Japonia bez stereotypów

Wystarczy pomyśleć o Japonii, healing a przed oczami stają nam przepięknie kwitnące wiśnie, filmy Kurosawy, gejsze i samuraje. Są też tacy, którym Japonia kojarzy się z zupełnie innymi klimatami, np. betonową dżunglą, wszechobecną bezduszną technologią i zafascynowanymi nią dziwakami. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że stereotypy istnieją po to, by uprościć postrzeganie świata i dlatego nie zamierzam patrzeć z góry na osoby widzące Japonię przez pryzmat powyższych przykładów. Jeszcze do niedawna sama, pod wpływem chociażby filmów animowanych, miałam bardzo prosty obraz tego kraju. Wyobrażałam sobie go jako krainę z wiecznie trwającym latem, brzęczącymi nieustannie cykadami i przejazdami kolejowymi niemal przed każdym przejściem dla pieszych. Jednakże jako osoba ucząca się języka japońskiego już od niemal sześciu lat, nie mogę i nie chcę  pozwalać sobie na takie skróty myślowe. Co nie oznacza, że moje szare komórki nie tworzą innych, o nieco wyższym poziomie wtajemniczenia, uproszczeń w percepcji kraju, którego kulturę kocham miłością niezmienną już od blisko dziesięciu lat.

Kioto, Kitanotenmamgu, kwitn-ce Âliwy

Wreszcie  nadszedł ten czas, kiedy moje ?zaawansowane? skróty myślowe mogły wyjść na światło dzienne i się do czegoś przydać. Na ostatnim roku studiów przyznano mi stypendium i mogłam wyjechać na roczną wymianę studencką do wymarzonego kraju. Nigdy wcześniej nie miałam okazji odwiedzić Japonii, chociaż znam sporo osób, które takową podróż mają za sobą. Wtedy, niczym demony z szafy, zaczęły wypełzać różne, poprzeczne i podłużne, obawy i uprzedzenia dotyczące Japonii, którą teoretycznie znałam bardzo dobrze (z opowieści moich japońskich nauczycielek, filmów fabularnych i dokumentalnych, książek oraz różnych relacji), ale w praktyce nie wiedziałam, co czeka mnie na miejscu. Chciałabym więc się podzielić tym, co trapiło mnie przed wyjazdem, a także po sześciu miesiącach tu spędzonych skonfrontować obraz Japonii i Japończyków, który miałam przed wrześniem ubiegłego roku, z tym, co sądzę teraz.

Miyajima

Na pierwszy ogień biorę miasto, w którym mam szczęście mieszkać, czyli Kioto. Jest to niegdysiejsza stolica, ocalona od fali zniszczeń, jaka przeszła przez ten wyspiarski kraj w trakcie II wojny światowej, dzięki czemu stała się ona duchowym azylem Japonii. Wszystko to brzmi wzniośle i cudownie, ale wiele osób przestrzegało mnie, że to miasto atmosferą przypomina polski Kraków, że była stolica wciąż rozpamiętuje lata dawnej świetności, a co za tym idzie, jej rodowici mieszkańcy są nadęci, szczycą się swoim pochodzeniem i ponoć patrzą na innych z góry. W szczególności w rozmaitych opiniach dostaje się starszemu pokoleniu, które podobno alergicznie reaguje na obecność obcokrajowców. Z jednej strony zatem wielka radość, bo oto przez rok będę mogła bez dalszych podróży odwiedzać różne słynne miejsca. Z drugiej to, co zarysowałam powyżej.

Kioto, Kinkakuji

Co więc mogę powiedzieć na temat mieszkańców Kioto? Na pewno nie mogę zgodzić się z powyższymi ostrzeżeniami. Nigdy nie spotkałam się z niechęcią z powodu ?bladej twarzy?, a przedstawiciele starszego pokolenia są moimi idolami ? nie uciekają na kilometr widząc obcokrajowców, a wręcz przeciwnie ? przysiadają się w autobusie, sami z siebie zagadują (czasem nawet po angielsku!), nie gapią się namolnie (w odróżnieniu od młodszych osób) i traktują wszystkich równo. Nie znam ani jednej osoby, która zadzierałaby nosa z powodu swojego pochodzenia. Wręcz przeciwnie, jeśli mieszkaniec Kioto usłyszy dobre słowo na temat swojego miasta, z typowo japońską pokorą podziękuje i będzie zadowolony, że ktoś podzielił się swoją przychylną opinią. W innych turystycznych miastach Japonii nie zawsze można doświadczyć takiej otwartości na drugiego człowieka, nawet tego zza granicy, a jeśli już, to przytrafiło mi się to wyłącznie na Okinawie. Wielu japońskich studentów i turystów chwali Kioto  nie tylko za unikatową atmosferę, ale również za szczególnie miłe nastawienie jego mieszkańców do innych osób.

Skoro poruszyliśmy temat obcokrajowców, to muszę przyznać się, że wiele razy słyszałam historie o Japończykach uciekających na drugą stronę ulicy, gdy tylko zauważyli kroczącą w swoją stronę osobę nierodzimego pochodzenia. Słyszałam również o takich, którzy uparcie na pytania zadawane w języku japońskim odpowiadają swoją, dość często łamaną, angielszczyzną. Zadziałał tu prosty mechanizm ? wiele osób to powtarza, więc musi to być prawda. Zatem kiedy po raz pierwszy naprawdę musiałam spytać o coś zwykłego przechodnia, Japończyka, byłam w stanie założyć się co najmniej o koniuszek małego palca, że przytrafi mi się jeden z dwóch powyższych scenariuszy. Gdybym to zrobiła, dziś posądzano by mnie o bycie kobietą mafii. Nie było szybkiej rejterady ode mnie, a odpowiedź została udzielona po japońsku.

Owszem, zawsze spotykam się z nieskrywanym zaskoczeniem ze strony Japończyków, że jako obcokrajowiec posługuję się ich jakże skomplikowanym i nieprzystępnym językiem. Choć czasami zdarzało mi się, że ktoś w sklepie uparcie wtrącał angielskie słówka (najczęściej trafnie), to postronny przechodzień nigdy nie narzucał się z przechwałkami na temat swojej, często wątpliwej, znajomości języka Szekspira. Wiem, że takie zachowanie miałoby logiczne wytłumaczenie i wcale nie denerwowałabym się, spotykając się z taką reakcją . Przecież to, że ktoś wykuł na pamięć jedno pytanie w obcym języku nie oznacza, że będzie w stanie zrozumieć odpowiedź, tym bardziej udzieloną przez osobę o mniej przyjaznej i łatwej w zrozumieniu wymowie niż lektor z podręcznikowych czytanek. Obecnie bardzo lubię ucinać sobie pogawędki ze zwykłymi Japończykami spotkanymi na ulicy bądź w sklepie. Czasem ktoś mnie zagaduje, a czasem inicjatywa wychodzi ode mnie. W takich sytuacjach Japończycy bardzo cieszą się z możliwości porozmawiania we własnym języku z przybyszem zza granicy. Jeśli już zauważą, że ktoś rozumie więcej niż ?arigatou? i ?konnichiwa?, zaczynają bez krępacji używać miejscowego dialektu, zupełnie jakby lepsza znajomość języka łączyła się z biegłością nie tylko w wersji standardowej.

Okinawa, Naha, chram szintoistyczny

Pozostańmy w sferze językowej. Oczywiście obawiałam się wszechobecnych ideogramów kanji, tudzież ?krzaczków?, jak są potocznie nazywane. Nigdy nie miałam pewności siebie w tej kwestii, a konieczność egzystowania w kraju, gdzie wszystko, od A do Z, będzie zapisane właśnie w ten sposób, trochę mnie przerażała. Jednak i w tym aspekcie diabeł nie okazał się być tak straszny, jak go malują. Owszem, nie da się ukryć, że jeśli coś da się zapisać w kanji, to jest to zapisane właśnie w ten sposób. Jednakże podróżowanie, co chyba najbardziej mnie martwiło, nie jest aż tak trudne. Powodem jest to, że odczytanie nazw własnych często nawet samym Japończykom sprawia kłopoty, tak więc przeważnie  dodawany jest zapis w sylabariuszu lub w alfabecie łacińskim. Kioto nie jest aż tak bardzo przyjazne obcokrajowcom w tej kwestii jak Tokio, ale najważniejsze zabytki, jak i dojazd do nich, nie powinny sprawić problemu nawet całkowitemu laikowi. Chociaż czasem spotkamy takie potwory tłumaczeniowe jak Kiyomizu-dera temple, co oznacza dokładnie ?świątynia świątynia Kiyomizu?, to przynajmniej samo zwiedzanie nie jest już trudne.

Tokio, Pa-ac Cesarski

Co innego jeśli chodzi o zakupy spożywcze bądź kosmetyczne, ale zawsze znajdzie się jakaś miła sprzedawczyni lub gospodyni domowa robiąca zakupy ramię w ramię, która pomoże w rozszyfrowaniu zawartości produktu, tudzież jego zastosowania. Osobiście raz na zakupach spotkałam dość ciekawą ciocię ?dobra rada?, która na widok mojej nietęgiej miny, gdy trzymałam w ręku płyn do zmiękczania tkanin (akurat byłam w stanie totalnego skupienia, bo porównywałam ceny), nie zastanawiając się długo podeszła i pouczyła mnie, że ów płyn służy do prania, a nie do picia. :)

Jeśli chodzi o życie codzienne, to nie ma nic bardziej spędzającego sen z powiek polskiego studenta, niż pieniądze, a raczej ich brak. Krążą legendy o zatrważająco wysokich kosztach życia w Japonii (Tokio często wygrywa w rankingach na najdroższe miasto świata), więc pomimo świadomości wsparcia z ministerstwa oczywiście bałam się, że stać mnie będzie tylko na ryż i wodę, że będę wiodła żywot na trasie od akademika do kampusu i z powrotem, a największą rozrywką będzie wspinaczka pod górkę (na której stoi akademik) z moim ukochanym workiem ryżu na plecach. Tutaj też się myliłam. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest śmiesznie tanio i wszystkie te historie to wierutne bzdury. Jednakże po jakimś czasie przestałam przeliczać wszystkie ceny na złotówki i nie było dla mnie ogromnym bólem wydać ponad 3 zł na jedno jabłko (owoce są tu bardzo drogie) lub 15 zł na jednodniowy bilet po wszystkich miejskich liniach autobusowych w Kioto. Niektóre produkty mają ceny porównywalne z naszymi, a niektóre, jak wspomniane owoce lub mięso, są kilkukrotnie droższe niż w Polsce. Różnego rodzaju formy rozrywki też do najtańszych tu nie należą, jednak od czasu do czasu można wyjść na karaoke lub pozwolić sobie na posiłek w lepszej restauracji bez wydawania oszczędności życia. Nie zapominajmy jednak, że Japończycy zarabiają więcej od nas, więc porównywanie wyłącznie cen nie ma większego sensu. Niech zobrazuje to średnia godzinowa stawka za dorywczą pracę studentów, która w przeliczeniu na złotówki wynosi na rękę… 25,50 zł.

Takich przykładów jest naturalnie więcej, ale ? żeby nie przedłużać ? skończę na tych najważniejszych. Przyznam szczerze, że przed wyjazdem byłam zdania, iż ceny lub zagubienie w supermarkecie albo na stacji metra można jakoś przeboleć. Najbardziej martwiła mnie powszechna opinia o niedostępności Japończyków, ich nieszczerości i niemożliwości zaprzyjaźnienia się z nimi. Teraz jednakże sądzę, że znajomość języka jest nie tylko przepustką do udanych zakupów lub trafnie odnalezionego celu podróży, ale również do zupełnie innej komunikacji z Japończykami. Przed wyjazdem znajomy Japończyk, który spędził w Polsce rok na wymianie studenckiej, powiedział mi, że skoro porozumiewam się sprawnie po japońsku, to nie będę mieć z niczym problemów i będę mogła robić absolutnie wszystko. Oczywiście wtedy wzięłam te słowa dosłownie i wcale mnie to nie pocieszyło, ponieważ czas spędzony w Japonii chciałam wykorzystać na obcowaniu z Japończykami nie tylko w trakcie zajęć, ale także po nich, towarzysząc im w życiu codziennym . Wyżej wymienione przeze mnie obawy kładły się cieniem na perspektywę lepszego poznania obywateli Kraju Kwitnącej Wiśni.

Jednak prawda jest taka, że po pół roku mieszkania i chodzenia na zajęcia z Japończykami, a także podróżowania po Japonii, mogę z pełną śmiałością, biorąc całkowitą odpowiedzialność za swoje słowa, stwierdzić: umiejętność porozumiewania się po japońsku jest kluczem do przebicia się przez fasadę nieufności Japończyków w stosunku do obcych, a w szczególności do osób z obcych krajów. Wielokrotnie byłam zapraszana do domu rodzinnego zwykłego Japończyka i nie była to tylko kurtuazja. Nowy Rok, który tutaj jest najważniejszym świętem w całym roku, również spędziłam tradycyjnie, dzięki uprzejmości znajomej Japonki. Być może jestem wyjątkiem, a być może ludzie, których spotykam są wyjątkowi. W każdym razie życzę wszystkim podobnie udanych wyjazdów jak ten, którego właśnie doświadczam

Roksana Zawiłowska

Hanami, czyli japońska wiosenna tradycja

Wraz z nadejściem wiosny w Polsce przygotowujemy się do świąt Wielkiej Nocy, this a następnie snujemy plany jak najlepszego wykorzystania majówki. Japończycy natomiast planują hanami. Nie jest to święto per se, approved lecz tradycja wywodząca się jeszcze ze średniowiecza. Hanami, information pills pisane znakiem na kwiat i znakiem na patrzenie, jest właśnie tym ? oglądaniem rozkwitających kwiatów sakury, czyli japońskiej odmiany wiśni.

DSC00007 Tradycja hanami została zapoczątkowana w okresie Nara (lata 710-784), lecz centralnym punktem było wtedy oglądanie kwiatów śliwy. Sakura zaczęła być doceniana bardziej niż śliwa w okresie Heian (lata 794-1185) i od tego czasu w poezji słowo hana (?kwiat?) stało się praktycznie synonimem sakury. Z początku obserwowanie kwitnienia jej kwiatów służyło przepowiadaniu zbiorów w danym roku oraz rozpoczęciu sezonu siania ryżu. Zgodnie z wiarą shintoistyczną, rdzenną religią Japonii, wierzono, że drzewa sakury zamieszkują bogowie, więc składano im ofiary. Następnie spożywano owe ofiary, pijąc sake.

DSC00009

Panujący w latach 809-823 cesarz Saga jako pierwszy wprowadził hanami w jego obecnej formie. W czasie kwitnienia sakury urządzał pikniki pod drzewami w pałacu cesarskim w Kioto, ówczesnej stolicy Japonii. Pisano również wiersze na temat kwiatów sakury, które były postrzegane jako metafora życia ludzkiego: piękne, lecz nietrwałe i szybko przemijające.

DSC00011

Zwyczaj organizowania hanami rozprzestrzenił się z dworu cesarskiego na całą społeczność japońską i dzisiaj niemal każdy uczestniczy w tym wydarzeniu. Sezon na hanami rozpoczyna się pod koniec marca i trwa do połowy maja, ale nie znaczy to, że hanami można zorganizować w dowolnym dniu w tym czasie. Japonia jest krajem położonym w kilku strefach klimatycznych. Ludność mieszkająca na danej szerokości geograficznej ma od tygodnia do dwóch na podziwianie kwitnącej sakury; później kwiaty stają się niezwykle kruche i płatki opadają z nich pod wpływem najlżejszego podmuchu wiatru. Z tego powodu koniec marca to w rzeczywistości początek kwitnienia sakury na południu kraju, a połowa maja to jego koniec na północy. Wyjątkiem są położone daleko na południe wyspy archipelagu Okinawa, gdzie hanami organizuje się już w lutym. Aby ułatwić Japończykom planowanie hanami, Japońska Agencja Meteorologiczna nadaje komunikaty dotyczące okresu kwitnienia sakury w poszczególnych regionach kraju ? do zwykłej prognozy pogody dołączane są informacje z dokładnymi datami, pomiędzy którymi można podziwiać kwitnące drzewa.

DSC00025

Podczas hanami Japończycy organizują pikniki pod drzewami sakury. W miejscach o dużym zagęszczeniu drzew, takich jak parki, piknik może mieć charakter masowy. Ponieważ może być tam głośno i tłoczno, część osób wybiera mniej oblegane drzewa śliwy. Tradycyjnie pije się sake lub inne rodzaje alkoholu, popija zieloną herbatę oraz spożywa dango, czyli ryżowe kulki doprawione słodką czerwoną fasolą, zieloną herbatą lub jajkami. Oczywiście fotografowanie kwiatów również jest popularne, do tego stopnia, że w Internecie znaleźć można instrukcje dotyczące jak najbardziej estetycznego sposobu uchwycenia płatków na zdjęciach. Pikniki organizują rodziny, grupy przyjaciół, a także jednostki uniwersytetów.

DSC00033

Charakter hanami niestety skutkuje produkcją dużej ilości śmieci, a ponadto zdarza się, że uczestnicy zachowujący się zbyt głośno przeszkadzają innym, co w tej chwili wręcz stało się w Japonii problemem społecznym. Nikt jednak nie zamierza rezygnować z tej tradycji. Nic bowiem nie może równać się z przejściem aleją obsadzoną drzewami sakury, gdy lekki wiatr sprawia, że płatki wirują wszędzie niczym łagodny, różowy śnieg.

Patrycja  Świeczkowska

doktorantka z Katedry Orientalistyki UAM

Skąd w języku polskim wziął się fotografik?

Zacznijmy od stwierdzenia, że w pierwszym tomie „Uniwersalnego Słownika Języka Polskiego” (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2003, s. 936 i 937) obok słów fotograf  (człowiek zajmujący się wykonywaniem zdjęć fotograficznych, zwykle zawodowo) i fotografia (sposób wytwarzania trwałych obrazów przedmiotów, za pomocą klisz lub błon światłoczułych, na które działają promienie świetlne odbite od danych przedmiotów) znajdują się także słowa fotografik (fotograf wykonujący fotografie o walorach artystycznych; artysta fotograf) i fotografika (fotografia, fotografowanie pojmowane jako sztuka; fotografia artystyczna). Od razu dodajmy, że autorzy słownika przy słowach fotografik oraz fotografika użyli kwalifikatora: książkowy. We wstępie do pierwszego tomu USJP (s. XL-XLI) czytamy, że „dotyczy on jednostek słownikowych, których rozumienie i stosowanie wymaga przygotowania intelektualnego i kompetencji językowej większej niż te, które stanowią motywację używania słownictwa podstawowego; można zatem przyjąć, że kwalifikator książkowy odnosi się do tego podzbioru słownictwa, które charakteryzuje wypowiedzi osób należących do warstwy inteligencji humanistycznej”. Dla ścisłości dodajmy tylko, że słowa fotografik i fotografika odnotowuje także „Słownik Języka Polskiego” pod redakcją Witolda Doroszewskiego (Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1965, tom II, s. 956). Tutaj jednak autorzy słownika dodają od razu, że fotografika, czyli fotografia pojęta jako sztuka, a więc jako fotografia artystyczna, to termin wprowadzony przez Jana Bułhaka. W „Wielkiej Encyklopedii PWN” (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2002, tom 9, s. 272) Krzysztof Jurecki, autor hasła Fotografia artystyczna (fotografia estetyzująca), pisze między innymi o XIX-wiecznych piktorialistach, którzy zakładali świadome naśladowanie malarstwa przez fotografię. Ruch ten rozwijał się przede wszystkim we Francji. Dalej czytamy, że artystyczne zdjęcie (czyli fotogram) według piktorialistów musiało być wyrazem odczuwania piękna oraz twórczej interpretacji natury. Był to – co podkreśla K. Jurecki – naczelny postulat artystyczny także dla piktorialistów polskich, skupionych wokół J. Bułhaka i Fotoklubu Polskiego[1]. Jak widzimy jednak, autor hasła unika w swojej wypowiedzi słów fotografik i fotografika. Zapewne nie bez powodu.

Idźmy więc dalej. Oto w leksykonie Henryka Latosia „1000 słów o fotografii” (Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1979, s. 97) czytamy: fotografik – przyjęte w Polsce określenie zastrzeżone dla członków Związku Polskich Artystów Fotografików, używane też często na określenie obcych (zagranicznych) artystów-fotografów o liczącym się dorobku artystycznym; wprowadzone przez J. Bułhaka… oraz: fotografika – fotografia o walorach artystycznych, określenie wprowadzone przez J. Bułhaka… Także w „Ilustrowanej encyklopedii dla wszystkich. Podstawy fotografii” z roku 1981 (Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, Warszawa 1981, s. 52) istnieje hasło fotografika. Czytamy w nim, że określenie to odnosi się do fotografii artystycznej, że jest to dziedzina fotografii jako gałęzi sztuk plastycznych. W związku z tym fotografikę charakteryzują środki warsztatowe fotograficzne, a środki wyrazu – właściwe grafice artystycznej. Autorzy zawartości hasła dodają jeszcze, że pojęcia fotografiki, wprowadzonego przez Jana Bułhaka, nadużywa się niesłusznie do określania fotografii ogólnej lub fotografii amatorskiej.

W tej samej książce, której autorami są Mikołaj Iliński oraz Ryszard Kreyser, umieszczono hasło poświęcone wspomnianemu przez Henryka Latosia Związkowi Polskich Artystów Fotografików (patrz: Ilustrowana encyklopedia dla wszystkich… s. 233). Czytamy w nim: ZPAF – organizacja utworzona w 1947 roku, skupiająca polskich twórców w dziedzinie fotografii artystycznej, której celem jest rozwijanie i popularyzacja fotografii artystycznej, pogłębianie wiedzy zawodowej, współdziałanie z władzami oraz instytucjami zawodowymi i społecznymi w kwestiach dotyczących fotografii artystycznej, reprezentowanie i ochrona interesów artystycznych oraz zawodowych członków ZPAF, czuwanie nad przestrzeganiem przez członków zasad etyki w dziedzinie życia Związku i w pracy zawodowej. Na marginesie tylko dodajmy, że dożywotnim prezesem Związku został Jan Bułhak, a jego legitymacja członkowska ZPAF miała numer 1.

Pora już chyba zapytać, kim był Jan Bułhak i dlaczego duch jego anachronicznej fotografiki, tej polskiej wersji europejskiego piktorializmu (w kręgach historyków fotografii nazywanego niekiedy „bułhakowszczyznąˮ) ciągle unosi się nad rzeszami polskich fotografów amatorów (płci obojga) pretendujących z uporem godnym lepszej sprawy do miana – artysta fotografik? Zacznijmy od sprawy pierwszej. Krótki biogram Jana Bułhaka znajdujemy w książce Marii Anny Potockiej „Fotografia” (Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2010, s. 295). Czytamy w nim: Jan Bułhak (1876-1950) – fotografia piktorialna. Architektura i pejzaż. Staranny wybór momentu ujęcia. Poszukiwanie efektów malarskich zarówno w kompozycji, jak i w rozłożeniu światła. Zostawił po sobie sporo bardzo ładnych, ale artystycznie miernych zdjęć. Inspirator ruchu fotografii artystycznej w Polsce. Twórca terminu „fotografika”, oznaczającego fotografię aspirującą do bycia sztuką. Swoją zasadę „pokazywania świata piękniejszym” wykorzystywał w celach patriotycznych, ukazując w fotografiach przesłodzone piękno Polski. Estetyk fotografii, który cenił powierzchowne oddziaływanie sztuki sprowadzające się do odczuwania przyjemności i uczucia dumy, że „to jest moje”. Autor kilku książek i wielu albumów.

Sporo o Janie Bułhaku, wywodzącym się ze środowiska wileńskiego[2], pisze także Lech Lechowicz, między innymi w książce „Fotoeseje. Teksty o fotografii polskiej” (Fundacja Archeologia Fotografii, Warszawa 2010, s. 48-51). Rozdział zatytułowany Wilno i „fotografika”, w dużej części poświęcony właśnie Bułhakowi, pierwotnie ukazał sie w katalogu wystawy „Wileńskie środowisko artystyczne 1919-1945” (BWA Olsztyn, czerwiec 1989). Lech Lechowicz podkreśla fakt, że w pierwszych dekadach XX wieku, a zwłaszcza w okresie międzywojennym, elementem konsolidującym i znacząco oddziałującym na środowisko fotografów wileńskich było powołanie Zakładu Fotografii Artystycznej na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Kierownikiem zakładu został Bułhak i pełnił tę funkcję do 1939 roku. Siłą rzeczy więc fotografika uprawiana przez Bułhaka stała się podstawą rozwoju fotografii artystycznej nie tylko w Wilnie, była również teoretyczną podstawą rozwoju fotografii artystycznej w Polsce. Lech Lechowicz pisze dalej: Dość szybko okazało się, że w rzeczywistości kulturowej, cywilizacyjnej lat 20. i 30. XX wieku ten w znacznym stopniu anachroniczny program coraz trudniej jest obronić nawet we własnym środowisku (…). Na zewnątrz fotografiki rozwijała się sygnalizowana w niej samej nikłymi przebłyskami nowoczesna, nowa fotografia. Wywodziła się ona z odmiennej tradycji sztuki awangardowej XX wieku. Pomimo dostrzegalnej anachroniczności fotografiki w jej pierwotnym kształcie, oznaki nowoczesności w twórczości fotografów wileńskich pojawiały się jedynie jako przebłyski i u żadnego z nich nie skutkowały konsekwentną postawą nowoczesną.

Podsumowaniem wstępnej części rozważań niżej podpisanego niech będą uwagi i refleksje wywiedzione z książki Marcina Krzanickiego „Fotografia i propaganda. Polski fotoreportaż prasowy w dwudziestoleciu międzywojennym” (Universitas, Kraków 2013, s. 27 i 28). Zacytujmy interesujący nas fragment: Pionierem polskiego piktorializmu był związany z Lwowem Józef Świtkowski, późniejszy wykładowca fotografii na tamtejszym uniwersytecie. Jednak ton polskiej fotografii artystycznej przez długi czas (jeszcze w okresie po II wojnie światowej) nadawał Jan Bułhak. Debiutował w roku 1905, a fotografii uczył się w Dreźnie u Hugo Erfurtha. Od 1912 roku prowadził własny zakład fotograficzny w Wilnie. W uznaniu zasług dla propagowania fotografii i wiedzy, zarówno teoretycznej, jak i praktycznej, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości został kierownikiem pracowni fotograficznej oraz wykładowcą fotografii na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Wileńskiego. Przez cały okres pracy twórczej Bułhak propagował stworzoną przez siebie estetykę fotografii, którą oparł na założeniach Fotoklubu Paryskiego[3]. Była ona przeciwstawieniem niemieckiej „Nowej Rzeczowości”, prądu, który skupiał się na roli dokumentacyjnej i autentyzmie fotografii.

Według tych założeń – co podkreśla M. Krzanicki – fotograf miał być idealnym rzemieślnikiem, potrafiącym w najwyższym stopniu korzystać ze swoich narzędzi, czyli aparatu i materiałów światłoczułych. Jego zdjęcia nie miały jednak nieść ze sobą artystycznego piękna, ale pokazywać rzeczywistość w najdoskonalszy z możliwych sposobów. Wyrażało się to w dużej ostrości obrazów, fotografowaniu przedmiotów w zbliżeniach, prostej kompozycji obrazu, która nie odrywała widza od głównego tematu zdjęcia. W Polsce, w której dominowali wówczas zwolennicy estetyki Bułhaka, niemiecki model znalazł naśladowców prawie wyłącznie wśród zawodowych fotografów prasowych. W tej sytuacji nie może dziwić, że Jan Bułhak –  gdy pojawiły się aparaty małoobrazkowe, a wraz z nimi technika fotografowania „z rękiˮ (a nie ze statywu, na którym umieszczano skrzynkowy aparat wielkoformatowy) – nie zaakceptował tego typu innowacji. Uznał wręcz, że taki styl fotografii odziera ją z artystycznych walorów, pozwalając każdemu, bez większego namysłu w zakresie formy i treści, wytwarzać zwyczajne, a nawet banalne obrazki fotograficzne. Ostatecznie więc, aby oddzielić raz na zawsze artystów od całej reszty amatorów fotografujących wszystko co się da i jak się da, swoją i swoich wyznawców twórczość artystyczną nazwał fotografiką, natomiast siebie i swoich estetycznych współbraci nazwał fotografikami. Na koniec dodajmy jeszcze, że oba te neologizmy występują prawdopodobnie tylko w języku polskim, obok normalnej fotografii i normalnego fotografa. Język angielski np. załatwia tę kwestię opisowo: fotograf to po prostu photographer, a nasz rodzimy fotografik to fine art photographer. W „Wielkim słowniku polsko-angielskimˮ (PWN – Oxford, Warszawa 2004, s. 248) istnieje oczywiście także fotografika, w znaczeniu ‚fotografia artystyczna’, którą słownik definiuje jako fine art photography. Podobnie, czyli opisowo, wygląda to w języku niemieckim, gdzie nasz fotograf to der Fotgraf, a nasza fotografia to die Fotografie. Owszem,„Wielki słownik polsko-niemieckiˮ (PWN, Warszawa 2008, s. 154) odnotowuje także anachroniczne neologizmy, ale nasz fotografik to der Kunstfotograf lub der Fotokünstler (czyli po prostu artysta fotograf), a nasza fotografika to die Kunstfotografie lub die Fotokunst, czyli po prostu fotografia artystyczna.

Zupełnie na koniec trzeba wspomnieć, że określenia fotografika oraz fotografik od dawna nie funkcjonują już w środowiskach uczelni artystycznych, w kręgach zawodowych fotografów uprawiających fotografię usługową, fotografię reklamową, fotografię prasową czy inscenizowaną fotografię artystyczną i dokument fotograficzny. Określenie fotografik nadal funkcjonuje niemal wyłącznie w nazwie Związku Polskich Artystów Fotografików, ale już tylko jako bierny byt językowy i trwały człon nazwy własnej. Określenie to jednak ciągle jest bardzo żywotne i niezwykle konsekwentnie stosowane (uzus) w szerokich kręgach fotografujących amatorów (także zrzeszonych w różnego typu „ucyfrowionych” klubach i kółkach fotograficznych), którzy w tej nazwie upatrują szansy dowartościowania, a nawet swego rodzaju nobilitacji fotograficznej. Jednym słowem widzą w niej werbalną „artystyczną” nadzieję dla własnej, zazwyczaj nieporadnej twórczości fotograficznej. Nieporadność ta przejawia się przede wszystkim w bezrefleksyjności, miałkości motywów, powierzchowności oglądu i w braku wyrobienia estetycznego. I to bez względu na rodzaj posiadanego przez nich sprzętu. Nie ma też tutaj większego znaczenia ewentualna rozciągłość postpiktorialnych tematów, jakimi próbują oni docierać do istoty ładności i jądra wyrazistego piękna. Na pewno jednak lubią o sobie myśleć słowami „artysta fotografik” (choć brzmi to nieco tautologicznie), a najlepiej, gdy inni te słowa wypowiadają głośno w ich obecności i pod ich adresem, zwłaszcza podczas wernisaży wystaw fotograficznych, które są zazwyczaj – wbrew wszelkim definiującym zaklęciom i powtarzanym jak mantra słowom magicznym – jeszcze jedną nieudaną próbą „artystycznego” zobrazowania świata.

Krzysztof  Szymoniak


[1] Fotoklub Polski – jedna z pierwszych organizacji fotografików polskich, utworzona w 1929 r. w Poznaniu na zjeździe delegatów głównych ośrodków fotograficznych w Polsce. Początkowo członków F.P. wybierała Kapituła Seniorów składająca się z pięciu dożywotnich członków (J. Bułhak – prezes, M. Dederko, J. Kuczyński, H. Mikolasch, T. Wański, a od 1931 roku także W. Romer). W latach późniejszych wybór członków był uzależniony od zgody zjazdu F.P. Przywilejem członków było oznaczanie prac wystawowych godłem organizacji. Działalność F.P. trwała do wybuchu II wojny światowej [cytuję za: Mikołaj Iliński i Ryszard Kreyser, Ilustrowana encyklopedia dla wszystkich. Podstawy fotografii, Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, Warszawa 1981, s. 52].

[2] Jan Bułhak jeszcze przed wybuchem I wojny światowej zdobył uznanie jako fotograf, a także jako pieczołowity badacz przeszłości i swojskości Wilna, jego zabytków i krajobrazów.

[3] Jego twórcy (E.J.C. Puyo i R. de La Sizeranne) nawoływali do stosowania w fotografii estetyki rodem z malarstwa realistycznego, z mocnym zaznaczeniem czynnika emocjonalnego w wykonywanych pracach fotograficznych. Postulowali zerwanie z ostrością obrazu, która według nich jest niezgodna z naturalnym postrzeganiem świata przez człowieka.

Co ma język do chórzysty, czyli o śpiewaniu w chórze pod kątem lingwistycznym

Nie będzie to pierwszy na niniejszym blogu wpis o muzyce. Nie będzie to również pierwsza tutaj wypowiedź studentki poznańskiej Akademii Muzycznej, medicine których w IJ, rx co ciekawe, purchase jest zadziwiająco wiele. Czy można w takim razie uznać, że zamiłowanie do muzyki idzie w parze z pasją do języków? A może większą rolę odegrała korzystna lokalizacja obydwu uczelni względem siebie oraz elastyczny rozkład zajęć na Etnolingwistyce?

Choć na powyższe pytania trudno dać jednoznaczną odpowiedź, nie ma wątpliwości, że znajomość języków bardzo się przydaje. Dowodzi tego m.in. tata-mysz w znanym dowcipie, który najpierw przegania czyhającego na jego rodzinę kota własnym ?szczekaniem?, a potem uświadamia małe myszki, że należy uczyć się języków obcych. W przypadku ludzi umiejętność posługiwania się nimi nie służy (z reguły) straszeniu innych, jest za to niezmiernie pomocna w czasie podróży, pozwala komunikować się za granicami ojczystego kraju oraz zwiększa nasze szanse na rynku pracy. Warto wspomnieć, że znajomość języków okazuje się nieoceniona również w przypadku… śpiewania w chórze.

Ponieważ wiele zespołów dba o różnorodny repertuar, chóry często wykonują utwory napisane w rozmaitych językach. Umiejętność poprawnej wymowy słów przez chórzystów znacznie przyczynia się do zrozumienia tekstu przez publiczność. Podczas występów w innym kraju niż własny utwory śpiewane w używanym tam języku zazwyczaj spotykają się z przychylnością, a nawet z podziwem ze strony słuchaczy, zwłaszcza jeśli język ten nie należy do najprostszych (choć bywa z tym różnie, czego dowodzi reakcja uczniów pewnego liceum w Amsterdamie na dźwięk ?O Denneboom?, holenderskiej wersji niemieckiej kolędy ?O Tannenbaum?, którzy przez cały czas trwania utworu zanosili się śmiechem).

Śpiewanie w nieznanych językach to bardzo ciekawe doświadczenie. Pozwala ono zauważyć i docenić piękno obcych słów, które nawet pozbawione warstwy semantycznej posiadają intrygujące brzmienie. Tekst utworów, często wielokrotnie powtarzany w przebiegu utworu, przypomina magiczne zaklęcie. Jako przykłady mogą tu posłużyć: pewna litewska pieśń, której melodia, podobnie jak słowa, nawiązuje do muzyki ludowej:

Sodauto, sodi bitel?

S?ju v?ju, čiutel?, sodi bitel? 

oraz czerpiący z węgierskiego folkloru utwór Zoltána Kodály?a:

Túrót ëszik a cigány, duba,

Veszekëdik azután, lëba,

Még azt mondja, pofon vág, duba,

Vágja biz a nagyapját, lëba! […]

Po zapoznaniu się z treścią utworu napisanego w obcym języku można skupić się na wydobyciu walorów słów, pracować nad ich poprawną wymową. Równocześnie trzeba pamiętać o tym, że tekst słowny nie jest w tym przypadku autonomiczny, ale tworzy jednorodną całość z warstwą muzyczną. Sposób wypowiedzenia wyrazu oraz odpowiednie artykułowanie głosek wpływają na poprawną intonację głosu, a wraz z melodią pomagają wydobyć z niego różne odcienie i wykreować nową jakość.

Poza kwestiami czysto artystycznymi, znajomość języków przydaje się również z powodów pragmatycznych, np. podczas organizacji koncertów zagranicznych chórów oraz wyjazdów zespołu na rozmaite konkursy czy festiwale. Często podczas tras koncertowych, w celu zmniejszenia kosztów podróży, nocleg odbywa się u rodzin goszczących, tak więc możliwość rozmowy z nimi pozwala dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy o kulturze i historii kraju, do którego przyjechaliśmy, a także zawrzeć przyjaźnie, która przetrwają dłużej niż jedynie kilka dni naszego pobytu u danej rodziny.

Zdarza się również, że z chórem współpracują zagraniczni dyrygenci, wokaliści lub instrumentaliści (nie spotkałam się jeszcze nigdy z sytuacją, by którykolwiek z nich specjalnie z tego powodu nauczył się polskiego, co zresztą wcale mnie nie dziwi), dlatego znajomość języków obcych znacznie usprawnia komunikację między muzykami i pozwala skupić się na interpretacji wspólnie przygotowywanych utworów. Podczas warsztatów Polskiego Narodowego Chóru Młodzieżowego pracowaliśmy z brytyjskimi artystami, którzy byli pozytywnie zaskoczeni tym, że chórzyści nie mieli żadnych problemów ze zrozumieniem ich wypowiedzi, a nawet sami dawali riposty lub opowiadali po angielsku kawały.

Śpiewanie w chórze posiada także walor edukacyjny. Wielokrotne powtarzanie utworu, wynikające z konieczności wyćwiczenia i utrwalenia melodii oraz tekstu, pozwala na pamięciowe przyswojenie słów, co może okazać się pomocne w późniejszej nauce języków. Przykładowo dobra znajomość tekstów sakralnych: Stabat Mater czy Requiem Aeternam, poddawanych muzycznemu opracowaniu przez kompozytorów rozmaitych epok, bardzo przydała mi się podczas zajęć z łaciny.

Joseph Haydn mawiał, że język muzyki rozumie cały świat. Nie uwzględnił jednak faktu, że posługując się tylko nim trudno byłoby np. uzgodnić organizacyjne sprawy dotyczące wyjazdu zespołu w trasę koncertową lub na festiwal. W obecnych czasach znajomość języków obcych jest nieodzowna, a działalność muzyczna inspiruje do ich nauki. Właściwie dzięki śpiewaniu w chórze na pierwszym roku studiów zdecydowałam się wybrać francuski jako drugi język specjalizacyjny ? chciałam pokonać trudności, jakie dotychczas sprawiała mi w śpiewie francuska wymowa. Może za kilka lat jakiś utwór chóralny zmotywuje mnie do nauki kolejnego języka? A może niniejszy wpis zachęci kogoś do spróbowania swoich sił w chórze? W końcu języki obce znacie, a to już połowa sukcesu.

Weronika Jarzyńska

Etnolingwistyka, IV rok

Przyczynek do rozważań o komunikacji w Internecie.

Bez większego ryzyka można przyjąć do wiadomości fakt, stomach że w świecie zjawisk komunikowania masowego, malady po upowszechnieniu się taniej prasy, erectile po zaniku wszelkich niemal barier finansowych i technologicznych w dostępie do radia, telewizji oraz komputerów osobistych, odwrotnością socjalizacji (socjacji) stała się atomizacja. Przejawia się ona w ten sposób, że najpierw każda rodzina posiadająca owe dobra medialne zamknęła się w czterech ścianach swojego mieszkania, a potem (co nie jest rzadkością) każdy niemal członek tej rodziny ? jeżeli czyta własną/ulubioną gazetę, słucha ulubionej stacji radiowej, spędza czas przed własnym telewizorem, albo podróżuje po świecie z własnym/osobistym komputerem, telefonem, smartfonem lub/i tabletem ? zaczyna izolować się fizycznie od reszty społeczności. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka.

Nie zmienia to jednak faktu, co ważne, że wraz z postępującą w rodzinach, grupach rówieśniczych i grupach zawodowych świadomie wybieraną ?osobnością informacyjną? zaczęły zwiększać się potrzeby komunikacyjne wewnątrz tego medialnie zatomizowanego społeczeństwa. Gdyby do tych zjawisk zastosować heglowską triadę dialektyczną, to socjalizacja byłaby tezą, atomizacja antytezą, a wzmożona chęć nieustannego komunikowania czegoś komuś i komunikowania się jednostek między sobą w nasyconym mediami społeczeństwie XXI wieku byłaby syntezą. Ową syntezę, w wymiarze materialnym i praktycznym, stanowi oczywiście globalna Sieć zwana Internetem. Natomiast sprzężona z Internetem za pomocą łączy bezprzewodowych sieć telefonii komórkowej dodatkowo sprawia, że człowiek (homo communicans), który ma takie potrzeby oraz posiada odpowiednie umiejętności w zakresie obsługi sprzętu elektronicznego, staje się nieustającym, żeby nie powiedzieć obsesyjnym nadawcą i odbiorcą różnego typu komunikatów.

Za sprawą Internetu raz na zawsze zostały rozsadzone ramy tradycyjnych sposobów komunikowania się ludzi między sobą i dla jakichś określonych celów. Dzisiaj na przykład owo komunikowanie się z innymi użytkownikami Sieci bywa także formą ?zabijania czasu?, rodzajem rozrywki lub jedynym możliwym sposobem na ?uprawianie? zawodu, jakiejś profesji (np. tzw. dziennikarstwa obywatelskiego lub społecznościowego), której w świecie analogowym z różnych powodów uprawiać nie jesteśmy w stanie. Warto więc pamiętać, że jedną z ?najistotniejszych cech komunikowania we współczesnym świecie jest to, że ma ona zasięg ogólnoświatowy. Stosunkowo łatwo wysyła się komunikaty na duże dystanse, w związku z czym ludzie mają dostęp do informacji z odległych źródeł. Ponadto dzięki wzajemnemu uniezależnieniu czasu i przestrzeni, co umożliwiły media elektroniczne, dostęp do informacji z odległych źródeł jest stały i natychmiastowy. Kwestia dystansu została całkowicie zepchnięta na drugi plan dzięki wszechobecnym sieciom komunikowania elektronicznego. Ludzie mogą wchodzić we wzajemne interakcje lub działać w ramach pośrednich quasi-interakcji, mimo iż faktycznie znajdują się w kontekstach swojego codziennego życia w różnych częściach świata?[1].

W tym miejscu moich rozważań cisną się pod pióro trzy interesujące mnie zagadnienia, które spróbuję sformułować pod postacią pytań, być może nawet retorycznych: 1) Dlaczego ?wszyscy? chcą się komunikować?; 2) Dlaczego ?wszyscy? chcą o czymś informować?; 3) Co wynika z tego ?nadmiaru? informacji oraz stale wzrastającej liczby kanałów i narzędzi komunikacyjnych? W krótkim tekście nie jestem w stanie spraw tych skutecznie zbadać, rozwikłać ani skwitować pouczającą refleksją. Zamierzam jednak zwrócić uwagę na te trzy kwestie, gdyż ? jak sądzę ? w kontekście możliwości komunikacyjnych Internetu zyskują one nową wartość badawczą. Oczywiście znany jest mi fakt, że ludzie zawsze chcieli się komunikować na miarę swoich aktualnych możliwości cywilizacyjnych, zawsze chcieli o czymś informować innych ludzi i zawsze poszukiwali nowych kanałów komunikacyjnych (więc nie jestem w tej materii zbyt oryginalny, wszak ?komunikowanie pozostaje jedną z cech dystynktywnych człowieka, niezależnie od różnic w celach, formach i skutkach komunikowania?[2]), ale śmiem twierdzić, że obecny poziom aktywności komunikacyjnej przeciętnego człowieka, który ma dostęp do telefonu komórkowego oraz Internetu, przekracza wszystkie wcześniejsze, znane nam z własnego doświadczenia i literatury przedmiotu przejawy tejże aktywności. Z jednej strony taniość i łatwość techniczna w obrębie aktów komunikacyjnych, a z drugiej niezawodność sprzętu elektronicznego sprawiają, że powszechność tychże aktów (którą ograniczać może tylko chwilowy brak energii elektrycznej), powszechność często pozbawiona głębszego uzasadnienia, a nawet, niekiedy, zdroworozsądkowych przesłanek, może zadziwiać, a na pewno zastanawiać. Jeżeli zatem nie racjonalna potrzeba i nie egzystencjalny przymus, to co napędza miliony użytkowników Internetu oraz sprzężonej z nim telefonii komórkowej w tej technologicznie doskonałej ?orgii? nieustającego komunikowania i komunikowania się? Czyżby jakiś rodzaj uzależnienia, przejawiającego się stałą gotowością do bycia osiągalnym (oczekiwanie na kontakt), stałym poziomem aktywności nadawczej (zwracam na siebie uwagę) lub stałą potrzebą komunikacyjnego włączania się w coś, zabierania głosu w jakiejś sprawie, na przykład w oczekiwaniu na sukces medialny?

Owa łatwość i powszechność komunikacyjna ? mogąca w sprzyjających warunkach przerodzić się w rodzaj uzależnienia medialnego (które staje się w ostateczności uciążliwą dla otoczenia przypadłością osób ?uzależnionych?) ? nie byłaby zapewne możliwa bez określonych umiejętności (sprawności) intelektualnych oraz sprawności manualnych (także umiejętność obsługi odpowiedniego sprzętu). W efekcie może się zdarzyć, że z jednej strony nadmiar informacji (np. na skutek świadomej manipulacji) prowadzi do dezinformacji, a z drugiej ? lawinowo przyrastająca liczba aktów komunikacyjnych (zwłaszcza nie uzasadnionych realną potrzebą) staje się zaprzeczeniem normalnych relacji interpersonalnych oraz zdroworozsądkowych relacji między, na przykład, politykami a społeczeństwem. A wszystko to może zastanawiać, zwłaszcza w obliczu konstatacji, że: ?Nikła jest zdolność odbiorców do obrony przed manipulacjami. Szczególny niepokój powinno budzić to, że nikła też jest ku temu gotowość ze strony odbiorców. Odnosi się bowiem wrażenie, jakby chcieli oni żyć w swoistej ułudzie czy fikcji, nie potrzebując, nie pragnąc bardziej adekwatnej prawdy o świecie, jakby chcieli mieć poczucie istnienia w pewnym ładzie społecznym i poznawczym niezależnie od tego, czy jest on złudny czy prawdziwy?[3].

Pora już na powrót do interesujących mnie zagadnień, sformułowanych dwa akapity wcześniej w postaci trzech pytań. Wyczerpujące, acz różnorodne, odpowiedzi na te pytania, jeżeli zostaną wpisane kiedyś w szersze konteksty problemowe (dzięki czemu będzie można pominąć banalne oczywistości), znajdą się ? mam taką nadzieję ? w tekstach wielu innych autorów. Lub już się tam znalazły.

W tekście zamieszczonym w sierpniu 2009 (czyli dawno temu) roku na łamach ?Gazety Wyborczej?[4] Castells podaje pewne dane, a mianowicie, że obecnie (czyli wtedy) użytkowników Internetu na świecie jest 1,5 miliarda, że nagle każdy pisze swoją gazetę-blog, a jest ich dzisiaj 150 milionów, że obecnie w zaawansowanych technologicznie ? albo gadatliwych ? krajach telefonów komórkowych jest więcej niż ludzi. Przykładowo w Argentynie to 125 procent w stosunku do liczby ludności, gdy w USA tylko poniżej 90 procent. Z ważnych dla naszych rozważań przemyśleń i spostrzeżeń Castellsa już na koniec warto przytoczyć ten fragment, w którym autor Społeczeństwa sieci wprowadza pojęcie samokomunikacji masowej:

Różnica między Internetem a tradycyjnymi mediami polega na tym, że to sami użytkownicy Internetu produkują treści i wysyłają je w sieć. Jednocześnie sami sobie ściągają i zbierają inne treści. Dlatego też mówimy o samokomunikacji masowej. Tradycyjny przekaz odbywa się z jednego ośrodka do wielu; tutaj ? od jednego do wielu, od wielu do jednego i od wielu do wielu. Mamy globalną dystrybucję komunikatu, globalną interakcję, a także nieograniczoną różnorodność. Wszystko to zmienia w sposób fundamentalny relacje pomiędzy komunikacją a władzą, a także sposób postrzegania własnego ja w społeczeństwie. (?) Wszystkie badania wskazują, że im więcej ktoś używa Internetu, tym bardziej jest uspołeczniony. Pogląd mówiący, że internauci są wyizolowani, się nie sprawdza[5].

A więc jednak nie mam racji. Niemniej pojęcie ?samokomunikacji masowej? nieznacznie tylko przybliża mnie ? wciąż tylko intuicyjnie ? do zrozumienia istoty problemu, który ukrywa się w trzech pytaniach: Dlaczego ?wszyscy? chcą się komunikować?; Dlaczego ?wszyscy? chcą o czymś informować?; Co wynika z tego ?nadmiaru? informacji oraz stale wzrastającej liczby kanałów i narzędzi komunikacyjnych? Prawdopodobnie w całej tej sprawie chodzi o to, że ?nikt? nie chce stawać się rozbitkiem na samotnej wyspie swojego losu, że ?nikt? nie chce pozostawać poza mainstream, poza światową wspólnotą tych, którzy stają się przydatni, ponieważ dostarczają światu informacji (ważnych lub jakichkolwiek). A więc, być może, pojawia się nieprzydatność jako rodzaj kompleksu cywilizacyjnego, jako odmiana lęku egzystencjalnego? A co z tego wynika lub może wynikać? Poza bezdyskusyjnie ogromnymi zyskami, które zgarniają producenci sprzętu oraz dostawcy i operatorzy technologii internetowej, wynika z tego stara jak świat przypadłość: wszyscy mówią, ale nikt nie słucha, wszyscy produkują komunikaty, ale nikt nie staje się przez to lepiej poinformowany, wszyscy próbują w nieustającej euforii komunikacyjnej manifestować swoje istnienie, ale chyba niewiele to zmienia w ich prywatnym dziele poszukiwania sensu własnego istnienia. Jedynym realnym, choć niematerialnym, zwycięzcą tej nieustannie prowadzonej gry w komunikowanie pozostaje stale wzrastający szum informacyjny. Być może ta uogólniająca teza jest mało uprawniona z naukowego punktu widzenia, ale jej niepokojąca przystawalność do realiów naszego ?tu i teraz?, jej dramatyczna aktualność z czasem przekroczy w oglądzie badawczym poziom niezobowiązującej refleksji filozoficznej niżej podpisanego.

Krzysztof  Szymoniak


[1] John B. Thompson: Media i nowoczesność. Społeczna teoria mediów,  Wrocław 2006, s 153.

[2] Marian Golka: Bariery w komunikowaniu i społeczeństwo (dez)informacyjne,  Warszawa 2008,  wstęp, s. IX.

[3] Ibidem, s. 119.

[4] Jest to zapis wykładu w Klubie GOŚCIE GAZETY, pt. ?Media i władza?.

[5] Manuel Castells: Obywatel rodzi się w sieci, [w:] ?Gazeta Wyborcza?,  8-9 sierpnia 2009,  s. 20.

TŁUMACZYĆ ŚPIEWAJĄCO

Aby tłumaczyć piosenki, nie musisz znać nut – wystarczy trochę słuchu i zwrotka wzorcowa, pokazująca liczbę sylab i rozłożenie akcentów muzycznych (kabareciarze nazywają ją czasem ‚rybką’).

Byłem jednak dość sceptyczny, kiedy mój libertariański przyjaciel (a przy tym absolwent naszego IJ) Jakub Wozinski poprosił o przetłumaczenie pieśni napisanej przez Murreya Rothbarda.  Jakub, znawca, tłumacz i komentator pism Rothbarda i postulowanej przezeń radykalnej odmiany libertarianizmu, zwanej anarchokapitalizmem, tłumaczył wtedy biografię uczonego. Znalazła się w niej napisana przez Rothbarda pieśń – coś w rodzaju hymnu libertarian. Swoją drogą, ilu profesorów ekonomii czy filozofii byłoby w stanie napisać hymn dla swojej dyscypliny – a czy wyobrażasz sobie, miły czytelniku, hymn etnolingwistów?  albo syntaktyków generatywnych?   a fonetyków?

Hymn napisany był dla Koła Bastiatowskiego (the Circle Bastiat), nieformalnej grupy przyjaciół i uczniów Rothbarda, z czasów, gdy w latach 50-tych spotykali się w jego mieszkaniu na Manhattanie, prowadzili uczone dyskusje,  chodzili wspólnie do kina, śpiewali i komponowali piosenki; byli grupą przyjaciół mocno związanych wolnościowymi przekonaniami. Uprzedzę, że poetyka hymnu nie zgadza się z dość beztroską atmosferą Koła – napisany jest w stylu podniosłym i nieco pompatycznym, stosownym raczej dla epok wcześniejszych, kiedy anarchiści traktowali siebie i świat ze śmiertelną powagą – rzucali bomby na królów i strzelali do prezydentów.

Ale pamiętajmy, że w latach 50-tych nie było jeszcze rocka ani pop-music, nie było zaangażowanych protest-songów, nie było sfery pośredniej między, powiedzmy, „Besame mucho” a „Wyklęty powstań ludu ziemi” (skądinąd bardzo ładna pieśń). Mając do wyboru podniosłość i szlagier, Rothbard poszedł w stronę podniosłości i napisał tekst do melodii znanej patriotycznej pieśni „America the Beautiful”.

Tekst  jest radykalnie antypaństwowy – w znaczeniu libertariańskim, czyli przeciw instytucji państwa jako takiej, a nie przeciw konkretnemu rządowi. Radziłem Jakubowi, żeby zadowolił się zamieszczeniem angielskiego tekstu pieśni wraz z tłumaczeniem filologicznym. W końcu jednak namówił mnie na próbę przetłumaczenia tak, żeby dało się śpiewać po polsku. I udało się! Libertarianie i anarchiści –ustawiamy się w chórek i ćwiczymy.

Dla tych, którzy nie znają pierwowzoru, link do youtuba i pierwsza zwrotka:

https://www.youtube.com/watch?v=zEDv5xG3rxE

Z bardzo licznych wykonań na youtubie dla mnie najlepsze jest wykonanie klasyka i geniusza country, Willie Nelsona. Ale to z linku jest łatwiejsze jako ‚rybka’.

O beautiful, for spacious skies,

For amber waves of grain,

For purple mountain majesties

Above the fruited plain!

America! America! God shed His grace on thee,

And crown thy good with brotherhood, from sea to shining sea.

 

To teraz hymn, który Murrey Rothbard napisał dla libertarian:

 

*************

1. It’s ours to right the great wrong done,

ten thousand years ago.

The State, conceived in blood and hate,

remains our only foe.

O, Circle Brothers, Circle brothers,victory is nigh.

Come meet your fate, destroy the State, and raise the banner high.

 

2. Look up there, Circle brothers, see

the black banners unfurled,

How they wave in expectation

of a new and better world.

The lines are drawn, the ranks are firm, the challenge has been hurled.

Vict’ry, vict’ry lies before us (repeat twice). The Circle marches on.

 

3. One by one the States are dying,

see the age-old monsters fall,

as the world resounds in answer

to the Circle’s trumpet call.

We’ll not rest until all States are gone and men are freemen all.

Onward, onward Circle brothers (repeat twice), for that day lies at hand.

********

A teraz moje tłumaczenie (powiedzmy, że miejscami parafraza). Śpiewa się nawet łatwiej niż tekst Rothbarda, a bez fałszywej skromności powiem, że wersyfikacyjnie jest bardziej kunsztowny – zauważ czytelniku wewnętrzne rymy lub asonanse w wersach refrenowych.

*******

1. Dziś przyszło nam naprawić zło,

co trwa tysiące lat.

Bo Państwo krwią  i złością swą

zatruwa cały świat.

Więc naprzód, bracia, śpieszmy się; zwycięstwa słychać pieśń.

Obalić Państwo to nasz cel, wolności sztandar wznieść.

 

2. Spójrz, bracie, na sztandarów las

– ich w słońcu lśniącą czerń.

Do walki poprowadzą nas

o świata losów ster.

Bez lęku prawdę głośmy dziś, rozproszmy kłamstwa mrok.

Gdy po zwycięstwo mamy iść, nasz zastęp równa krok.

 

3. Już państw się zbliża nędzny kres,

tyranii pogrzeb trwa.

Dla wszystkich wolność bliżej jest,

nadziei trąbka gra.

My nie ustańmy w walce swej, aż wolni siostra, brat;

a państwa w proch rozsypią się, i lepszy będzie świat.

*************

Sądząc po tym jak bardzo państwo rozrosło się w ostatnim półwieczu we wszystkich krajach cywilizacji zachodniej, wizja przyszłości przedstawiona przez Rothbarda może się wydać nadmiernie optymistyczna. Ale, z drugiej strony, czyż nie jest rolą hymnu krzepić i zachęcać do wytrwałości? Może więc kiedyś doczekamy się świata bez tyranii państwa i jego wszechobecnych funkcjonariuszy?

 

Dr Henryk Krzyżanowski

Nie samym językiem człowiek żyje…

Można powiedzieć, look że jest to dość przewrotny temat dzisiejszego wpisu, bo studia w naszym Instytucie (jak już sama nazwa wskazuje, tu: Instytut Językoznawstwa) polegają przede wszystkim na nauce języka. Dlatego studenci głównie na tym zajęciu skupiają swoją uwagę. Ja chciałabym jednak skupić się dziś na muzyce.

Przed nami gorący okres sesji egzaminacyjnej, ale i karnawału. Łatwo jest mówić i przekonywać, że należy umiejętnie łączyć naukę z rozrywką. Przeciętny człowiek, mimo że potrafi tę sytuację zracjonalizować i tym samym pozostawać w zgodzie ze swoimi postanowieniami, niekiedy jednak ulega pokusom lub poddaje się poczuciu obowiązku i tym samym popada raz po raz w nadmiarowość ? naginając się zbytnio to w jedną, to w drugą stronę. A skoro o karnawale mowa, to tu i teraz chciałabym zająć się bardziej rozrywką niż nauką. Jak powszechnie wiadomo rozrywkę mogą nam zapewnić nie tylko wszelkiego rodzaju kluby, bary, puby, itp. Dlatego proponuję, abyśmy z początkiem nowego roku zadbali mimo wszystko o wysokich lotów ucztę dla ducha. A taką może zapewnić nam wyjście do teatru czy filharmonii. Nie bójmy się kultury wysokiej, ona jest dla każdego. Czasami może być ciężkostrawna, ale innym razem może okazać się nieprzewidywalnie lekka. Wpierw spróbujmy sprawdzić to na sobie, a dopiero potem ewentualnie zacznijmy wydawać na ten temat poważne opinie.

Nie ulega wątpliwości, że umiejętność odpowiedniego zbalansowania obowiązków z przyjemnościami jest rzeczą trudną. Sami wiemy, że kiedy kończy się kolejny rok kalendarzowy, przychodzi czas na refleksje i podsumowania, a wchodząc w nowy rok, niemal każdy z nas sporządza swoją listę postanowień i zadań, których chce się dzielnie trzymać. No właśnie ? CHCE. Tyle tylko, że to nie zawsze wychodzi, czyli… bardzo rzadko udaje się wcielić w życie. W słusznym niewątpliwie dziele realizacji noworocznych postanowień najważniejsza jest, jak sądzę, rzetelność i wytrwałość w dążeniu do osiągania swoich celów. I tego właśnie Wam i sobie życzę, Drodzy Czytelnicy!

A podtrzymując wątek, że nie samym językiem student żyje, chciałabym podzielić się z Czytelnikami garścią przemyśleń na temat własnej pasji, którą obok języków obcych jest muzyka. Od pierwszych lat swojej edukacji równolegle uczęszczałam do dwóch szkół ? jedną była regularna szkoła podstawowa, gimnazjum i liceum, po studia włącznie, a drugą szkoła muzyczna I i II stopnia, także aż po studia. Dziś jestem już absolwentką Etnolingwistyki naszego Uniwersytetu, ale i studentką ostatniego już roku studiów magisterskich Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu.

Muzyka towarzyszy mi od dawna, a wykonuję ją jako instrumentalista od piętnastu już lat.  Realizuję się na scenach teatralnych i akademickich, uczestnicząc w wielu różnorodnych projektach orkiestrowych, kameralnych i solowych. Moim ulubionym rodzajem muzyki jest muzyka filmowa. Na marginesie tylko w tym miejscu pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest to osobny gatunek muzyczny.

Wspólnie z akademicką orkiestrą CoOperate ? w skład której wchodzą studenci Akademii Muzycznej w Poznaniu ? wykonuję między innymi muzykę filmową. Można jej posłuchać (tej muzyki i tej orkiestry) w murach akademickiej Auli Nova, kilkaset metrów od Collegium Novum. Ja w tej orkiestrze zajmuję miejsce pierwszej klarnecistki.

Studenci, którzy bezinteresownie, a to znaczy, że z wielkim zaangażowaniem i poświęceniem własnego czasu, wykonują muzykę filmową, sami pozyskują nuty, partytury całych suit, aby później ręcznie bądź w odpowiednim programie komputerowym przepisać partię dla każdego głosu, czyli dla każdego instrumentu. Zapewniam, że jest to bardzo żmudna praca. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że studenci bez nakazu ze strony profesora, czy innego organu sprawującego władzę akademicką, potrafią zebrać się w grupę około 60, a niekiedy nawet i 150 osób (jeśli grane są utwory z partiami chóralnymi), a potem chcą i potrafią wykonać trudną dla wykonawców, ale niezwykle przyjemną dla odbiorcy muzykę. To daje ogromną satysfakcję wszystkim zainteresowanym, czyli i młodym muzykom, i publiczności.

A skoro o tym mowa, to muszę od razu rozczarować naszych wiernych słuchaczy (jeżeli wśród czytelników są takowi), ponieważ w okresie rozpoczętego właśnie karnawału nie będzie żadnego koncertu muzyki filmowej w wykonaniu orkiestry CoOperate. Najbliższy taki koncert planowany jest dopiero na kwiecień tego roku.

Kiedyś uwielbiałam operę i często chodziłam na takie przedstawiania. Koncerty w filharmonii i wielkie dzieła symfoniczne to również uczta dla mojego ucha. Artyści piosenkarze lub piosenkarki ze swoją twórczością symfonicznie (np. Sting), to również propozycja, która może dać więcej satysfakcji niż to, co proponują popowe brzmienia Rihanny lub Beyoncé, słuchane na co dzień. Dlatego też, Drodzy Czytelnicy, namawiam Was, abyście spróbowali odnaleźć swój ulubiony gatunek muzyki w segmencie kultury wysokiej. I zapewniam, że przysporzy to Wam wiele radości w odkrywaniu nowych wrażeń.

Spójrzmy zatem na repertuary Teatru Polskiego, Teatru Wielkiego, Filharmonii, Operetki, czy nawet na plakaty umieszczane w Akademii Muzycznej. Zainteresujmy się czymkolwiek z tego obszaru muzyki, włóżmy trochę wysiłku we własny rozwój, a na pewno tego trudu nie pożałujemy! Na końcu tej drogi jest bowiem przyjemność. I to nie byle jaka!

Paula Trzaskawka

Doktorantka w IJ UAM

O Świętym Mikołaju, co na imię miał Vasili, czyli święta po grecku

Jednym z najważniejszych świąt chrześcijańskich jest Boże Narodzenie. Jest to święto uwielbiane tak przez dzieci jak i dorosłych, dosage kojarzące się przede wszystkim ze świąteczną choinką udekorowaną bombkami i lampkami, a także starszym, siwym, ubranym na czerwono świętym Mikołajem jeżdżącym na saniach. W zaprzęgu ma dwanaście reniferów. Czy można wyobrazić sobie te Święta inaczej? Otóż można! Pomimo wszechogarniającej globalizacji, której przejawem jest powolna okcydentalizacja (obecna zwana jest również westernizacją) nie tylko Europy, ale także Świata, nadal możliwe jest odnalezienie regionów, a nawet niekiedy i całych państw, które oparły się tej tendencji zachowując i kultywując stare, charakterystyczne dla nich tradycje i zwyczaje.

Przykładów nie trzeba szukać daleko, ponieważ są to kraje członkowskie Unii Europejskiej: Republika Grecji oraz Republika Cypru. Na terenach tych państw przełom grudnia i stycznia stanowi najdłuższy okres świąteczny w roku nazywany Dodekaimero, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Dwunastodniówka lub Dwanaście Dni Świątecznych. Jak sama nazwa wskazuje ? trwa on dwanaście dni, łącząc dwa kościelne święta: Christujena (Boże narodzenie) 25 grudnia i Theofania (Objawienie Pańskie) 6 stycznia.

Jak na całym świe1cie, także i w Grecji Boże Narodzenie poprzedza przedświąteczna gorączka, kiedy to nie tylko domy, ale i całe miejscowości przechodzą diametralną metamorfozę. Typowe dla architektury śródziemnomorskiej wąskie i kręte uliczki, a także miejskie place i ryneczki zapominają na chwilę o szarej codzienności ? rozświetlają się wielokolorowymi migocącymi światełkami. Duże przywiązanie tego narodu do morza ?  pełniącego istotną rolę nie tylko w greckiej kulturze, ale także i świadomości ? sprawia, że na placach, budynkach, także na przystaniach, nad świąteczną choinką dominują wizerunki kolorowych świecących łódeczek. Chociaż w domach powoli zaczynają pojawiać się udekorowane choinki, to jednak pozostaje nadal żywa, starsza tradycja trzymania w domu płytkiej misy z gałązką bazylii owiniętą wokół krzyża, który w okresie Dodekaimero służy jako kropielnica. Codziennie macza się go w wodzie święconej, którą pokrapiany jest dom. Wierzy się, że czynność ta utrzymuje z dala od domu złe duchy nazywane Kalikandzari. W wigilijny wieczór na ulice wychodzą grupki młodzieńców, którzy przy wtórze bębenków, trójkątów oraz fletów śpiewają bożonarodzeniowe kolędy. W zamian, za ładne wykonanie, kolędnikom przysługuje nagroda w postaci cukierków, ciastek bądź pieniędzy.

Czymże jednak byłyby Święta Bożego Narodzenia bez uroczystej wieczerzy? Chociaż Grekom obca jest tradycja podawania dwunastu potraw, nieprawdą byłoby stwierdzenie,2 że jest ona mniej obfita. Na świątecznym stole zazwyczaj dominuje jagnięcina (nawiązując do tradycji pasterskich), wieprzowina bądź indyk w towarzystwie szpinaku, nabiałów, a także różnorodnych sałatek i warzyw. Ponadto na stole nie może zabraknąć christopsomo, czyli świątecznego chleba. Nie znajdziecie tam jednak wigilijnego barszczu. Tradycyjną świąteczną zupą jest gotowana na jagnięcych jelitach Majirica. Pod koniec kolacji, w ramach deseru, dzieci (i nie tylko one) objadać mogą się dowoli wypiekami, takimi jak baklava, kataifi, melomakarona czy kurubiedes.

Niestety, jednak nie wszystko złoto co się świeci, Boże Narodzenie bowiem, oprócz chwil błogich i szczęśliwych, skrywa również małą mroczną tajemnicę. Tego dnia z piekielnych czeluści wydostają się na wolność kalikandzari ? złe duchy przypominające z wyglądu gnomy. Są to istoty małe i psotliwe, a największą przyjemność sprawia im uprzykrzanie życia ludziom. To właśnie z ich powodu należy zachować szczególną ostrożność i pieczołowicie zabezpieczać dom, pokrapiając go codziennie wodą święconą. Podtrzymuje się także ogień w piecu, dzięki czemu złe duchy nie mogą wśliznąć się do środka przez komin.

3

4A co ze Świętym Mikołajem? Może się wydawać, że wbrew wszelkim zapewnieniom, iż objeżdża on w nocy z 24 na 25 grudnia cały Świat, wręczając prezenty wszystkim dzieciom, to Grecja została jednak przez niego zapomniana. Nie jest to prawda. Zjawia się on także i tam, tyle tylko, że dopiero 1 stycznia i to pod pseudonimem  Ai-Vasilis, czyli św. Bazyl. Spowodowane jest to faktem, że w Grecji pierwszy dzień nowego roku (tzw. Protochrinia) jest dniem uroczystym i świątecznym, niemniej magicznym niż 24 i 25 grudnia. Tego bowiem dnia niemalże każda codzienna czynność nabiera znaczenia symbolicznego, a jej nieprawidłowe wykonanie może całej rodzinie przynieść pecha w nowym roku. Dlatego też zawsze należy się upewnić, że wstaje się właściwą nogą z łóżka, a pierwszym gościem przekraczającym próg domu jest mężczyzna. Ponadto, w celu zapewnienia w nowym roku szczęścia rodzinie, należy rzucić owocem granatu w próg domostwa. Jednak także i tutaj należy zachować ostrożność, ponieważ źle rzucony owoc nie rozbije się i… tym samym przynosząc skutek przeciwny do zamierzonego. Gdy już zapewnimy sobie i rodzinie szczęście, zaczynamy sprawdzać, komu w rodzinie przypadło go najwięcej. W tym celu zaczynają się gry i zabawy, wśród których dominują gry karciane.

Także ten dzień obfituje w potrawy na świątecznym stole. Mają one zapewnić dostatek w nowym roku. N5ajważniejszą z nich jest Vasilopita  (ciasto św. Bazylego), która pojawia się na stołach w Grecji nieprzerwanie od czasów Bizancjum. I może nie byłoby nic niezwykłego w tym prostym cieście przypominającym nieco polską babkę, gdyby nie ukryta w jej wnętrzu moneta. Zgodnie z tradycją ową monetę znajdzie w swoim kawałku ten, komu w nowym roku będzie dopisywało największe szczęście.

Cały dwunastodniowy okres świąteczny zamyka obchodzone 6 stycznia święto Objawienia Bożego, przypominające ważny dla chrześciOLYMPUS DIGITAL CAMERAjan dzień chrztu Jezusa. Główna uroczystość tego dnia odbywa się w pobliżu zbiornika wodnego (nad jeziorem, rzeką, stawem lub morzem), gdzie odprawiane jest nabożeństwo poświęcenia wód zwieńczone ceremonialnym wrzuceniem krzyża do wody. Wówczas, nie bacząc na zimową porę, młodzieńcy rzucają się do lodowatej wody, w celu wyłowienia krzyża. Ten, któremu uda się ta sztuka, zostanie pobłogosławiony, a przez cały rok nie zabraknie mu szczęścia. Ponadto, dzięki poświęceniu wód, kalikandzari zostają wypędzone i ponownie uwięzione w podziemnych czeluściach, gdzie wracają do ulubionej czynności ? podgryzania fundamentów Ziemi. Tam też wyczekują kolejnej okazji ucieczki na powierzchnię.

Czas Dodekaimero jest okresem radości i szczęścia, pełnym magii, ludowych tradycji oraz niewinnych zabobonów. Jest to jednocześnie okres niebezpieczny, a każde niedopełnienie jakiegoś obowiązku, każda nieostrożność bądź niewystarczająca pieczołowitość, może sprowadzić nieszczęście nie tylko na nieuważną osobę, ale także na całą jej rodzinę. Jest rzeczą niezwykłą i wartą podkreślenia, że pomimo wiszącej nad Europejczykami groźby zatracenia własnych narodowych tradycji i zwyczajów, które wypiera kultura zachodnia (w dużym stopniu amerykańska, która zawładnęła całkowicie międzynarodowymi mediami), wciąż na naszym kontynencie istnieją oazy tradycji, w ramach której kultywuje się niezwykle cenne zwyczaje przodków.

Kamil  Trąba

doktorant w IJ UAM

Dziewczyna

Ósmy, this web równie ważny jak wszystkie inne, punkt Dekalogu Fuglewicza (inżyniera Piotra Fuglewicza, w znacznym stopniu pośrednio, lecz jednak ? jako szefa Zespołu, który opracował legendarny już spellchecker ? znamy prawie wszyscy; zna w każdym razie ten każdy, komu taki jeden popularny pośród popularnych edytor podkreśla czerwonym wężykiem wprowadzony w chwili słabości wyraz ?ktury?), składającego się z dziesięciu tez opisujących parametry harmonijnego i ogólnie fortunnego współżycia sieciowego, mówi, że:

VIII.    Nie staraj się zaprzyjaźniać na siłę. Jeśli tak się składa, że nie masz z kimś ?wspólnej chemii?, nie próbuj być jego kontaktem bezpośrednim. Jeśli jest w sieci, to być może przez kontakty wspólnych znajomych któregoś stopnia łatwiej dojdziesz do potrzebnego ci rezultatu.

Całość dictum sprowadza się do tego, że nie tylko, tu wytarte: warto być sobą (gdyż przynosi to, per saldo, wielkie korzyści, a o korzyści, korzyści pojmowane czysto, sprawiedliwie i zasłużenie, idzie), ale że nie warto podejmować żadnych działań w kierunku przeorganizowania danego (mocno possanego; Wiemy, jak poruszać tym, co mama w genach dała; z mlekiem matki) id,nawet ego czy superego. Jeszcze silniej wątek ten artykułuje punkt ostatni, czyli, jak nazwa dekalogu wskazuje, dziesiąty:

X.    Nie rób nic na siłę. Sieć niesie sama. Sprawy, które się w niej dzieją, podlegają prawom termodynamiki społecznej ? czyli są wypadkową fizyki, psychologii i socjologii. Nie jesteś w stanie wywierać wpływu na sieć inaczej, jak tylko stosując zasady ?czystej gry?. Wtedy nosi najlepiej.

Dekalog Fuglewicza, przytoczony ? w jednej piątej ? w cwanej formule teaserka, jest dobrą matrycą służącą do pewnych przekształceń, tj. do jego interpretacji odbiegającej od materii kontaktów sieciowych. Rzecz będzie jeszcze o meandrach recepcji teorii naukowej (bo punktem docelowym każdego badacza dowolnego subsystemu uniwersum jest sformułowanie teorii naukowej, niezależnie od form wysłowienia owej teorii ? byleby w reżymie logiki).

Oto załóżmy, że należymy do tej wąskiej grupki, której członkom udało się zbudować pewną (jakąkolwiek, ale ? w ocenie zdroworozsądkowej, tj. niekontrintuicyjnej ? nietrywialną) teorię naukową o dowolnym zasięgu. O ile teoria ta nie jest ufundowana wskutek indywidualnej fantazji (homo fantasticus), wydobywanej z własnoosobowo zarysowanego popytu, i nie jest wybitnie wycelowana w zaspokajanie równie indywidualnych, wręcz intymnych naukowo potrzeb (coś w rodzaju przypadku Grigorija Perelmana), to największą namiętnością jest to, aby została ona przyjęta w poczet serio respektowanych teorii naukowych. Respektowanych, rzecz jasna (tj. rzecz jasna ? od L. Flecka), w pewnym wyrobionym, odpowiednim stylu myślowym, czyli właśnie we Fleckowskim kolektywie myślowym. W wariancie luksusowym teoria nasza zostanie obalona (inny badacz zaproponuje taką klasę zdań, które ekonomiczniej, donioślej, schludniej [scil. ogólnie piękniej; piękno teorii naukowej, zwłaszcza w obszarze nauk ścisłych, to znana od dawna kategoria oceny] zlicytują fragment dyskutowanego uniwersum). W wariancie superluksusowym teoria (?w obiegu?; cokolwiek obieg by znaczył: czy to międzykontynentalny kongres naukowy pod hasłem?, czy lokalna wspominka doktoranta in vitro), choć atakowana (przy czym nie chodzi tu o nieszczęsne pseudoataki), pozostanie z nami do kresu dni (poza tym kresem wgląd w losy naszej teorii naukowej jest utrudniony, w każdym razie, jak dotąd, ciężko o wiarygodne relacje spoza). Rozwiązanie najbardziej wredne (przy założeniu, że bezpośrednio zainteresowanym nie jest, jak wspomniano, odludkowe dziwadło) to obojętność, wyrażająca się w braku jakiegokolwiek i czyjegokolwiek wyrażania.

W jaki sposób łączy się wątek Dekalogu Fuglewicza i autopielęgnacji, promocji, obrony itp. teorii naukowej? Otóż łączy się bez reszty. W wyłuszczeniu: jedynym dorzecznym zachowaniem względem własnej teorii naukowej jest stosowanie zasady ?czystej gry?. O ile wszelkie zgrywy i odkształcenia, hiperbole i fałsze możliwe są do krótkodystansowego, chybotliwego wcielenia w życie, tak w szerszej populacji nie mogą one zdobyć właściwego uznania w całej naturalności i w końcowym rozliczeniu tracą na znaczeniu, a wręcz zaczynają działać na szkodę ich nierzetelnych autorów. Czas oczekiwania na exempla rozliczenia (zwycięstwo, rozumiane po prostu jako neutralizacja loży szyderców albo jeszcze prościej: zmiana fazy) może być przeróżny: kwadrans, kilka lat, kilka stuleci. Przy czym Dekalog Fuglewicza mówi coś jeszcze innego: jakakolwiek aktywność skierowana na rzecz promocji własnej teorii (w tym też teorii własnej osoby) jest bezcelowa. Cokolwiek podjęte zostanie dla organizacji sprawy, doczeka się blokady ze strony szeroko rozumianej materii.

Tutaj można by argumentację zamknąć, gdyby nie to, że w połowie lat 20. ubiegłego stulecia Bolesław Leśmian ogłasza wiersz ?Dziewczyna?. Opowiastka w świecie przedstawionym sprowadza się do mniej więcej takiej sekwencji: dwunastu robotników usłyszało wydobywający się za mury płacz Dziewczyny, co skłoniło ich do bezkompromisowego dotarcia do źródła lamentu w drodze zburzenia muru; pokonanych zmęczeniem robotników zastąpiły w konsekwentnym działaniu ich cienie, z kolei te ostatnie zastąpiły młoty (z przyciskiem: same przez się); w rezultacie przebicie muru nie ujawniło ani żadnej dziewczyny, ani niczego innego. Wiersz jest jaskrawą pochwałą upartego do granicy natręctwa bezpotknięciowego działania nie tylko za cenę braku ostatecznej nagrody, ale nawet za cenę braku uzasadnienia przyczyny wysiłku. Czysta apologia czynu bez względu na miarę jego zasadności.

***

Kończąc (cum grano salis): istnieją dwie niepłonne dyrektywy jawnie wchodzące ze sobą w kolizję. Oto stajemy przed tajemnicą superracjonalizacji: raczej robić coś czy raczej nie robić nic. Wytworzyć teorię naukową i usunąć się z pola widzenia czy trwać na jej straży, dążąc wszelkimi sposobami do jej głębokiej recepcji? Głębokiej w sensie: jeden do jednego, tj. z niewybiórczym przejęciem całości systemu poznawczego. W jaki sposób dobrze rozważyć, a wpierw wyodrębnić w fundamentalnym i prymarnym dla dowolnej ludzkiej aktywności zadaniu segmentacji zasoby dla podjęcia takiego a takiego zadania?

I tak powstał czokapik…

Z sukcesem rozwikłania tego dylematu życzy wszystkim Czytelnikom bloga Instytutu Językoznawstwa w roku 2014 niżej podpisany.

***

 prof. dr hab. Piotr Wierzchoń

1 2 3

 

Przygoda z flamenco

Można założyć, że niemal każdy z nas wcześniej czy później odkrywa zamiłowanie do czegoś, co może stać się pasją pochłaniającą sporo lat życia, a niekiedy nadającą mu nowy sens. Z kolei jedna pasja może pociągać za sobą kolejną. Tak właśnie było w moim przypadku. Język hiszpański stał się dla mnie zamiłowaniem, kluczem, który otworzył mi drzwi do zupełnie nowego świata. Ten świat urzekł mnie swoim bogactwem, ale przede wszystkim tańcem flamenco.

Jako studentka etnolingwistyki zdecydowałam, że swój ostatni rok studiów odbędę na Erasmusie w Hiszpanii. Wiedziałam, że nigdzie nie nauczę się lepiej hiszpańskiego niż w Hiszpanii, a ponadto była to niesamowita możliwość zobaczenia najwspanialszych miejsc i poznania kultury. Nie zastanawiałam się zbyt długo i złożyłam aplikację. Swoją przygodę rozpoczęłam w sierpniu w Maladze, w mieście usytuowanym na południu Hiszpanii, w Andaluzji. Jednak nie było to moje miejsce docelowe, gdyż uniwersytet, w którym miałam studiować, znajdował się w Kastlii La Mancha. Z Malagi wyruszyłam do małego miasteczka Nerja, gdzie zapisałam się na kurs języka hiszpańskiego w lokalnej szkole i zamieszkałam z rodziną hiszpańską. Na jednym z wykładów w  szkole językowej po raz pierwszy usłyszałam o flamenco, czyli o sztuce tańca, śpiewu i gry na gitarze, o których z wielką pasją opowiadał Francisco, jeden z wykładowców szkoły. Zafascynowana jego opowiadaniem chciałam zobaczyć ten taniec na żywo oraz usłyszeć muzykę i śpiew.

Od niego również dowiedziałam się o Feria de Malaga – lokalnym święcie celebrowanym w Maladze, podczas którego można zobaczyć właśnie artystów uprawiających taniec flamenco, można uczestniczyć w koncertach i skorzystać z wielu innych atrakcji. Poszłam za ciosem. Razem z koleżanką ze szkoły i grupą młodych Hiszpanek pojechałyśmy na Feria de Malga. To, co tam zobaczyłam, urzekło mnie. Miasto pięknie przystrojone kolorowymi ozdobami, orkiestry  maszerujące i grające na ulicach oraz kobiety  ubrane w piękne różnokolorowe suknie w grochy z falbanami, tańczące z pasją flamenco na placach i ulicach. Hiszpanki zabrały nas do namiotów, tak zwanych casetas, w których gromadziły się całe rodziny i grupy przyjaciół – tańcząc, bawiąc się, pijąc tradycyjne wino. To właśnie tam zobaczyłam pierwszy raz, jak tańczy się  Sevillanę, jedną z odmian flamenco. Ten taniec mnie urzekł swoją odmiennością  i  dynamiką. Kobiety – tańcząc zmysłowo i energicznie – pięknie poruszały dłońmi, niektóre rozpościerały w tańcu wachlarze. Jest to trudne do opisania, to trzeba zobaczy, usłyszeć, poczuć. Nie mogłam nacieszyć oczu tym widokiem.

Nasze koleżanki zaczęły uczyć nas Sevillany, kroków i poruszania dłońmi. Jak to mówiły:  „Coge la manzana, comela y tirela al suelo” –  co znaczy: zerwij jabłko, zjedz je i rzuć je na ziemię. To miało nam, niedoświadczonym, pomóc zrozumieć, co oznaczają ruchy dłońmi z góry na dół podczas  tańca. Próbowałam więc tańczyć, imitując ruchy dziewczyn. Myślę, że jak na pierwszy raz, całkiem mi to dobrze wychodziło, a może pomogło mi w tym również tradycyjne malageńskie wino. Cały spędzony tam dzień był niesamowitym przeżyciem. To właśnie tamtego dnia zdecydowałam, że chcę nauczyć się tańczyć Sevillanę tak pięknie, jak robią to rodowite Hiszpanki, i wrócić znowu  na Feria de Malaga, żeby z nimi zatańczyć.  Kiedy we wrześniu przyjechałam do Ciudad Real, by rozpocząć studia na UCLM, zdecydowałam, że poszukam tam szkoły, w której mogłabym nauczyć się Sevillany, jednej z odmian flamenco. To sami flamencolodzy naliczyli, że jest ich około 70 rodzajów. Jej korzenie wywodzą się z folkloru andaluzyjskiego, na który duży wpływ miała ludność cygańska zamieszkująca te regiony. Ta konkretna odmiana wzięła swoją nazwę od miasta Sevilla, skąd pochodzi.

Escuela de Carmen Macarena była miejscem, gdzie rozpoczęłam swoją pierwszą lekcję flamenco pod okiem Carmen, maestry tańca, razem z trzema hiszpankami – Paqui, Veronicą i Raquel. Okazało się, że byłam pierwszą Polką, która uczyła się flamenco w tej szkole. Z miesiąca na miesiąc nasza grupa powiększyła się do 12 osób w tym o 3 Hiszpanów. Początki zawsze są trudne, ale ja nie zdawałam sobie sprawy z tego, że praca nad samymi krokami (stepami) może zająć tyle czasu, nie mówiąc już o synchronizacji  ruchów nóg i dłoni  oraz pamiętając przy tym o dumnej postawie. Muszę przyznać, że początek był trochę żmudną pracą, gdyż więcej rzeczy mi nie wychodziło niż wychodziło. Bacznie obserwowałam Carmen i jej ruchy, by jak najlepiej imitować to, co ona robiła. Carmen powiedziała nam, że nie ma co imitować, że ona nauczy nas techniki, ale każdy adept powinien nadać Sevillanie swój własny styl, wyrażając w ten sposób siebie, swoje emocje i gesty. Kiedy opanowałam pierwszą część Sevillany (Sevillana składa się z czterech części, tak zwanych  copli, zwrotek, które tańczy się zupełnie inaczej) czułam, że taniec zaczyna mnie naprawdę cieszyć, że tańczę nie myśląc już o liczeniu kroków i pamiętaniu o pozycji i ruchach dłoni. Wszystko przychodziło teraz naturalnie.

Uczyłam się tańca, ale zaczęłam też czytać o flamenco, oglądać filmy na ten temat. Wybrałam się  do Andaluzji, ziemi ojczystej flamenco, by zobaczyć je tam, skąd brało swoje korzenie. Zwiedzałam miasta i chodziłam do tablaos, miejsc, w których odbywały się przedstawienia flamenco. Co ważne – każde z nich zupełnie inne w swoim rodzaju, w stylu, formie i ekspresji. Mimo podobieństw każdy tancerz i każda tancerka nadawali tańcu indywidualny charakter, energię, osobiste emocje. Każde cante – śpiew flamenco – był unikalny, pełen pasji i niósł ze sobą dużą dawkę emocji oraz siły, czasem także smutku i bólu albo radości. Flameco, czy to przez taniec i śpiew czy przez muzykę, jest w stanie wyrazić wszystkie ludzkie emocje, których odbiorca  doświadcza podczas oglądania pokazu. Widziałam wiele spektakli w różnych miastach, w Maladze, Mabelli, Cordobie, Nerja, Barcelonie i Madrycie, ale jedno z nich urzekło mnie najbardziej – było to w starej dzielnicy cygańskiej, na Sacramonte w mieście Granada. Tam właśnie znajdują się jaskinie i groty, w których mieszkały niegdyś rodziny cygańskie, a które z czasem zostały zmienione w restauracje, gdzie odbywają się spektakle flamenco o unikalnym charakterze. Atmosfera w tych miejscach jest niesamowita – oświetlenie wyłącznie przy świecach oraz tradycyjne dekoracje kwiatowe wiszące na ścianach jaskiń, to sceneria dla spektaklu flamenco w wykonaniu rodzin cygańskich, które od pokoleń tańczą i śpiewają na Sacramonte.

Muzyka i śpiew wywoływały u mnie gęsią skórkę i wiedziałam, że nie chcę poprzestać na tym, co już wiedziałam o flamenco, postanowiłam  jeszcze lepiej je zrozumieć. Ten czas, który spędziłam w Hiszpanii, dał mi  taką możliwość. Nadchodził również najwyższy czas, by zdecydować, o czym będzie moja praca licencjacka. Odpowiedź była prosta – o FLAMENCO.  Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z faktu,  że flamenco jest tak szeroką dziedziną wiedzy i umiejętności. O każdym z jego komponentów czy śpiewie – cante, tańcu – baile oraz muzyce, a właściwie samej grze na gitarze, można byłoby pisać osobną pracę. Flamencolodzy  proponują wiele różnych teorii na temat pochodzenia flamenco i  jego cyklach  ewolucji. Różnorodność stylistyczna flamenco, która kształtowała sie na przestrzeni wieków oraz  samo jego pochodzenie do dzisiejszego dnia nie jest do końca jednoznacznie potwierdzone.  Na pewno wiadomo tyle, że taniec flamenco wywodzi się z folkloru ludzi ubogich zamieszkujących tereny Andaluzji. Na przestrzeni wieków wpływ na jego kształtowanie miało wiele różnych grup etnicznych. Chodzi o wpływy arabskie, żydowskie i cygańskie. Cyganie rozpowszechnili ten taniec i przyczynili się do zachowania wielu form flamenco, dzięki czemu zachowały się one przez wiele lat.

Etymologia słowa ‚flamenco’ nie jest do końca jasna, ma różne wersje i interpretacje. Niektóre z nich wskazują na łacińskie słowo flamma, oznaczające ogień, które miało odnosić się do ognistego charakteru muzyki i tańca oraz do intensywnie czerwonego ubioru tancerzy. Z kolei a języka arabskiego wywodzi się znaczenie, które może mieć również wpływ na formacje słowa flamenco – chodzi o fellah magnum, czyli muzykalny chłopak, wieśniak. Jeszcze inni teoretycy flamenco upatrują podobieństwo tej sztuki do ruchów i postawy ptaka flaminga (po hiszpańsku „flamenco”), porównując ruchy dłoni i nóg tancerzy z ruchami tego egzotycznego i majestatycznego ptaka.

I tak właśnie, małymi kroczkami, odkrywałam świat flamenco, tańcząc Sevillanę, pisząc o tańcu i tym, co mnie inspirowało. Lecz jeszcze miałam jedno marzenie: w tańcu flamenco urzekały mnie długie kolorowe suknie, wąskie do kolan, rozszerzające się ku dołowi i obszyte dużą ilością falban. Typowy wzór to grochy i groszki różnej wielkości, ale są też suknie gładkie lub kwieciste, we wszystkich kolorach tęczy. Chciałam przymierzyć taką suknię, by poczuć się jak prawdziwe tancerki flamenco i oczywiście zatańczyć w niej. Pewnego dnia, zwiedzając Madryt z moją koleżanką Gosią, na jednej z małych uliczek zobaczyłam sklep z pięknymi sukniami flamenco. To tam pierwszy raz przymierzyłam suknię flamenco, a potem drugą. Były naprawdę piękne. Czułam się w nich jak prawdziwa flamenca, aż chciało się tańczyć!!! W chwili, gdy miałyśmy opuścić to miejsce, do sklepu wszedł  jego właściciel. Zaczęliśmy rozmowę na temat flamenco. Za chwilę zjawiła się tam kobieta, która okazała się być maestra flamenco. Powiedziałam im o mojej fascynacji i o tym, że uczę się tańczyć Sevillanę i  że piszę o pracę o flamenco. Juan, właściciel sklepu, polecił  mi książki i opowiedział wiele o twórcach flamenco, a maestra Marta zaproponowała, że może nam pokazać najstarszą szkołę w Madrycie AMOR DE DIOS, która znajdowała się nad sklepem z sukniami. Marta i Juan zabrali nas do szkoły, by nam ją pokazać. Przy okazji zobaczyłam tancerzy, którzy mieli zajęcia w tym właśnie czasie. Weszliśmy do jednej z sali, w której rozbrzmiewała muzyka gitary hiszpańskiej. Przy jej dźwiękach studenci tańczyli energicznie alegrie – jeden z rodzajów flamenco. Było tam strasznie głośno od zaptateo – rytmicznie wybijanych kroków. Dla mnie było to niesamowite. Podziwiałam ich za to, jak szybko i z jaką różnorodnością oraz precyzją tancerze wybijali rytm nogami i poruszali dłońmi.  Byli, co nie może dziwić,  zlani potem. Marta powiedziała mi, że tańczą tak przez prawie całą godzinę bez przerwy i że trzeba wielu lat praktyki, by tańczyć tak jak oni.

Patrząc na to wszystko czułam, że serce bije mi mocniej, że to jest dosyć niesamowite – ta chwila, to miejsce, ta muzyka i ci ludzie. Marta przedstawiła nam sławnych maestrów tej szkoły i samego dyrektora, a także zaprosiła na wieczorny spektakl flamenco do Tablao Las Carboneras, jednego z najdroższych  miejsc w Madrycie, gdzie miejscówka kosztuje 60 Euro. W tym tablao można było obejrzeć spektakl z udziałem czołowych artystów flamenco. Dzięki niej weszliśmy tam zupełnie za darmo, dostając stolik przy samej scenie. Pomyślałam wtedy, że gdyby nie moje pragnienie przymierzenia sukni nie poznałabym Marty, nie siedziałabym w jednym z najlepszych miejsc oglądając spektakl flamenco. Marta opowiedziała mi dużo o tańcu flamenco, a zwłaszcza o jego współczesnym charakterze i o tym, jak krystalizował się on na przestrzeni lat. Od niej też dowiedziałam się, że flamenco zostało wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO w roku 2010.

W kwietniu nadarzyła się pierwsza okazja do zatańczenia Sevillany razem z moimi kolegami i koleżankami ze szkoły tańca Carmen. Odbywała się fiesta, Feria de Ciudad Real, która trwała przez kilka dni w mieście, gdzie mieszkałam. Nie była ona tak imponująca jak ta z Malagi, ale miała swój własny, Kastylijski charakter. Do Amor de Dios wróciłam dopiero w maju, by spotkać się z moją przyjaciółka Martą, która pomogła mi uzyskać zgodę dyrektora na przeprowadzenie badania (rozmawiałam tam z pięćdziesięcioma studentami flamenco z wielu krajów świata). Miało ono być częścią mojej pracy licencjackiej. Intrygowało mnie, jak to jest możliwe, że flamenco, synonim hiszpańskiego dziedzictwa kulturowego, stało się fenomenem na skalę globalną? I dlaczego tak wielki wpływ wywiera ta sztuka na obcokrajowców? A przyjeżdżają oni do ojczyzny flamenco, by doskonalić się pod okiem światowej sławy mistrzów, aby następnie upowszechniać sztukę flamenco we własnej ojczyźnie. Także w Polsce działają szkoły flamenco. Wiem o siedmiu – Wrocław, Poznań, Warszawa, Sopot, Lublin, Łódź  i Kraków.

Con Director de Escuela en Madrid Escuell de Carmen feria de Ciudad Real feria de Malaga flamenco

Joanna  Nowicka

Absolwentka Etnolingwistyki