w przekonaniu, że dokonałam w swoim życiu trafnych wyborów. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Dziś już wiem, dlaczego ?przypadkiem? dostałam się na filologię nowogrecką. Życzę każdemu studentowi każdej filologii, aby starał się wykorzystać swoje rzadkie umiejętności, uwierzył w siebie i odnalazł swoją drogę, tak jak ja odnalazłam swoją.

DSC_0112 DSC_0127 DSC_0128 DSC_0132 DSC_0145 DSC_0174 DSC_0301 DSC_0308 DSCN2040 DSCN2043 OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA photo17 photo27 OLYMPUS DIGITAL CAMERA rodos2009 143 rodos2009 149 rodos2009 247 rodos2009 481 rodos2009 491 rodos2009 503 rodos2009 507 rodos2009 513 rodos2009 682 rodos2009 686

Joanna Wagner

Przygoda z flamenco

Można założyć, że niemal każdy z nas wcześniej czy później odkrywa zamiłowanie do czegoś, co może stać się pasją pochłaniającą sporo lat życia, a niekiedy nadającą mu nowy sens. Z kolei jedna pasja może pociągać za sobą kolejną. Tak właśnie było w moim przypadku. Język hiszpański stał się dla mnie zamiłowaniem, kluczem, który otworzył mi drzwi do zupełnie nowego świata. Ten świat urzekł mnie swoim bogactwem, ale przede wszystkim tańcem flamenco.

Jako studentka etnolingwistyki zdecydowałam, że swój ostatni rok studiów odbędę na Erasmusie w Hiszpanii. Wiedziałam, że nigdzie nie nauczę się lepiej hiszpańskiego niż w Hiszpanii, a ponadto była to niesamowita możliwość zobaczenia najwspanialszych miejsc i poznania kultury. Nie zastanawiałam się zbyt długo i złożyłam aplikację. Swoją przygodę rozpoczęłam w sierpniu w Maladze, w mieście usytuowanym na południu Hiszpanii, w Andaluzji. Jednak nie było to moje miejsce docelowe, gdyż uniwersytet, w którym miałam studiować, znajdował się w Kastlii La Mancha. Z Malagi wyruszyłam do małego miasteczka Nerja, gdzie zapisałam się na kurs języka hiszpańskiego w lokalnej szkole i zamieszkałam z rodziną hiszpańską. Na jednym z wykładów w  szkole językowej po raz pierwszy usłyszałam o flamenco, czyli o sztuce tańca, śpiewu i gry na gitarze, o których z wielką pasją opowiadał Francisco, jeden z wykładowców szkoły. Zafascynowana jego opowiadaniem chciałam zobaczyć ten taniec na żywo oraz usłyszeć muzykę i śpiew.

Od niego również dowiedziałam się o Feria de Malaga – lokalnym święcie celebrowanym w Maladze, podczas którego można zobaczyć właśnie artystów uprawiających taniec flamenco, można uczestniczyć w koncertach i skorzystać z wielu innych atrakcji. Poszłam za ciosem. Razem z koleżanką ze szkoły i grupą młodych Hiszpanek pojechałyśmy na Feria de Malga. To, co tam zobaczyłam, urzekło mnie. Miasto pięknie przystrojone kolorowymi ozdobami, orkiestry  maszerujące i grające na ulicach oraz kobiety  ubrane w piękne różnokolorowe suknie w grochy z falbanami, tańczące z pasją flamenco na placach i ulicach. Hiszpanki zabrały nas do namiotów, tak zwanych casetas, w których gromadziły się całe rodziny i grupy przyjaciół – tańcząc, bawiąc się, pijąc tradycyjne wino. To właśnie tam zobaczyłam pierwszy raz, jak tańczy się  Sevillanę, jedną z odmian flamenco. Ten taniec mnie urzekł swoją odmiennością  i  dynamiką. Kobiety – tańcząc zmysłowo i energicznie – pięknie poruszały dłońmi, niektóre rozpościerały w tańcu wachlarze. Jest to trudne do opisania, to trzeba zobaczy, usłyszeć, poczuć. Nie mogłam nacieszyć oczu tym widokiem.

Nasze koleżanki zaczęły uczyć nas Sevillany, kroków i poruszania dłońmi. Jak to mówiły:  „Coge la manzana, comela y tirela al suelo” –  co znaczy: zerwij jabłko, zjedz je i rzuć je na ziemię. To miało nam, niedoświadczonym, pomóc zrozumieć, co oznaczają ruchy dłońmi z góry na dół podczas  tańca. Próbowałam więc tańczyć, imitując ruchy dziewczyn. Myślę, że jak na pierwszy raz, całkiem mi to dobrze wychodziło, a może pomogło mi w tym również tradycyjne malageńskie wino. Cały spędzony tam dzień był niesamowitym przeżyciem. To właśnie tamtego dnia zdecydowałam, że chcę nauczyć się tańczyć Sevillanę tak pięknie, jak robią to rodowite Hiszpanki, i wrócić znowu  na Feria de Malaga, żeby z nimi zatańczyć.  Kiedy we wrześniu przyjechałam do Ciudad Real, by rozpocząć studia na UCLM, zdecydowałam, że poszukam tam szkoły, w której mogłabym nauczyć się Sevillany, jednej z odmian flamenco. To sami flamencolodzy naliczyli, że jest ich około 70 rodzajów. Jej korzenie wywodzą się z folkloru andaluzyjskiego, na który duży wpływ miała ludność cygańska zamieszkująca te regiony. Ta konkretna odmiana wzięła swoją nazwę od miasta Sevilla, skąd pochodzi.

Escuela de Carmen Macarena była miejscem, gdzie rozpoczęłam swoją pierwszą lekcję flamenco pod okiem Carmen, maestry tańca, razem z trzema hiszpankami – Paqui, Veronicą i Raquel. Okazało się, że byłam pierwszą Polką, która uczyła się flamenco w tej szkole. Z miesiąca na miesiąc nasza grupa powiększyła się do 12 osób w tym o 3 Hiszpanów. Początki zawsze są trudne, ale ja nie zdawałam sobie sprawy z tego, że praca nad samymi krokami (stepami) może zająć tyle czasu, nie mówiąc już o synchronizacji  ruchów nóg i dłoni  oraz pamiętając przy tym o dumnej postawie. Muszę przyznać, że początek był trochę żmudną pracą, gdyż więcej rzeczy mi nie wychodziło niż wychodziło. Bacznie obserwowałam Carmen i jej ruchy, by jak najlepiej imitować to, co ona robiła. Carmen powiedziała nam, że nie ma co imitować, że ona nauczy nas techniki, ale każdy adept powinien nadać Sevillanie swój własny styl, wyrażając w ten sposób siebie, swoje emocje i gesty. Kiedy opanowałam pierwszą część Sevillany (Sevillana składa się z czterech części, tak zwanych  copli, zwrotek, które tańczy się zupełnie inaczej) czułam, że taniec zaczyna mnie naprawdę cieszyć, że tańczę nie myśląc już o liczeniu kroków i pamiętaniu o pozycji i ruchach dłoni. Wszystko przychodziło teraz naturalnie.

Uczyłam się tańca, ale zaczęłam też czytać o flamenco, oglądać filmy na ten temat. Wybrałam się  do Andaluzji, ziemi ojczystej flamenco, by zobaczyć je tam, skąd brało swoje korzenie. Zwiedzałam miasta i chodziłam do tablaos, miejsc, w których odbywały się przedstawienia flamenco. Co ważne – każde z nich zupełnie inne w swoim rodzaju, w stylu, formie i ekspresji. Mimo podobieństw każdy tancerz i każda tancerka nadawali tańcu indywidualny charakter, energię, osobiste emocje. Każde cante – śpiew flamenco – był unikalny, pełen pasji i niósł ze sobą dużą dawkę emocji oraz siły, czasem także smutku i bólu albo radości. Flameco, czy to przez taniec i śpiew czy przez muzykę, jest w stanie wyrazić wszystkie ludzkie emocje, których odbiorca  doświadcza podczas oglądania pokazu. Widziałam wiele spektakli w różnych miastach, w Maladze, Mabelli, Cordobie, Nerja, Barcelonie i Madrycie, ale jedno z nich urzekło mnie najbardziej – było to w starej dzielnicy cygańskiej, na Sacramonte w mieście Granada. Tam właśnie znajdują się jaskinie i groty, w których mieszkały niegdyś rodziny cygańskie, a które z czasem zostały zmienione w restauracje, gdzie odbywają się spektakle flamenco o unikalnym charakterze. Atmosfera w tych miejscach jest niesamowita – oświetlenie wyłącznie przy świecach oraz tradycyjne dekoracje kwiatowe wiszące na ścianach jaskiń, to sceneria dla spektaklu flamenco w wykonaniu rodzin cygańskich, które od pokoleń tańczą i śpiewają na Sacramonte.

Muzyka i śpiew wywoływały u mnie gęsią skórkę i wiedziałam, że nie chcę poprzestać na tym, co już wiedziałam o flamenco, postanowiłam  jeszcze lepiej je zrozumieć. Ten czas, który spędziłam w Hiszpanii, dał mi  taką możliwość. Nadchodził również najwyższy czas, by zdecydować, o czym będzie moja praca licencjacka. Odpowiedź była prosta – o FLAMENCO.  Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z faktu,  że flamenco jest tak szeroką dziedziną wiedzy i umiejętności. O każdym z jego komponentów czy śpiewie – cante, tańcu – baile oraz muzyce, a właściwie samej grze na gitarze, można byłoby pisać osobną pracę. Flamencolodzy  proponują wiele różnych teorii na temat pochodzenia flamenco i  jego cyklach  ewolucji. Różnorodność stylistyczna flamenco, która kształtowała sie na przestrzeni wieków oraz  samo jego pochodzenie do dzisiejszego dnia nie jest do końca jednoznacznie potwierdzone.  Na pewno wiadomo tyle, że taniec flamenco wywodzi się z folkloru ludzi ubogich zamieszkujących tereny Andaluzji. Na przestrzeni wieków wpływ na jego kształtowanie miało wiele różnych grup etnicznych. Chodzi o wpływy arabskie, żydowskie i cygańskie. Cyganie rozpowszechnili ten taniec i przyczynili się do zachowania wielu form flamenco, dzięki czemu zachowały się one przez wiele lat.

Etymologia słowa ‚flamenco’ nie jest do końca jasna, ma różne wersje i interpretacje. Niektóre z nich wskazują na łacińskie słowo flamma, oznaczające ogień, które miało odnosić się do ognistego charakteru muzyki i tańca oraz do intensywnie czerwonego ubioru tancerzy. Z kolei a języka arabskiego wywodzi się znaczenie, które może mieć również wpływ na formacje słowa flamenco – chodzi o fellah magnum, czyli muzykalny chłopak, wieśniak. Jeszcze inni teoretycy flamenco upatrują podobieństwo tej sztuki do ruchów i postawy ptaka flaminga (po hiszpańsku „flamenco”), porównując ruchy dłoni i nóg tancerzy z ruchami tego egzotycznego i majestatycznego ptaka.

I tak właśnie, małymi kroczkami, odkrywałam świat flamenco, tańcząc Sevillanę, pisząc o tańcu i tym, co mnie inspirowało. Lecz jeszcze miałam jedno marzenie: w tańcu flamenco urzekały mnie długie kolorowe suknie, wąskie do kolan, rozszerzające się ku dołowi i obszyte dużą ilością falban. Typowy wzór to grochy i groszki różnej wielkości, ale są też suknie gładkie lub kwieciste, we wszystkich kolorach tęczy. Chciałam przymierzyć taką suknię, by poczuć się jak prawdziwe tancerki flamenco i oczywiście zatańczyć w niej. Pewnego dnia, zwiedzając Madryt z moją koleżanką Gosią, na jednej z małych uliczek zobaczyłam sklep z pięknymi sukniami flamenco. To tam pierwszy raz przymierzyłam suknię flamenco, a potem drugą. Były naprawdę piękne. Czułam się w nich jak prawdziwa flamenca, aż chciało się tańczyć!!! W chwili, gdy miałyśmy opuścić to miejsce, do sklepu wszedł  jego właściciel. Zaczęliśmy rozmowę na temat flamenco. Za chwilę zjawiła się tam kobieta, która okazała się być maestra flamenco. Powiedziałam im o mojej fascynacji i o tym, że uczę się tańczyć Sevillanę i  że piszę o pracę o flamenco. Juan, właściciel sklepu, polecił  mi książki i opowiedział wiele o twórcach flamenco, a maestra Marta zaproponowała, że może nam pokazać najstarszą szkołę w Madrycie AMOR DE DIOS, która znajdowała się nad sklepem z sukniami. Marta i Juan zabrali nas do szkoły, by nam ją pokazać. Przy okazji zobaczyłam tancerzy, którzy mieli zajęcia w tym właśnie czasie. Weszliśmy do jednej z sali, w której rozbrzmiewała muzyka gitary hiszpańskiej. Przy jej dźwiękach studenci tańczyli energicznie alegrie – jeden z rodzajów flamenco. Było tam strasznie głośno od zaptateo – rytmicznie wybijanych kroków. Dla mnie było to niesamowite. Podziwiałam ich za to, jak szybko i z jaką różnorodnością oraz precyzją tancerze wybijali rytm nogami i poruszali dłońmi.  Byli, co nie może dziwić,  zlani potem. Marta powiedziała mi, że tańczą tak przez prawie całą godzinę bez przerwy i że trzeba wielu lat praktyki, by tańczyć tak jak oni.

Patrząc na to wszystko czułam, że serce bije mi mocniej, że to jest dosyć niesamowite – ta chwila, to miejsce, ta muzyka i ci ludzie. Marta przedstawiła nam sławnych maestrów tej szkoły i samego dyrektora, a także zaprosiła na wieczorny spektakl flamenco do Tablao Las Carboneras, jednego z najdroższych  miejsc w Madrycie, gdzie miejscówka kosztuje 60 Euro. W tym tablao można było obejrzeć spektakl z udziałem czołowych artystów flamenco. Dzięki niej weszliśmy tam zupełnie za darmo, dostając stolik przy samej scenie. Pomyślałam wtedy, że gdyby nie moje pragnienie przymierzenia sukni nie poznałabym Marty, nie siedziałabym w jednym z najlepszych miejsc oglądając spektakl flamenco. Marta opowiedziała mi dużo o tańcu flamenco, a zwłaszcza o jego współczesnym charakterze i o tym, jak krystalizował się on na przestrzeni lat. Od niej też dowiedziałam się, że flamenco zostało wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO w roku 2010.

W kwietniu nadarzyła się pierwsza okazja do zatańczenia Sevillany razem z moimi kolegami i koleżankami ze szkoły tańca Carmen. Odbywała się fiesta, Feria de Ciudad Real, która trwała przez kilka dni w mieście, gdzie mieszkałam. Nie była ona tak imponująca jak ta z Malagi, ale miała swój własny, Kastylijski charakter. Do Amor de Dios wróciłam dopiero w maju, by spotkać się z moją przyjaciółka Martą, która pomogła mi uzyskać zgodę dyrektora na przeprowadzenie badania (rozmawiałam tam z pięćdziesięcioma studentami flamenco z wielu krajów świata). Miało ono być częścią mojej pracy licencjackiej. Intrygowało mnie, jak to jest możliwe, że flamenco, synonim hiszpańskiego dziedzictwa kulturowego, stało się fenomenem na skalę globalną? I dlaczego tak wielki wpływ wywiera ta sztuka na obcokrajowców? A przyjeżdżają oni do ojczyzny flamenco, by doskonalić się pod okiem światowej sławy mistrzów, aby następnie upowszechniać sztukę flamenco we własnej ojczyźnie. Także w Polsce działają szkoły flamenco. Wiem o siedmiu – Wrocław, Poznań, Warszawa, Sopot, Lublin, Łódź  i Kraków.

Con Director de Escuela en Madrid Escuell de Carmen feria de Ciudad Real feria de Malaga flamenco

Joanna  Nowicka

Absolwentka Etnolingwistyki

Kiedyś tam wrócę…

?Jak to się stało, pharmacy że zainteresowałaś się językiem baskijskim?? Jest to od trzech lat  najczęściej zadawane mi pytanie. Zadawane w różnych językach i okolicznościach. Otóż stało się to bardziej z przypadku niż z wyboru. A do wyboru był hiszpański, francuski, rosyjski, chiński, arabski i właśnie baskijski na końcu listy. Na pierwszym roku, podczas przydzielania do grup, osoby z większą liczbą punktów miały pierwszeństwo. Grupy szybko się zapełniły, a ja wraz z siedmioma innymi osobami zostałam przypisana do grupy języka baskijskiego. Jeszcze trzy lata temu nie miałam pojęcia kim są Baskowie i gdzie mieszkają. A co się przez ten czas zmieniło?

Na pierwszych zajęciach poznałam Amaię, która jest Baskijką i mieszka w Polsce od kilku lat. To ona sprawiła, że język i kultura Basków przestały być mi obce, że zechciałam zostać w tej niezbyt licznej grupie i uczyć się baskijskiego. Zaczęło się od podstawowych zwrotów, cyfr, ogromu gramatyki i opowieści o Kraju Nieznanym. Czasem tak na niego mówimy, ponieważ jego pochodzenie jest nieznane. Nie ma żadnych pisanych źródeł mówiących o tym, skąd się wzięli Baskowie i dlaczego ich język jest inny od wszystkich, wykazując przy tym drobne podobieństwo do dialektów, którymi posługują się pewne odosobnione populacje w dolinach Kaukazu. Niektóre wyrazy podobne są do słów z języka węgierskiego, fińskiego czy też nawet japońskiego, występują też liczne zapożyczenia z łaciny, hiszpańskiego i francuskiego. Euskara (język baskijski) był przez wiele wieków izolowany od wpływów z zewnątrz, przez co w języku tym bardzo mało jest zapożyczeń, obcych elementów gramatycznych oraz składniowych. Baskowie mówią o sobie ? Euskaldun, czyli ?ten, który posiada język baskijski?, a nazwa kraju, jak i nazwy miast różnią się od hiszpańskiego i francuskiego nazewnictwa. Euskara jest dziś jedynym zachowanym w Europie zachodniej żywym językiem nieindoeuropejskim, tak odmiennym od całej reszty europejskich języków, że lingwiści mają poważny problem z jego klasyfikacją. Istnieje wiele teorii skąd Baskowie mogą pochodzić, jednak nie będę ich tu przytaczać.

Po kilku miesiącach nauki, w lutym 2011 r., udaliśmy się całą grupą na pierwszy kurs językowy do Kraju Basków, do miejscowości Arantzazu. Spędziliśmy dwa tygodnie na nauce, podróżach, głupotach i wieczorach przy winie oraz kalamburach. Było wspaniale! Dokądkolwiek się udaliśmy, byliśmy atrakcją dla tubylców. ?Polacy mówiący po baskijsku?? ? takie i inne oznaki niedowierzania dało się słyszeć z ust osób, które spotykaliśmy. Wtedy też zainicjowaliśmy pierwsze próby porozumiewania się po baskijsku, z różnym zresztą skutkiem. Czasami należało się przełączyć na angielski, czasami na mowę ciała, niemniej jednak, dogadywaliśmy się.

W semestrze letnim 2011 udało nam się po raz drugi i ostatni udać na finansowany przez Kraj Basków kurs. Tym razem wrażenia były inne, umieliśmy już znacznie więcej, pogoda sprzyjała, poznaliśmy Kraj Basków od festiwalowej strony, udając się na jaiak, czyli święta do stolicy kraju ? Gasteiz. Miasto było kolorowe, mieszkańcy miasta ubrani byli w charakterystyczne stroje, na ulicach można było spotkać parady, pokazy tradycyjnych tańców i sportów, a atmosfera była wyjątkowa. Nieczęsto zdarza się, że w jednym miejscu bawią się wszystkie pokolenia, całe rodziny i wszyscy równie dobrze. Jedność panująca wśród Basków była widoczna w tańcach i śpiewach ulicznych, które wszyscy znali. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby osoby w różnym wieku i o różnym statusie społecznym spotykały się w jednym miejscu, żeby śpiewać tradycyjne, stare przyśpiewki i wspólnie tańczyć. Zabawa trwała cały dzień i całą noc.

Uwielbiam samotne wycieczki w góry. Dlatego też, kiedy tylko była chwila wolna od zajęć i wyjazdów, udawałam się na spacery i przebieżki szlakiem wiodącym na Aizkorri (najwyższe wzniesienie Kraju Basków), nieopodal naszego hotelu. Podczas jednego z wieczornych spacerów po Pirenejach uświadomiłam sobie, że nie jestem tam bez przyczyny, a nie byłoby mnie tam, gdyby nie odgórny wybór języka baskijskiego. Gdyby nie to, nie poznałabym tylu życzliwych osób i nie przeżyłabym tylu przygód, moje życie potoczyłoby się zupełnie innym torem. Wtedy to, przy blasku zachodzącego słońca, z wiatrakami na łańcuchu górskim na horyzoncie i przeszywającej ciszy, zapragnęłam tam wrócić. Poczułam się częścią tego miejsca i zrozumiałam znaczenie określenia, jakiego używają Baskowie – euskaldun, czyli ?ten, który posiada język baskijski?. Uważam, że nie chodzi tylko o język, a o niezwykłą więź z miejscem i tradycją. Ze spaceru wróciłam jakby inna, odmieniona i wdzięczna.

Postanowiłam, że kiedyś tam wrócę. Niecały rok później umożliwiła mi to Amaia, przesyłając wiadomość o pracy au-pair na wakacje. Wiadomość została wysłana do wszystkich baskijskojęzycznych dziewczyn, jakie znałam. Miały większe doświadczenie i lepiej znały język, ale po krótkiej wymianie zdań to mi przypadło odpisać na ogłoszenie. I w ten sposób w ubiegłym roku spędziłam prawie trzy miesiące w Hondarribi ze wspaniałą rodziną. Miejscowość położona jest nad Zatoką Biskajską, przy granicy hiszpańsko-francuskiej. Odnalezienie się w nowej sytuacji nie było łatwe. Tęsknota dawała o sobie znać, ale dzięki otwartości i uśmiechowi nr 5 :) szybko zyskałam zaufanie otoczenia, ogrom doświadczenia zarówno językowego, jak i życiowego. No i były to wspaniałe wakacje. (Dokładny opis zdarzeń można przeczytać tutaj).

Obcowanie z językiem baskijskim nie musi jednak ograniczać się tylko do zajęć i wyjazdów. Co roku w kwietniu organizowane są Dni Baskijskie, podczas których odbywają się prelekcje, pokazy i warsztaty tradycyjnych tańców, degustacje win i potraw baskijskich, wystawy zdjęć, przeglądy filmów i koncerty. Przy współpracy Uniwersytetu Adama Mickiewicza i Baskijskiego Instytutu Etxepare, oraz przy wsparciu sponsorów i partnerów, w tym roku program obfitował w ciekawe wydarzenia, które spotkały się z dużym zainteresowaniem. Według mnie, najbardziej wyjątkowym z tegorocznych spotkań było pierwsze w Polsce podejście do bertsolaritzy.Bertsolaritza to sztuka śpiewanej poezji improwizowanej wykonywanej w języku baskijskim. Polega ona na improwizowanym układaniu wierszy (bertso) przed publicznością, oczywiście na zadany temat. Wraz z trójką wykonawców (Paulina Grabarz, Szymon Góralczyk i Przemek Urbaniak) podjęliśmy próbę improwizacji na zadany temat po polsku. Efekt był następujący i można go zobaczyć o tutaj. Zwieńczeniem tegorocznych Dni Baskijskich był nasz koncert z baskijskim repertuarem. Wybrałam kilka tradycyjnych utworów, jak ?Txoria Txori?, które można usłyszeć tutaj, czy ?Agure zaharra?, czyli nasze, polskie ?Mury?, oraz utwory współczesne, które zagraliśmy akustycznie w samym sercu miasta. W grudniu zaczną się przygotowania do kolejnego tygodnia poświęconego kulturze baskijskiej, a pomysłów nam nie brakuje. (Więcej można dowiedzieć się na tutaj).

Kraj Basków stał się moim drugim domem. Tam zostawiłam swoje serce. Mimo że odwiedziłam wiele miejsc, wciąż jest wiele do poznania. Dlatego wierzę, że kiedyś uda mi się poznać te wszystkie piękne miejsca, o których czytam w przewodniku po Kraju Basków. Wierzę, że pasja pozostanie mimo ukończenia trzech lat nauki języka i zaprowadzi mnie dalej na zielone wzgórza, gdzie pasą się owce i zza których wschodzi słońce, tak samo zagadkowe jak mój Nieznany Kraj.

 

            Weronika Nowak