Złota era

Żyjemy w złotej erze językoznawstwa. Jeszcze nigdy nie mieliśmy tak łatwego dostępu do danych językowych. Jeszcze nigdy nie pracowaliśmy na tak dużych zbiorach uporządkowanych i starannie wyselekcjonowanych danych. Jeszcze nigdy nie mogliśmy odpowiadać na stawiane przez nas pytania z pewnością opartą na milionach przykładów. Jeszcze nigdy nie słyszeliśmy i nie widzieliśmy języka tak wielu ludzi pochodzących z tak różnych środowisk społecznych.

Złota era dostępności

Pomyśl przez chwilę o naszych poprzednikach: by zebrać zaledwie kilka przykładów użycia danego słowa, and musieli wertować setki gazet lub mozolnie zbierać wypowiedzi podczas badań terenowych. Dziś każdy z nas potrzebuje zaledwie kilku kliknięć. Szukasz kontekstów w jakich używa się określonego słowa ? po prostu wpisujesz je w dowolną wyszukiwarkę internetową. Chcesz wiedzieć, jak funkcjonuje ono w języku naukowym ? wybierasz aplikację umożliwiającą przeszukiwanie ogromnych baz tekstów naukowych. Interesuje cię użycie tego słowa w języku potocznym ? sprawdzasz na forach. Zawsze tylko kilka kliknięć i znasz odpowiedź. Kilka kliknięć zamiast tygodni wertowania gazet, zamiast miesięcy badań terenowych. Po prostu kilka kliknięć.

Złota era wielkości

Pierwsze korpusy angielskiego, które powstawały w latach sześćdziesiątych zawierały około miliona słów. I były dostępne tylko na specjalnych uniwersyteckich komputerach o wielkich mocach obliczeniowych. Dziś każdy z nas ze swojego domowego komputera ma dostęp do korpusów większych o blisko rząd wielkości: zrównoważona część Narodowego Korpusu Języka Polskiego zawiera 250 milionów słów, a wszystkie teksty zebrane w NKJP ? ponad miliard. Oznacza to, że dane, które pół wieku temu wydały się ogromnym zbiorem, dziś stanowią raczej małą próbkę. Oznacza to także, że dziś każdy z nas może zapytać ?jak to jest w polskim? i przy pomocy kilku kliknięć uzyskać odpowiedź opartą na gigantycznej próbce różnych gatunków i typów tekstów.

Złota era pewności

Większość wielkich teorii językoznawczych powstawała w oparciu o intuicję genialnych badaczy. Często znali oni wiele języków, co pozwalało im wyostrzać tę intuicję i formułować przypuszczenia i hipotezy na podstawie własnej wiedzy i doświadczenia. Dziś każdą z tych teorii możemy z większą lub mniejszą łatwością przetestować w oparciu o miliony bądź miliardy przykładów. Czytałaś, że ludzie najczęściej metaforyzują czas jako ruch? Sprawdź! Zobacz, z jakimi czasownikami najczęściej łączą się podstawowe określenia czasu takie jak godzina czy minuta. Przy pomocy Narodowego Korpusu Języka Polskiego możesz to ustalić w zaledwie kilkadziesiąt minut. Albo inaczej ? uczyłeś się, że polszczyznę pisaną charakteryzuje większa liczba zdań złożonych niż w przypadku języka mówionego. Na pewno? Zobacz, jak często kilka podstawowych spójników występuje w części mówionej, a jak często w części pisanej NKJP. I pamiętaj ? to, czego się dowiesz, będzie dotyczyło zrównoważonej bazy tekstów obejmującej ponad 250 milionów słów.

Złota era potoczności

Do niedawna większość ogólnych opracowań na temat języka dotyczyła de facto pisanej odmiany charakterystycznej dla ludzi wykształconych. Wynika to z dostępności danych ? kiedyś były to głównie książki, gazety, czy drobne ogłoszenia. To na języku ich twórców oparta jest na przykład część słowników języka polskiego. Dziś fora i duża część blogów dają nam dostęp do języka przeciętnego Kowalskiego. Oczywiście z zastrzeżeniem, że jest to Kowalski posiadający dostęp do Internetu i chęć wypowiadania się na forum. Z pewnością jest on jednak bardziej przeciętny niż dziennikarz czy autor książek. Videoblogi oraz tysiące filmów i filmików publikowanych na rozmaitych serwisach pozwalają nam z kolei usłyszeć, jak mówią zwykli ludzie. Bez wyjazdów w teren, bez żmudnych wywiadów, bez obciążenia specyfiką sytuacji badań. Tak po prostu, tu i teraz, na moim komputerze.

Złota era jakości

Dzięki statystyce i złożonym algorytmom obliczeniowym jesteśmy w stanie przy pomocy korpusów odpowiadać na coraz więcej pytań dotyczących nie tylko ilości, ale i jakości. Porównanie list zawierających informacje o częstotliwości występowania poszczególnych słów w dwóch korpusach pozwala określić, jakie tematy są charakterystyczne dla danego korpus (słowa kluczowe). Analiza współwystępowania (kolokacji) poszczególnych słów pozwala określać ich nacechowanie (prozodia semantyczna) i powiązania z określonymi dziedzinami (preferencja semantyczna). Dla angielskiego opracowano już tager semantyczny, który przypisuje każdemu słowu kategorię tematyczną, do której należy. Dzięki temu bez czytania możesz dowiedzieć się, o czym jest dany tekst. W wielu ośrodkach trwają prace nad narzędziami, które przy pomocy złożonych algorytmów będą w stanie określać, czy dany tekst ma pozytywne czy negatywne zabarwienie. Pomyśl, jakie to daje możliwości. Na przykład: chcesz kupić książkę. Jej recenzje pojawiły się w kilku gazetach i na niezliczonej liczbie blogów i forów. Oczywiście możesz je przeczytać. Wszystkie bądź tylko niektóre. Ale być może już za kilka lat będziesz mogła przy pomocy kilku kliknięć dowiedzieć się, jaka była ogólna wymowa wszystkich tych recenzji. Ile z nich było raczej pozytywnych, a ile raczej negatywnych. Być może dzięki temu zaoszczędzisz sobie czytelniczych rozczarowań.

*

Oczywiście złota era językoznawstwa ma swoje ograniczenia. Korpusy odpowiadają tylko na jedno pytanie: ILE. Ile jest danych jednostek w korpusie? Ile danych jednostek współwystępuje z inną? Ile jest czasowników, a ile rzeczowników w tekście? Oznacza to, że wszystkie nasze pytania musimy przełożyć na język korpusów, którego istotę stanowi słowo ile. Musi to rodzić wątpliwości: czy jeśli sprawdzę, ile razy w korpusie występują spójniki X, Y, Z (przyjmijmy na chwilę, że jest to wyczerpująca lista spójników dla języka polskiego), do dowiem się z całą niezachwianą pewnością, ile jest w korpusie zdań złożonych? Oczywiście, że nie. Do mojego zbioru nie zaliczę przecież żadnego ze zdań złożonych, które nie są połączone spójnikami. Znajdą się w nim natomiast wszystkie zdania pojedyncze, w których te spójniki wystąpiły. Czy to znaczy, że nie warto korzystać z korpusu? Oczywiście, że nie. Oznacza to, że trzeba bardzo precyzyjnie przemyśleć, o jakie ile pytamy, a przy interpretacji wyników zachować rozsądek i ostrożność.

Żyjecie w złotej erze językoznawstwa. Stawiajcie pytania o język i szukajcie na nie odpowiedzi. Jeszcze nigdy nie było to tak proste.

Powodzenia!

Victoria Kamasa

 

 

O czym jest fotografia ?

Tytułowe pytanie tego wpisu – O czym jest fotografia? – wygląda na źle postawione, jeżeli ma dotyczyć fotografii rozumianej jako swoistej odmiany tworzenia obrazów. Fraza ‚O czym jest…’ pojawia się zazwyczaj w związku z filmem lub książką, ze sztuką teatralną lub operą, a nawet z przedstawieniem baletowym lub piosenką i wierszem. Dzieje się tak nie bez powodu, wszak wszystkie wymienione przed chwilą dziedziny ekspresji twórczej – żeby poznać zawartość/treść pojedynczego bytu artystycznego – wymagają nie tylko odtworzenia/odegrania/czytelniczego skupienia, ale i określonego trwania w czasie i przestrzeni[1]. A zatem charakteryzują się one – z grubsza biorąc – linearnością (nawet jeżeli ta linearność zostaje zaburzona przez eksperymenty formalne), narracją oraz jakimś początkiem i jakimś zakończeniem tego-co-się-opowiada, tego-co-się-dzieje i rozwija na naszych oczach, za sprawą naszych zmysłów lub naszej wyobraźni. A wszystko to wymaga od odbiorcy określonego czasu percepcji (przepływu czasu[2]) i poznania jakiejś treści. Ponadto, co ważne – w przeciwieństwie do fotografii – w książce, filmie, dramacie scenicznym, w spektaklu operowym i baletowym, a także w piosence czy wierszu z każdą chwilą trwania danego utworu zmienia się docierająca do odbiorcy treść komunikatu, mija czas rzeczywisty (jaki trzeba poświęcić na objęcie świadomością całości utworu) i mija czas wewnętrzny dzieła.

Tu, na poparcie owej intuicji o dzianiu-się bytów opartych na fabule i aktach komunikacji językowej, zacytujmy Terence Hawkes: Wskazywano, że język realizuje się zasadniczo w następczym ruchu w czasie. Wynika stąd, że każdy wyraz musi mieć związki liniowe albo „poziome” z wyrazami, które go poprzedzają i które po nim następują, a duża część jego zdolności do „znaczenia” różnych rzeczy wynika z tego modelu umiejscowienia. W zdaniu „chłopiec kopnął dziewczynkę” znaczenie „rozwija się” z każdym następnym wyrazem i nie jest pełne, dopóki ostatni wyraz nie zajmie swojego miejsca. Tworzy to syntagmatyczny wymiar języka, a można go również uważać za wymiar „diachroniczny”, ponieważ wiąże się z upływem czasu [3].

Tak więc, reasumując, z frazą ‚O czym jest…’ kojarzy się zazwyczaj to coś, co jest w ruchu, co jest opowieścią przez kogoś sfilmowaną, skomponowaną, napisaną lub zaśpiewaną, a przez kogoś innego oglądaną, słuchaną, czytaną. Kontemplowanie fotografii też może trwać długo – minutę, godzinę lub cały dzień, ale bez względu na czas percepcji kadru (przepływ czasu) jego zawartość nigdy nie ulegnie zmianie. Dostrzegamy tam i w pierwszej chwili, i po całym dniu (a nawet rok później) ten sam obraz. Jego zawartość, jego treść (to-co-widać) nie ulega zmianie. Bo fotografia – jak się powszechnie przyjęło sądzić – jest w potocznym odbiorze tylko zamrożonym ruchem, utrwalonym za sprawą techniki i technologii wizerunkiem kogoś lub czegoś, fragmentem zdarzenia, które dzieje się między otwarciem i zamknięciem migawki, wycinkiem czasu i przestrzeni zatrzymanym na zawsze, stop-klatką, która pokazuje to, co widział fotograf w momencie uruchomienia procesu fotografowania.

Z tego wynika, że patrząc na zdjęcie, które jest przedmiotem materialnym, zamiast pytać: O czym jest ta fotografia?, powinniśmy raczej zapytać: Co jest uwidocznione na tej fotografii?, Co widzi człowiek, który na nią patrzy? Mało tego, powinienem być może zejść jeszcze głębiej, idąc za rozważaniami Anne D’Alleva, która pisze:

Wykorzystanie przez historyka sztuki którejś z teoretycznych metod oznacza poprowadzenie wizualnej i kontekstualnej analizy dzieła w kierunku badań skupionych na określonym zagadnieniu. Zamiast zaczynać interpretację od ogólnego pytania: „Co przedstawia ten obraz?”, można zastanowić się: „W jaki sposób ten obraz ukazuje istniejące w dziewiętnastowiecznej Francji relacje między płciami?”. Wykorzystanie teoretycznego podejścia oznacza więc dogłębną interpretację skupioną na określonym problemie badawczym. Oznacza to też konieczność szczegółowego przygotowania obejmującego zarówno wykorzystywaną perspektywę badawczą, jak i szczegółową analizę formalną i kontekstualizującą dzieła sztuki. Ten sposób pracy z wykorzystaniem teorii krytycznej czyni badacza bardziej świadomym, że analiza historycznoartystyczna jest procesem interpretacji dzieła, nie opisu [4].

Rzecz w tym jednak – do czego dochodzę nie ja pierwszy zapewne – że fotografia jest także opowieścią, ale jej treść ukrywa się zazwyczaj poza kadrem, czyli w świadomości fotografa, w życiorysach osób na obrazie uwidocznionych, w dziejach budynków i krajobrazów, w historii przedmiotów objętych ramami kadru, w kontekstach politycznych, społecznych i kulturowych zdarzeń, których migawkowe wycinki utrwalił (zatrzymał) współpracujący ze światłem (i światłoczułością) mechanizm aparatu, wreszcie w świadomości widza/odbiorcy, który potrafi lub nie potrafi rozkodować tej opowieści, pociągnąć jej ku jakiemuś finałowi na własny lub cudzy użytek. Dlatego też – raz jeszcze posłużę się słowami cytowanej przed chwila Autorki – kiedy poddajemy analizie przeszłość zamkniętą w obrazie fotograficznym (oraz ukrytą poza kadrem opowieść), nie poruszamy się w kategorii prawdy czy fałszu, ale wnikliwości patrzenia [5].

A patrząc, warto pamiętać, że dla twórców semiotyki – Ferdynanda de Saussure’a i Charlesa Sandersa Peirce’a – obraz jest znakiem. Według de Saussure’a znak składa się z dwóch części: signifiant (znaczący) – forma, jaką przybrał znak oraz signifié (znaczony) – znaczenie znaku. Inaczej strukturę znaku objaśniał Peirce, który dowodził, że znak składa się z trzech następujących części: Reprezentacji, czyli formy, jaką przybrał znak (niekoniecznie materialnej); Interpretacji, czyli sensu nadanego znakowi; Obiektu, czyli rzeczy, do której odwołuje się znak. Peirce opracował bardzo rozbudowaną taksonomie znaków (ponad 59 tysięcy typów), ale – jak twierdzi Anne D’Alleva – historykom sztuki najbardziej przydaje się jego podział na trzy podstawowe typy znaków: Znak symbolicznysignifiant ma naturę arbitralną i konwencjonalną, nie przypomina formą signifié. Przykłady: alfabet, cyfry, światła sygnalizacyjne; Znak ikonicznysignifiant przypomina lub imituje signifié, lub przypomina je tylko niektórymi swoimi cechami. Przykłady: portret, model samolotu; Znak indeksowysignifiant nie jest arbitralne, lecz ma jakiś bezpośredni związek  (fizyczny lub przyczynowy) z signifié, w taki sposób, że może on zostać zaobserwowany lub zauważony. Przykłady: symptomy choroby (znak indeksowy choroby), dym (znak indeksowy ognia), odciski stóp (znak indeksowy przechodzącej osoby), fotografie i filmy (bezpośredni rezultat działania promieni słonecznych na światłoczułą kliszę [6].

I tutaj Anne D’Alleva podkreśla, że: Zazwyczaj znak nie należy tylko do jednej kategorii, typy znaków mogą się pokrywać i posiadać cechy więcej niż jednego typu. Na przykład: portret fotograficzny jest zarówno znakiem ikonicznym, jak indeksowym. W sposób bezpośredni wskazuje na obecność sfotografowanej osoby (via światło) i przypomina ową osobę. Dla historyka sztuki samo zakwalifikowanie wyobrażenia jako określonego typu znaku nie jest kluczowe, ważniejsze są pytania, które mogą pojawić się podczas myślenia o procesach zachodzących w czasie nadawania znaczenia, a także rozważania dotyczące rozmaitych relacji występujących między signinifiant, signifié i interpretacją będącą tworem obserwatora [7].

A zatem… miało być o fotografii. Celowo rozpocząłem ten wpis od krótkiego odniesienia do zagadnień semiotycznych, ponieważ ku takiemu oglądowi fotografii ostatnio kierują się moje zainteresowania. Mam za sobą 40 lat przeróżnych doświadczeń fotograficznych, począwszy od własnej ciemni na strychu starej kamienicy (młodość), przez fotografię prasową (przez wiele lat swoje teksty dziennikarskie ilustrowałem własnymi zdjęciami), a skończywszy na cyfrowej lustrzance i programach komputerowych zastępujących ciemnię analogową (postprodukcja). Tym oraz tego typu doświadczeniom w zakresie przemian techniki i technologii fotograficznej towarzyszyły mi niemal od początku przemiany mojego prywatnego rozumienia fotografii jako procesu (samoświadomość, edukacja), jako aktu obrazowania mechanicznego (twórca jako wytwórca – że posłużę się frazą Waltera Benjamina) i jako przekazu. Dzisiaj, gdy nie tylko fotografuję i np. umieszczam swoje fotografie na wystawach lub na okładkach książek (patrz: seria Biblioteka Toposu), gdy nie tylko rozmawiam z fotografami i krytykami sztuki o fotografii (patrz: seria Fotografowie Wielkopolski – wydawca WBPiCAK w Poznaniu), gdy także prowadzę przedmiot fakultatywny „Wiedza o fotografii” oraz uprawiam problemową eseistykę okołofotograficzną (patrz: Fotografioły i Fotografioły 2 – okołofotograficzne ćwiczenia umysłowe) – dzisiaj moja potrzeba zrozumienia fenomenu fotografii, jako zbioru obrazów i jako zjawiska społecznego, przybrała na sile i na znaczeniu. Można ten obszar kultury wizualnej badać i analizować na wiele sposobów, wszak zajmują się nim nie tylko historycy sztuki i kulturoznawcy, ale także filozofowie i socjologowie oraz specjaliści od psychologii społecznej i  językoznawcy z kręgu semiotyki. Rzecz w tym jednak, aby przy okazji nie negować, nie unieważniać i nie wyśmiewać prostych odruchów estetyzacji obrazu związanych np. z przyjemnością uprawiania fotografii (przecież dzisiaj jest to najpowszechniejsza i najbardziej egalitarna forma ekspresji wizualnej, także ekspresji artystycznej), ale i nie poddawać się zalewowi fotograficznego banału i kiczu, wszechobecnej „kłamliwej” fotografii reklamowej, czy skrajnie „emocjonalnej”, komiksowej i voyeurystycznej fotografii z tabloidów, zwanych brukowcami.

O fotografii (jako rzemiośle, dziedzinie sztuki i coraz łatwiej dostępnej formie aktywności obrazotwórczej i estetycznej) można rozmawiać na wiele sposobów, ale warto też edukować jej użytkowników i odbiorców. Oficjalna historia fotografii ma dopiero m174 lata, ale zanim po raz pierwszy zaprezentowano publicznie dagerotyp, utrwalony na metalowej płytce obraz fotograficzny, przez kilka stuleci próbowano zgłębić tajemnicę pędzla natury, czyli rysowania, malowania światłem. Warto w tym miejscu wspomnieć, że idea prostego urządzenia (pierwowzoru aparatu fotograficznego) zwanego camera obscura była znana i stosowana w praktyce nie tylko przez starożytnych Greków, ale także, kilkaset lat przed nasza erą, przez Chińczyków. Z tego zresztą nurtu wywodzi się w prostej linii dzisiejsza fotografia otworkowa (pinhole).

Fotografując i pisząc o fotografii zastanawiam się także, ku czemu zmierzamy tworząc niezmierzony, niepoliczalny już dzisiaj zbiór obrazów cyfrowych, z których spora, zapewne wielomiliardowa część krąży po Internecie. Osobiście więc jestem zwolennikiem stawiania pytań, w rodzaju: O czym jest fotografia? Jak istnieje fotografia? Jak fotografia zmieniła naszą codzienność i naszą cywilizację? A jeżeli stała się nowym językiem obrazkowym (znakiem czasów), nową wersją hieroglifów, to co z tego wynika dla świata i dla każdego z  uczestników życia fotograficznego? Poza tym nadal (a może coraz bardziej) jest aktualny problem: skoro wszystko już sfotografowano i na wszystkie możliwe sposoby, to ku czemu teraz skierować obiektywy naszych aparatów? Jak patrzeć na to, co być może znajduje się jeszcze poza kadrem fotograficznym? A jeżeli czegoś nie sfotografowano, to znaczy, że tego czegoś nie ma w realnym świecie? Absurd – chciałoby się powiedzieć, ale takim samym, niezwykle żywotnym, absurdem jest zasada wyznawana przez wszelkiej maści VIP-ów i celebrytów (choć nie tylko przez nich), według której jeśli nie ma cię w Telewizji i na Fejsie to nie istniejesz.

Być może wrócę jeszcze do tych spraw. Teraz jednak, pragnąc zatrzymać się na poziomie rozważań natury ogólnej, proponuję przekuć tytułowe pytanie w konkret sytuacyjny – trochę anegdotę, a trochę przypowieść następującej treści: fotografia jest o tym, co widać na zdjęciach, czy o tym, co jest poza zdjęciami, poza kadrem, a czego nie widać, zanim się tego nie dowiesz?

***

Otóż zdarzyło się nieco przypadkowo, że 21 i 22 grudnia tego 2011 roku trafiłem na dwie godzinne sesje fotograficzne do gnieźnieńskiej Wytwórni Ozdób Choinkowych zwanych potocznie fabryką bombek. Owa fabryczka to fragment większej biznesowej całości pod nazwą BOL-ANN, której właściciele zatrudniają w sezonie przedświątecznym jednego kierownika, jedną kasjerkę-księgową i siedem pań w różnym wieku do produkcji, malowania, ozdabiania, pakowania i sprzedaży świątecznego szkła choinkowego. Wytwórnia ta, a właściwie manufaktura, od zawsze była w Gnieźnie miejscem, do którego przed świętami ściągały stadami szkolne i przedszkolne wycieczki. Dziatwa polska bowiem – jak powszechnie wiadomo – wykazuje szczególną, szczerą zresztą wrażliwość w obszarze przedświątecznej magii, na którą składają się: karp w wannie, zapach żywicznej choinki (świerk), kuchenne ingrediencje tudzież aromaty oraz ozdoby choinkowe, wśród których, obok papierowych łańcuchów i włosów anielskich, prym wiodą wielobarwne, wielokształtne, nieustająco kruche szklane bombki o grubości 0,2 milimetra.

Trafiłem do tej fabryczki w dniu, kiedy ostatnia dziecięca wycieczka właśnie opuściła jej gościnne mury, a niezbyt liczna załoga właśnie wygaszała taśmę produkcyjną (w tej branży 21 i 22 grudnia to koniec sezonu) i szykowała się do świątecznej przerwy, albo raczej świątecznego bezrobocia. Rzecz w tym, że z dziewięcioosobowej załogi owej wytwórni bombek dmuchanych aż pięć kobiet to pracownice sezonowe, które za chwilę miały odebrać ostatnią wypłatę i ruszyć w miasto w poszukiwaniu jakiejkolwiek innej pracy. Dowiedziałem się tego od nich, od każdej z osobna, fotografując je pojedynczo na potrzeby reportażu dokumentalnego i rozmawiając z nimi o zakończonej właśnie pracy wśród bajecznie kolorowych szklanych artefaktów. I tak: najmłodsza z tego grona, krucha blondynka niezwykłej urody, jak sam stwierdziła – jestem już za stara na wielką karierę i światowe wybiegi, ale ciągle coś próbuję osiągnąć jako fotomodelka. Obecnie bez pracy. Nieco od niej starsza i bardziej postawna, także blondynka, jak sama stwierdziła – szukam swojego miejsca na ziemi, uzdolnień plastycznych nie posiadam, a ręczne malowanie bombek nie jest moim największym marzeniem. Obecnie bez pracy. Następna, zgrabna brunetka, lat 34, porzucona przez męża, samotnie wychowuje dwójkę dzieci. Mąż dwa lata temu wyjechał do Niemiec szukać pracy, a pół roku temu oświadczył jej, że znalazł tam lepszą dla siebie kobietę i do Polski już nie wraca. Owa porzucona brunetka musi więc radzić sobie sama. Widoki na ponowne zamążpójście ma raczej marne, bo – jak sama stwierdziła – kto weźmie sobie na głowę bezrobotną kobietę z dwójką dzieci. Obecnie bez pracy. Dalej, jedyna w tym gronie osoba po studiach. Absolwentka poznańskiej ASP, magister wychowania plastycznego, lat 40. Mąż, dom, córka i synek, pies, samochód. A co ją boli? Jak sama stwierdziła – po co mi te studia były, skoro teraz bombki maluję. Córka też wykazuje zdolności plastyczne i nawet wybiera się na Akademię, ale chyba nie pozwolę jej popełnić tego błędu, bo skończy jak ja. Obecnie bez pracy. Najstarsza z owej piątki portretowanych przeze mnie kobiet ma 50 lat i… poważne kłopoty z mężem. Jak sama stwierdziła – męża już prawie nie mam, bo choruje ciężko na cukrzycę i właśnie obcięli mu nogę z tego powodu. Mówi o sobie: jestem stara baba, a najlepiej wychodzi mi dmuchanie bombek. Obecnie bez pracy.

Oto pięć różnych kobiet, a każda na życiowym zakręcie. Każda zwyczajna, ale też z jakiegoś powodu interesująca. Spotkałem i poznałem je przypadkowo, dzięki fotografii. Nie pytając, dowiedziałem się czegoś ważnego o ich tu i teraz, o kłopotach, planach i marzeniach, ale czy ta wiedza jest mi do czegokolwiek potrzebna? Przecież żadnej z tych kobiet nie jestem w stanie wesprzeć, pocieszyć, dowartościować, nie mówiąc już o zatrudnieniu, choć każda z nich, gdy kończyliśmy rozmowę i sesję fotograficzną, powiedziała niemal dokładnie to samo: „Gdyby słyszał pan o jakiejś pracy, to proszę o mnie pamiętać”. Czy fotograf jest w stanie pomóc którejkolwiek z  tych kobiet? Nie. Czy ich portrety, nagie kadry fotograficzne, które być może trafią do folderu reklamowego firmy, opowiedzą nam cokolwiek o życiu tych kobiet, o ich troskach i nieudanej w zasadzie egzystencji? Nie. Czy autor tych portretów, jeżeli nie wpisze swojego działania w nowy, dramatyczny kontekst, może się łudzić, że w jakikolwiek sposób tymi zdjęciami wpłynie na zmianę losu portretowanych kobiet? Nie.  Może tylko ta krucha blondynka o urodzie modelki, która – jak sama twierdzi – jest już za stara na światowe wybiegi, może tylko ona byłaby jeszcze jakąś nadzieją (dla mnie i dla siebie) na artystyczne spełnienie i słodką obietnicę poranka, ale tyko pod warunkiem, że ja byłbym wziętym fotografem mody i koneserem światowych wybiegów. Ale, jak widać, nie jestem kimś takim. Niestety.

***

Na koniec pozwalam sobie zaprezentować kilka własnych fotografii, które bardziej mieszczą się w klimacie lirycznego dokumentu niż w jakimkolwiek innym, tak dzisiaj popularnym nurcie fotografii kolorowej. Wszystkie pochodzą z liczącego 111 obrazów cyklu Gniezno-Antywidokówki. Nie mam nic przeciwko nurtowi typu sweet focia z rąsi, bo gdy trzeba, potrafię odnaleźć się i w tej konwencji, ale gdy już coś pokazuję, to raczej z nurtu szare na szarym. Przyzwoite opanowanie tej umiejętności zajęło mi kilka lat. A o czym jest ta fotografia? No właśnie, o czym? O fotografowanym mieście, czy może raczej o autorze tych obrazów?

AVE.

K. Sz. 1 K. Sz. 2 K. Sz. 3 K. Sz. 4 K. Sz. 5 K. Sz. 6 K. Sz. 7 K. Sz. 8 K. Sz. 9 K. Sz. 10

Krzysztof  Szymoniak


[1] Dopiero po tym czasie, po wybrzmieniu ostatniego słowa, ostatniego akordu, ostatniej sceny, a więc po umownie tu traktowanym napisie The End, odbiorca może powiedzieć, że wie (jeżeli zrozumiał treść danego dzieła), o czym jest to, co przed chwilą usłyszał, przeczytał lub obejrzał, jaką opowieść w sobie zawiera film, książka, piosenka, wiersz, spektakl baletowy czy teatralny.

[2] To określenie zaczerpnąłem z książki Strukturalizm i semiotyka (PWN 1988, str. 26), której autorem jest Terence Hawkes.

[3] Terence Hawkes: Strukturalizm i semiotyka, PWN, Warszawa 1988, s. 29.

[4] Anne D’Alleva: Metody i teorie historii sztuki, Universitas, Kraków 2013, s. 14-15.

[5] Op. cit., s. 15.

[6] Op. cit. s. 36-37.

[7] Op. cit., s. 38.

Nie tylko Gangnam Style

Pośród studentów i absolwentów Instytutu Językoznawstwa nietrudno znaleźć takie osoby, abortion które już przed podjęciem swoich studiów na danym kierunku były przekonane, że to właśnie jest droga dla nich. Nie będzie jednak zaskoczeniem fakt, że istnieje też liczna grupa osób, dla których decyzja o podjęciu studiów w Instytucie była raczej przypadkowa niż skrupulatnie przemyślana. Moja skromna osoba może służyć za podręcznikowy przykład przedstawiciela tej właśnie grupy, a wybranym przeze mnie kierunkiem była filologia koreańska. I ten spontaniczny wybór z wielu powodów okazał się niezwykle trafny.

Dziś jestem absolwentem filologii koreańskiej. Na stałe mieszkam i studiuję w Seulu. Jednak, kiedy pierwszy raz pojawiłem się na zajęciach w IJ, moje zainteresowania dalekie były od tematów związanych z językoznawstwem, lingwistyką, Azją czy samą Koreą. W odpowiedzi na pytanie o moje hobby czy pasje, w pierwszej kolejności pojawiłyby się muzyka, gitara, zespoły, koncerty. Języki obce i Azja miałyby duży problem, aby znaleźć się na tej liście. Właśnie dlatego tym bardziej zaskakujące może być to, jak dzięki studiom na koreanistyce i wyjeździe do Korei udało mi się połączyć obie te dziedziny w sposób, którego osiemnastolatek składający kilka lat wcześniej dokumenty w Collegium Novum nie byłby w stanie przewidzieć.

Pierwszy raz pojawiłem się w Korei Południowej latem 2008 roku jako student wymiany międzyuniwersyteckiej, aby przez rok uczęszczać na zajęcia z języka koreańskiego na jednym z seulskich Uniwersytetów. Jak się okazało, nie była to moja ostatnia wizyta w tym kraju. Z biegiem czasu postanowiłem bowiem, że Korea jest miejscem, w którym chciałbym zatrzymać się na dłużej.

Jednym z powodów takiej decyzji było odkrycie lokalnej sceny muzycznej, która okazała się dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Nie jest tajemnicą, że zachodni świat postrzega koreańską muzykę głównie przez pryzmat pięknych skośnookich K-popowych gwiazdek lub poprzez mniej pięknego PSY?a i Gangnam Style. Ja również tak myślałem. Na szczęście szybko pojąłem swój błąd. Już kilka tygodni po przyjeździe do Korei zrozumiałem, że Korea pełna jest muzyków i zespołów uprawiających wszelkie odmiany alternatywnego grania, od muzyki elektronicznej przez punk-rocka, a kończąc na ekstremalnych odmianach ciężkiego metalu. Oczywiście poziom uwagi, na jaki mogą liczyć tego typu wykonawcy ze strony słuchaczy czy mediów, jest nieporównywalny z odbiorem muzyki masowej, ale nie to przecież jest najważniejsze w przypadku gatunków niszowych. Co ważne, działają w Korei zespoły, którym bez pomocy i promocji ze strony największych mediów udało się zdobyć uznanie w oczach odbiorców nie tylko we własnym kraju, ale także zagranicą. Przedstawiciele alternatywnego rocka z Galaxy Express, electrorockowcy z Love Xstereo czy hardcorowcy z The Geeks, to tylko kilka z wielu zespołów, które z sukcesem koncertowały w Europie czy Stanach Zjednoczonych, zyskując tam uznanie i sympatię szerokiego grona fanów.

Ja z kolei wiedziałem, że bycie tylko biernym członkiem lokalnej sceny, ograniczającym się do roli obserwatora uczęszczającego na koncerty, nie jest dla mnie wystarczające. Od mojej pierwszej wizyty w Korei stałem się członkiem kilku lokalnych zespołów, grając wspólnie z ludźmi z różnych stron świata i dzieląc scenę z muzykami z Korei i zagranicy. Nie ulega wątpliwości, że wiedza ? zarówno znajomość języka jak i lokalnej kultury i obyczajów ? jaką dały mi studia na koreanistyce, a zwłaszcza pobyt w Korei, była czynnikiem w ogromnym stopniu ułatwiającym mi nawiązywanie nowych znajomości i kontaktów z tutejszymi muzykami.

Dziś aktywnie udzielam się w dwóch muzycznych projektach zakorzenionych w nurcie hardcore. I mimo że nie jest to rodzaj muzyki, który pociąga za sobą tłumy słuchaczy, to jednak sama możliwość uprawiania muzyki i spełniania swojej pasji mieszkając w Korei i kontynuując tam studia, daje ogromną satysfakcję. Lokalna scena nie jest zbyt liczna, a wiele koncertów ma charakter wręcz kameralny. Jest jednak wiele momentów, które w pełni wynagradzają ewentualne trudy czy rozczarowania. Dla mnie osobiście i dla jednego z zespołów, w którym występuję, takim momentem było zaproszenie nas na jeden z największych i najważniejszych festiwali z obszaru naszej muzycznej niszy. Festiwal odbył się  w Philadelphii (festiwal This Is Hardcore, jeśli ktoś byłby zainteresowany). Występ na tej imprezie był zwieńczeniem naszej dwutygodniowej trasy koncertowej po wschodnim wybrzeżu USA, a dla mnie osobiście jednym z najbardziej niewiarygodnych i ekscytujących doświadczeń. Zwłaszcza, że byliśmy pierwszym w historii zespołem z Azji występującym na tej scenie.

Tytułem podsumowania: w moim dość chaotycznym wywodzie chciałem podzielić się refleksją na temat tego, w jak niespodziewane kierunki i miejsca zaprowadziła mnie wspomniana na początku, w sumie bardzo przypadkowa i spontaniczna decyzja o podjęciu studiów w Instytucie Językoznawstwa. Mam nadzieje, że osoby, które doczytały ten wpis aż do tego momentu, nie czują się rozczarowane. A jeśli jeszcze lektura tego wpisu będzie dla kogoś impulsem, by zadać sobie trud zapoznania się z twórczością koreańskich muzyków obracających się w estetyce nieco innej niż PSY, to moja satysfakcja będzie bardziej niż pełna.

Mateusz Trzciński

Absolwent koreanistyki w IJ

O KSIĄŻKOFILII

Książkofilia (nie mylić z bibliofilią) to dobrotliwe uzależnienie polegające na przesadnym zamiłowaniu do nabywania i posiadania książek.  Samo słowo jest hybrydą polsko-grecką i oznacza dokładnie to samo, check co „bibliomania”, ailment które funkcjonuje w językach zachodnich od ponad 200 lat i teoretycznie brzmi lepiej ? ale, nie wiem czemu, ja wolę „książkofilię”.

Książkofilia dotyka prawie każdego inteligenta ? na ogół bez jakichś szczególnie poważnych konsekwencji praktycznych. Gorzej,  jeśli przerodzi się w uzależnienie o charakterze „obsesyjno-kompulsyjnym” ? taki delikwent podczytuje książkę w księgarni, a po jej nabyciu odkłada ją w domu na stosik bez rozpakowywania. To jest jednak na szczęście rzadkie.

Z książkofilią wiąże się szereg przesądów, którym hołdują inteligenci ? oto kilka z nich:

„Lepiej czytać [cokolwiek] niż nie czytać wcale.”

„Czytanie uszlachetnia.”

„Wyrzucanie książek na śmietnik, a także ich palenie, jest czymś nagannym.”

„Jeśli państwowa szkoła nie przymusi dziatwy do przeczytania Trylogii i Pana Tadeusza ?znikniemy jako naród.”

” Jeśli państwowa szkoła nie przymusi dziatwy do przeczytania Gombrowicza i Schultza ? będziemy obciachem Europy.”  Pierwszy z tych przesądów dotyka książkofila mohera, drugi antymohera. Co je łączy? Przeświadczenie, że „tak czy owak, zmywak”.

Książkofilia w postaci niezłośliwej ulega przytłumieniu wraz z zapełnieniem przestrzeni mieszkania dającej się zastawić półkami. Książkofil może wówczas próbować przekazać część książek innemu książkofilowi lub, powiedzmy, bibliotece parafialnej. Na ogół bez powodzenia ? niedoszli obdarowani przeważnie już te książki mają.

Przed ułudą książkofilii przestrzegał już prawie trzy wieki temu genialny jezuita ks. Józef Baka ? pierwszy polski raper-moralista. Niech to, co napisał, będzie nauką dla PT Czytelników, którzy, jak mniemam, w większości dotknięci są książkofilią:

Książkoholi-
ka nie boli

nawet kiedy,

bez potrzeby,

coś zdubluje,

gdy kupuje.

Rozkosz mega

nowy regał

wziąć z Ikei

w cnej nadziei,

że to zmieni

coś w przestrzeni,

by mieć w domu

więcej tomów.

***

Chociaż w Raju

przestrzeń mają;

z książką kwita –

nikt nie czyta.

Tam nie czeka

biblioteka.

Dr Henryk Krzyżanowski