Nie taki arabski straszny

Jeżeli student przyzna się do nauki języków egzotycznych, medicine to niemal zawsze taka informacja wywołać może zaskoczenie u rozmówcy. I nie ma znaczenia czy rozmawiamy o języku chińskim, shop arabskim czy suahili ? zazwyczaj bowiem student usłyszy pytanie, czy dany język jest trudny. Najzabawniejsze jest jednak pytanie (bez względu na to, ile lat trwa nauka) o to, czy znamy już alfabet (znaki), który jest wykorzystywany do zapisu tego języka. Tak więc zastanówmy się, czy warto podjąć naukę języka egzotycznego?; jakie niesie ze sobą trudności nauka takiego języka?; a jeśli już uczyć się takiego języka, to jaki wybrać? Dla mnie odpowiedź była i jest prosta: język arabski. Continue reading

Siła prowincji tkwi w NGO!

Prowincja to termin, który nadal jest pejoratywnie konotowany przez społeczeństwo. Jednak dziś przestała być już ona miejscem szarym, check pozbawionym życia i energii. Prowincja to przede wszystkim ludzie, którzy ją tworzą, a współcześnie tworzyć oznacza aktywizować się poprzez działalność w ramach organizacji pozarządowych.

Prowincja to ?pipidówka??

Pochodzę z małej wsi na Żuławach nieopodal Malborka. Tam się wychowałam i dorastałam. Tak, jest to prowincja ? miejsce, które z definicji opisywane jest jako odległe od ośrodków wielkomiejskich oraz centrów życia kulturalnego i rozrywki. Wielokrotnie obserwowałam, jak moi rówieśnicy i znajomi próbowali odciąć się od swojej ?małej ojczyzny?, która była prowincją w pełnym znaczeniu tego słowa. Pochodzić z prowincji to sprawa dość niewygodna, szczególnie dla młodego człowieka, dla którego bardziej atrakcyjne wydają się możliwości, jakie niesie ze sobą życie w wielkim mieście. Po co więc przyznawać się w ogóle do swych prowincjonalnych korzeni? Co powiedzą na to znajomi, którzy często określają takie miejsce jako ?pipidówka?, ?zadupie?, ?wiocha? czy ?pierdziszewo dolne?? Continue reading

Japonia bez stereotypów

Wystarczy pomyśleć o Japonii, healing a przed oczami stają nam przepięknie kwitnące wiśnie, filmy Kurosawy, gejsze i samuraje. Są też tacy, którym Japonia kojarzy się z zupełnie innymi klimatami, np. betonową dżunglą, wszechobecną bezduszną technologią i zafascynowanymi nią dziwakami. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że stereotypy istnieją po to, by uprościć postrzeganie świata i dlatego nie zamierzam patrzeć z góry na osoby widzące Japonię przez pryzmat powyższych przykładów. Jeszcze do niedawna sama, pod wpływem chociażby filmów animowanych, miałam bardzo prosty obraz tego kraju. Wyobrażałam sobie go jako krainę z wiecznie trwającym latem, brzęczącymi nieustannie cykadami i przejazdami kolejowymi niemal przed każdym przejściem dla pieszych. Jednakże jako osoba ucząca się języka japońskiego już od niemal sześciu lat, nie mogę i nie chcę  pozwalać sobie na takie skróty myślowe. Co nie oznacza, że moje szare komórki nie tworzą innych, o nieco wyższym poziomie wtajemniczenia, uproszczeń w percepcji kraju, którego kulturę kocham miłością niezmienną już od blisko dziesięciu lat.

Kioto, Kitanotenmamgu, kwitn-ce Âliwy

Wreszcie  nadszedł ten czas, kiedy moje ?zaawansowane? skróty myślowe mogły wyjść na światło dzienne i się do czegoś przydać. Na ostatnim roku studiów przyznano mi stypendium i mogłam wyjechać na roczną wymianę studencką do wymarzonego kraju. Nigdy wcześniej nie miałam okazji odwiedzić Japonii, chociaż znam sporo osób, które takową podróż mają za sobą. Wtedy, niczym demony z szafy, zaczęły wypełzać różne, poprzeczne i podłużne, obawy i uprzedzenia dotyczące Japonii, którą teoretycznie znałam bardzo dobrze (z opowieści moich japońskich nauczycielek, filmów fabularnych i dokumentalnych, książek oraz różnych relacji), ale w praktyce nie wiedziałam, co czeka mnie na miejscu. Chciałabym więc się podzielić tym, co trapiło mnie przed wyjazdem, a także po sześciu miesiącach tu spędzonych skonfrontować obraz Japonii i Japończyków, który miałam przed wrześniem ubiegłego roku, z tym, co sądzę teraz.

Miyajima

Na pierwszy ogień biorę miasto, w którym mam szczęście mieszkać, czyli Kioto. Jest to niegdysiejsza stolica, ocalona od fali zniszczeń, jaka przeszła przez ten wyspiarski kraj w trakcie II wojny światowej, dzięki czemu stała się ona duchowym azylem Japonii. Wszystko to brzmi wzniośle i cudownie, ale wiele osób przestrzegało mnie, że to miasto atmosferą przypomina polski Kraków, że była stolica wciąż rozpamiętuje lata dawnej świetności, a co za tym idzie, jej rodowici mieszkańcy są nadęci, szczycą się swoim pochodzeniem i ponoć patrzą na innych z góry. W szczególności w rozmaitych opiniach dostaje się starszemu pokoleniu, które podobno alergicznie reaguje na obecność obcokrajowców. Z jednej strony zatem wielka radość, bo oto przez rok będę mogła bez dalszych podróży odwiedzać różne słynne miejsca. Z drugiej to, co zarysowałam powyżej.

Kioto, Kinkakuji

Co więc mogę powiedzieć na temat mieszkańców Kioto? Na pewno nie mogę zgodzić się z powyższymi ostrzeżeniami. Nigdy nie spotkałam się z niechęcią z powodu ?bladej twarzy?, a przedstawiciele starszego pokolenia są moimi idolami ? nie uciekają na kilometr widząc obcokrajowców, a wręcz przeciwnie ? przysiadają się w autobusie, sami z siebie zagadują (czasem nawet po angielsku!), nie gapią się namolnie (w odróżnieniu od młodszych osób) i traktują wszystkich równo. Nie znam ani jednej osoby, która zadzierałaby nosa z powodu swojego pochodzenia. Wręcz przeciwnie, jeśli mieszkaniec Kioto usłyszy dobre słowo na temat swojego miasta, z typowo japońską pokorą podziękuje i będzie zadowolony, że ktoś podzielił się swoją przychylną opinią. W innych turystycznych miastach Japonii nie zawsze można doświadczyć takiej otwartości na drugiego człowieka, nawet tego zza granicy, a jeśli już, to przytrafiło mi się to wyłącznie na Okinawie. Wielu japońskich studentów i turystów chwali Kioto  nie tylko za unikatową atmosferę, ale również za szczególnie miłe nastawienie jego mieszkańców do innych osób.

Skoro poruszyliśmy temat obcokrajowców, to muszę przyznać się, że wiele razy słyszałam historie o Japończykach uciekających na drugą stronę ulicy, gdy tylko zauważyli kroczącą w swoją stronę osobę nierodzimego pochodzenia. Słyszałam również o takich, którzy uparcie na pytania zadawane w języku japońskim odpowiadają swoją, dość często łamaną, angielszczyzną. Zadziałał tu prosty mechanizm ? wiele osób to powtarza, więc musi to być prawda. Zatem kiedy po raz pierwszy naprawdę musiałam spytać o coś zwykłego przechodnia, Japończyka, byłam w stanie założyć się co najmniej o koniuszek małego palca, że przytrafi mi się jeden z dwóch powyższych scenariuszy. Gdybym to zrobiła, dziś posądzano by mnie o bycie kobietą mafii. Nie było szybkiej rejterady ode mnie, a odpowiedź została udzielona po japońsku.

Owszem, zawsze spotykam się z nieskrywanym zaskoczeniem ze strony Japończyków, że jako obcokrajowiec posługuję się ich jakże skomplikowanym i nieprzystępnym językiem. Choć czasami zdarzało mi się, że ktoś w sklepie uparcie wtrącał angielskie słówka (najczęściej trafnie), to postronny przechodzień nigdy nie narzucał się z przechwałkami na temat swojej, często wątpliwej, znajomości języka Szekspira. Wiem, że takie zachowanie miałoby logiczne wytłumaczenie i wcale nie denerwowałabym się, spotykając się z taką reakcją . Przecież to, że ktoś wykuł na pamięć jedno pytanie w obcym języku nie oznacza, że będzie w stanie zrozumieć odpowiedź, tym bardziej udzieloną przez osobę o mniej przyjaznej i łatwej w zrozumieniu wymowie niż lektor z podręcznikowych czytanek. Obecnie bardzo lubię ucinać sobie pogawędki ze zwykłymi Japończykami spotkanymi na ulicy bądź w sklepie. Czasem ktoś mnie zagaduje, a czasem inicjatywa wychodzi ode mnie. W takich sytuacjach Japończycy bardzo cieszą się z możliwości porozmawiania we własnym języku z przybyszem zza granicy. Jeśli już zauważą, że ktoś rozumie więcej niż ?arigatou? i ?konnichiwa?, zaczynają bez krępacji używać miejscowego dialektu, zupełnie jakby lepsza znajomość języka łączyła się z biegłością nie tylko w wersji standardowej.

Okinawa, Naha, chram szintoistyczny

Pozostańmy w sferze językowej. Oczywiście obawiałam się wszechobecnych ideogramów kanji, tudzież ?krzaczków?, jak są potocznie nazywane. Nigdy nie miałam pewności siebie w tej kwestii, a konieczność egzystowania w kraju, gdzie wszystko, od A do Z, będzie zapisane właśnie w ten sposób, trochę mnie przerażała. Jednak i w tym aspekcie diabeł nie okazał się być tak straszny, jak go malują. Owszem, nie da się ukryć, że jeśli coś da się zapisać w kanji, to jest to zapisane właśnie w ten sposób. Jednakże podróżowanie, co chyba najbardziej mnie martwiło, nie jest aż tak trudne. Powodem jest to, że odczytanie nazw własnych często nawet samym Japończykom sprawia kłopoty, tak więc przeważnie  dodawany jest zapis w sylabariuszu lub w alfabecie łacińskim. Kioto nie jest aż tak bardzo przyjazne obcokrajowcom w tej kwestii jak Tokio, ale najważniejsze zabytki, jak i dojazd do nich, nie powinny sprawić problemu nawet całkowitemu laikowi. Chociaż czasem spotkamy takie potwory tłumaczeniowe jak Kiyomizu-dera temple, co oznacza dokładnie ?świątynia świątynia Kiyomizu?, to przynajmniej samo zwiedzanie nie jest już trudne.

Tokio, Pa-ac Cesarski

Co innego jeśli chodzi o zakupy spożywcze bądź kosmetyczne, ale zawsze znajdzie się jakaś miła sprzedawczyni lub gospodyni domowa robiąca zakupy ramię w ramię, która pomoże w rozszyfrowaniu zawartości produktu, tudzież jego zastosowania. Osobiście raz na zakupach spotkałam dość ciekawą ciocię ?dobra rada?, która na widok mojej nietęgiej miny, gdy trzymałam w ręku płyn do zmiękczania tkanin (akurat byłam w stanie totalnego skupienia, bo porównywałam ceny), nie zastanawiając się długo podeszła i pouczyła mnie, że ów płyn służy do prania, a nie do picia. :)

Jeśli chodzi o życie codzienne, to nie ma nic bardziej spędzającego sen z powiek polskiego studenta, niż pieniądze, a raczej ich brak. Krążą legendy o zatrważająco wysokich kosztach życia w Japonii (Tokio często wygrywa w rankingach na najdroższe miasto świata), więc pomimo świadomości wsparcia z ministerstwa oczywiście bałam się, że stać mnie będzie tylko na ryż i wodę, że będę wiodła żywot na trasie od akademika do kampusu i z powrotem, a największą rozrywką będzie wspinaczka pod górkę (na której stoi akademik) z moim ukochanym workiem ryżu na plecach. Tutaj też się myliłam. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest śmiesznie tanio i wszystkie te historie to wierutne bzdury. Jednakże po jakimś czasie przestałam przeliczać wszystkie ceny na złotówki i nie było dla mnie ogromnym bólem wydać ponad 3 zł na jedno jabłko (owoce są tu bardzo drogie) lub 15 zł na jednodniowy bilet po wszystkich miejskich liniach autobusowych w Kioto. Niektóre produkty mają ceny porównywalne z naszymi, a niektóre, jak wspomniane owoce lub mięso, są kilkukrotnie droższe niż w Polsce. Różnego rodzaju formy rozrywki też do najtańszych tu nie należą, jednak od czasu do czasu można wyjść na karaoke lub pozwolić sobie na posiłek w lepszej restauracji bez wydawania oszczędności życia. Nie zapominajmy jednak, że Japończycy zarabiają więcej od nas, więc porównywanie wyłącznie cen nie ma większego sensu. Niech zobrazuje to średnia godzinowa stawka za dorywczą pracę studentów, która w przeliczeniu na złotówki wynosi na rękę… 25,50 zł.

Takich przykładów jest naturalnie więcej, ale ? żeby nie przedłużać ? skończę na tych najważniejszych. Przyznam szczerze, że przed wyjazdem byłam zdania, iż ceny lub zagubienie w supermarkecie albo na stacji metra można jakoś przeboleć. Najbardziej martwiła mnie powszechna opinia o niedostępności Japończyków, ich nieszczerości i niemożliwości zaprzyjaźnienia się z nimi. Teraz jednakże sądzę, że znajomość języka jest nie tylko przepustką do udanych zakupów lub trafnie odnalezionego celu podróży, ale również do zupełnie innej komunikacji z Japończykami. Przed wyjazdem znajomy Japończyk, który spędził w Polsce rok na wymianie studenckiej, powiedział mi, że skoro porozumiewam się sprawnie po japońsku, to nie będę mieć z niczym problemów i będę mogła robić absolutnie wszystko. Oczywiście wtedy wzięłam te słowa dosłownie i wcale mnie to nie pocieszyło, ponieważ czas spędzony w Japonii chciałam wykorzystać na obcowaniu z Japończykami nie tylko w trakcie zajęć, ale także po nich, towarzysząc im w życiu codziennym . Wyżej wymienione przeze mnie obawy kładły się cieniem na perspektywę lepszego poznania obywateli Kraju Kwitnącej Wiśni.

Jednak prawda jest taka, że po pół roku mieszkania i chodzenia na zajęcia z Japończykami, a także podróżowania po Japonii, mogę z pełną śmiałością, biorąc całkowitą odpowiedzialność za swoje słowa, stwierdzić: umiejętność porozumiewania się po japońsku jest kluczem do przebicia się przez fasadę nieufności Japończyków w stosunku do obcych, a w szczególności do osób z obcych krajów. Wielokrotnie byłam zapraszana do domu rodzinnego zwykłego Japończyka i nie była to tylko kurtuazja. Nowy Rok, który tutaj jest najważniejszym świętem w całym roku, również spędziłam tradycyjnie, dzięki uprzejmości znajomej Japonki. Być może jestem wyjątkiem, a być może ludzie, których spotykam są wyjątkowi. W każdym razie życzę wszystkim podobnie udanych wyjazdów jak ten, którego właśnie doświadczam

Roksana Zawiłowska

Nawarra – w krainie różnorodności

Piaszczyste plaże, błękitny ocean, flamenco, wachlarze, palmy i upał – taką Hiszpanię zobaczymy w folderach biur podróży. Ja kilka lat temu trafiłam do całkiem innej Hiszpanii – do położonej na północnym wschodzie Nawarry. Od tamtej pory zwiedzam, odkrywam, oglądam, smakuję i wciąż daję się zaskakiwać.  Jaka jest zatem Nawarra? Skoro nie ma tam plaż, palm i upałów, to co jest?

Nawarra jest przede wszystkim bardzo różnorodna. Odległość między północnym a południowym krańcem tej niewielkiej prowincji, zajmującej powierzchnię nieco większą niż powierzchnia najmniejszego polskiego województwa, to około 140 kilometrów. A jednak na każdym kroku zmienia się tu… chyba wszystko.

Najbardziej urzekła mnie przyroda Nawarry. Na południu zobaczymy księżycowy krajobraz pustyni Bardenas Reales, ale im bardziej na północ, tym więcej zieleni. Znajdziemy tu rzeźbione przez miliony lat wąwozy Foz de Lumbier i Foz de Arbayún, malownicze jaskinie Mendukilo, czy te w okolicy Zugarramurdi – miejscowości słynącej z niechlubnego sądu nad czarownicami, który odbył się w 1620 roku. Puszcza Irati to największy w Europie las bukowo-jodłowy, który jesienią oczarowuje różnorodnością kolorów. Z kolei lasy w dolinie Baztán na północy prowincji, poprzecinane wartkimi strumieniami, porośnięte są mchem i paprociami. Wysokie i skaliste Pireneje przez dużą część roku pokryte są śniegiem. Nawarra ma cztery pory roku: zieloną, burzową wiosnę, gorące, ale nie dające w kość lato, jesień, gdy niebo bardzo często przecina tęcza oraz zimę, gdy z szafy trzeba wyciągnąć grubą kurtkę.

Nawarra, to także zmieniające się style tamtejszej architektury. I tak, w położonej na południu Tudeli wyraźnie widać wpływy arabskie, a na północy zobaczymy białe domy o pochyłych dachach kryte czerwoną dachówką. Centralna część Nawarry to raj dla miłośników zamków i średniowiecznych budowli militarnych. Javier, Artajona, Olite, Ujué i Estella – to tylko niektóre miejsca, w których widać pozostałości po burzliwej historii regionu. Pamplona, stolica prowincji, również powstała jako miasto obronne. Stare miasto otaczają tam doskonale utrzymane mury, a w centrum miasta wznosi się oparta na planie pięcioboku Cytadela.

Nie sposób pisać o Pamplonie nie wspominając o San Fermín. Nieduże, spokojne miasto raz w roku zalewane jest przez setki tysięcy turystów, a zabawa trwa od 6 do 14 lipca, praktycznie bez przerwy. Sanfermines pokazywane i – niestety – promowane są w świecie jako święto byków i pijaństwa. W polskiej telewizji (ale w hiszpańskiej też bardzo rzadko, bo właściwie pokazują to głównie lokalne media) nie zobaczymy uwielbianej przez dzieciaki parady gigantów, licznych koncertów, conocnego, przepięknego pokazu sztucznych ogni. A przede wszystkim nie poczujemy klimatu, jaki panuje w mieście w zwyczajny, powszedni dzień, gdy ubrani na biało-czerwono mieszkańcy rozstawiają na ulicach stoły i w świątecznej atmosferze jedzą, piją, rozmawiają, śpiewają… Bardzo lubię tę miejską, spokojniejszą stronę fiesty.

Jaka jest gastronomia Nawarry? Oczywiście różnorodna, a przede wszystkim pełna produktów wysokiej jakości. Prowincja nie ma dostępu do morza, jej bogactwem są zatem warzywa: szparagi, karczochy, wędzone papryki „pimientos del piquilloˮ, oraz wspaniałe dojrzałe sery, także dziczyzna oraz txistorra – kiełbasa wieprzowa z dużą ilością papryki. A co pić? Oczywiście pochodzące z tutejszych winnic wina – od wyboru do koloru – oraz Patxaran, słodką nalewkę z tarniny produkowaną na bazie anyżówki. Jest to najbardziej charakterystyczny trunek tamtego rejonu.

Warto pamiętać, że Nawarra to także współistniejące tam obok siebie dwa bardzo różne języki – hiszpański i baskijski. Na południu jest bardziej „hiszpańskoˮ, jednak im bliżej stolicy prowincji, tym częściej widzimy tablice z nazwami miejscowości w obu językach i coraz częściej słyszymy euskera. Na północy język ten jest tak popularny, że nawet do mnie, z wyglądu ewidentnego cudzoziemca, mieszkańcy czasem zwracają się po baskijsku.

Długo można by mówić o Nawarze, o przecinającym ją pielgrzymkowym Szlaku Świętego Jakuba, o możliwości aktywnego wypoczynku, o lokalnych tradycjach, o zamieszkujących ją ludziach. Jeżeli chcecie lepiej poznać ten nieznany, ale jakże interesujący kawałek świata, zapraszam na mojego fanpage’a Navarra po polsku: https://www.facebook.com/NavarraPoPolsku. A jeśli kiedyś zdecydujecie się odwiedzić tę przepiękną krainę i będziecie mieli jakieś pytania, nie wahajcie się mi ich zadać. Bardzo chętnie pomogę.

Agnieszka Krupa

Dni Baskijskie – Relacja

Jaki kwiat chroni przed złem w Kraju Basków? Czym jest bertsolaritza? Jak brzmi baskijska wersja Pieśni o Rolandzie? Jak tańczyć, aby Bask nam w duszy grał? Tego ? i nie tylko tego ? można było dowiedzieć się podczas tegorocznych spotkań w ramach Dni Baskijskich 2014, zorganizowanych przez studentów lektoratu języka baskijskiego. Przypomnijmy więc, że Dni Baskijskie to inicjatywa o wieloletniej tradycji, która zrzesza nie tylko głodnych wiedzy żaków, ale też wszelkie stworzenie na niebie i ziemi, które choć przez moment chce zanurzyć się w baskijską kulturę i język.

W tym roku, w akompaniamencie konkursów internetowych, każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Począwszy od warsztatów języka, przez cykl ciekawych wykładów, aż do degustacji tradycyjnej baskijskiej strawy i napitku. Zaplanowane atrakcje przyciągały szereg zainteresowanych.  Dni Baskijskie 2014 zostały zainicjowane przez audycję Wszystko jest Folkiem. Wędrówki po krańcach światów, której można było posłuchać kilka dni wcześniej w internetowym radio Studnia. Panowie Janusz Radwański, Jarek Mazur i Szymek Węglowski zabrali słuchaczy w fascynującą podróż po Kraju Basków z muzyką tradycyjną u pasa. Audycji tej pikanterii dodawały humorystyczne komentarze prowadzących, którzy w Baskach zdołali doszukać się Łemków Półwyspu Iberyjskiego.

Właściwa część Dni Baskijskich rozpoczęła się warsztatem języka baskijskiego, podczas którego można było poznać podstawy tego języka. W międzyczasie można było podziwiać wystawę zdjęć z Kraju Basków, czyli coś, co z pewnością zainteresowało każdego amatora podróżowania.

Tego samego dnia, ale już wieczorem, odbyła się projekcja filmu ?Gazta zati bat ? Kawałek sera?, która przybliżyła oglądającym problematykę autonomiczności, choć nie tylko.
Następny dzień obfitował w ogrom pożywek intelektualnych ? wykłady związane z Krajem Basków i wieczorne tango z baskijską improwizowaną poezją śpiewaną przyciągnęły wiele osób. Zaczęliśmy skromnie od ibilaldii, jako przedsmaku baskijskiej kultury, po to, aby zatrzymać się następnie przy mitologii baskijskiej i zachwycić się jej osobliwościami. Słuchacze zostali gruntownie przeszkoleni w kwestii wszelakiej obrony przed złem czyhającym na każdym kroku w Kraju Basków, poznali panteon bóstw i stanęli oko w oko z niezliczoną demonów ilością, gdy prowadzące to spotkanie przedstawiły postaci z baskijskich bestiariuszy. Po podróży między światami bogów i ludzi nadszedł czas na bertsolaritzę, czyli baskijską improwizowaną poezję śpiewaną, poprzedzoną krótkim wstępem teoretycznym. Podobnie, jak było to rok temu, troje śmiałków ? Weronika Nowak, Przemek Urbaniak i Szymon Góralczyk ? spróbowało swoich sił w bertsolaritzy po polsku. Do tematów podawanych przez publiczność tworzyli krótkie, wierszowane historie z dużą dawką humoru, ku uciesze wszystkich zgromadzonych.

Ostatni dzień Dni Baskijskich obfitował w wydarzenia związane stricte z kulturą baskijską od kuchni. Uczestnicy mogli zmierzyć się w konkursie pintxos (baskijskich przekąsek) i spróbować baskijskiego wina. Chwilę później można było uczestniczyć w Opowieściach Baskijskich w Antykwariacie Mały Książek. W klimatycznych pomieszczeniu, w otoczeniu woluminów wszelkiej maści, na chwilę można było dać się porwać w wir historii, które poruszały, bawiły i nierzadko zmuszały do refleksji. Niepowtarzalna atmosfera spotkania udzieliła się wszystkim obecnym, którzy w skupieniu słuchali baskijskiej wersji Pieśni o Rolandzie, tak innej od znanej nam wersji francuskiej.

Zwieńczeniem Dni Baskijskich była impreza, podczas której prym wiódł warsztat tańca. Uczestnicy mogli harcować w rytm muzyki i obudzić w sobie wewnętrznego Baska. W międzyczasie można było spróbować wegańskiego baskijskiego jedzenia i pozwolić sobie na chwilę relaksu.

Także w ramach Dni Baskijskich, ale już tydzień później, zorganizowano spotkanie autorskie z Eider Rodriguez, znaną baskijską pisarką, które zgromadziło wielu zainteresowanych jej twórczością. Na recital przybyła również Dyrektor ds. Języka Baskijskiego Instytutu Etxepare, Jose Mari Olaziregi. Podczas spotkania pochyliliśmy się nad jednym z opowiadań, którego analiza doprowadziła do całej palety wniosków. Ponadto po raz pierwszy zaprezentowano najnowsze opowiadanie pisarki, które spotkało się z entuzjastycznym odbiorem.

Tegoroczne Dni Baskijskie przyciągnęły swoimi atrakcjami wiele osób i mam nadzieję, że i w przyszłym roku uda się kontynuować tradycję, dzięki której mamy okazję nieco bliżej poznać kulturę i język Kraju Basków. A nuż okaże się, że mamy z Baskami więcej wspólnego niż nam się wydaje.

Iga Jasiewicz

I rok etnolingwistyki

Hanami, czyli japońska wiosenna tradycja

Wraz z nadejściem wiosny w Polsce przygotowujemy się do świąt Wielkiej Nocy, this a następnie snujemy plany jak najlepszego wykorzystania majówki. Japończycy natomiast planują hanami. Nie jest to święto per se, approved lecz tradycja wywodząca się jeszcze ze średniowiecza. Hanami, information pills pisane znakiem na kwiat i znakiem na patrzenie, jest właśnie tym ? oglądaniem rozkwitających kwiatów sakury, czyli japońskiej odmiany wiśni.

DSC00007 Tradycja hanami została zapoczątkowana w okresie Nara (lata 710-784), lecz centralnym punktem było wtedy oglądanie kwiatów śliwy. Sakura zaczęła być doceniana bardziej niż śliwa w okresie Heian (lata 794-1185) i od tego czasu w poezji słowo hana (?kwiat?) stało się praktycznie synonimem sakury. Z początku obserwowanie kwitnienia jej kwiatów służyło przepowiadaniu zbiorów w danym roku oraz rozpoczęciu sezonu siania ryżu. Zgodnie z wiarą shintoistyczną, rdzenną religią Japonii, wierzono, że drzewa sakury zamieszkują bogowie, więc składano im ofiary. Następnie spożywano owe ofiary, pijąc sake.

DSC00009

Panujący w latach 809-823 cesarz Saga jako pierwszy wprowadził hanami w jego obecnej formie. W czasie kwitnienia sakury urządzał pikniki pod drzewami w pałacu cesarskim w Kioto, ówczesnej stolicy Japonii. Pisano również wiersze na temat kwiatów sakury, które były postrzegane jako metafora życia ludzkiego: piękne, lecz nietrwałe i szybko przemijające.

DSC00011

Zwyczaj organizowania hanami rozprzestrzenił się z dworu cesarskiego na całą społeczność japońską i dzisiaj niemal każdy uczestniczy w tym wydarzeniu. Sezon na hanami rozpoczyna się pod koniec marca i trwa do połowy maja, ale nie znaczy to, że hanami można zorganizować w dowolnym dniu w tym czasie. Japonia jest krajem położonym w kilku strefach klimatycznych. Ludność mieszkająca na danej szerokości geograficznej ma od tygodnia do dwóch na podziwianie kwitnącej sakury; później kwiaty stają się niezwykle kruche i płatki opadają z nich pod wpływem najlżejszego podmuchu wiatru. Z tego powodu koniec marca to w rzeczywistości początek kwitnienia sakury na południu kraju, a połowa maja to jego koniec na północy. Wyjątkiem są położone daleko na południe wyspy archipelagu Okinawa, gdzie hanami organizuje się już w lutym. Aby ułatwić Japończykom planowanie hanami, Japońska Agencja Meteorologiczna nadaje komunikaty dotyczące okresu kwitnienia sakury w poszczególnych regionach kraju ? do zwykłej prognozy pogody dołączane są informacje z dokładnymi datami, pomiędzy którymi można podziwiać kwitnące drzewa.

DSC00025

Podczas hanami Japończycy organizują pikniki pod drzewami sakury. W miejscach o dużym zagęszczeniu drzew, takich jak parki, piknik może mieć charakter masowy. Ponieważ może być tam głośno i tłoczno, część osób wybiera mniej oblegane drzewa śliwy. Tradycyjnie pije się sake lub inne rodzaje alkoholu, popija zieloną herbatę oraz spożywa dango, czyli ryżowe kulki doprawione słodką czerwoną fasolą, zieloną herbatą lub jajkami. Oczywiście fotografowanie kwiatów również jest popularne, do tego stopnia, że w Internecie znaleźć można instrukcje dotyczące jak najbardziej estetycznego sposobu uchwycenia płatków na zdjęciach. Pikniki organizują rodziny, grupy przyjaciół, a także jednostki uniwersytetów.

DSC00033

Charakter hanami niestety skutkuje produkcją dużej ilości śmieci, a ponadto zdarza się, że uczestnicy zachowujący się zbyt głośno przeszkadzają innym, co w tej chwili wręcz stało się w Japonii problemem społecznym. Nikt jednak nie zamierza rezygnować z tej tradycji. Nic bowiem nie może równać się z przejściem aleją obsadzoną drzewami sakury, gdy lekki wiatr sprawia, że płatki wirują wszędzie niczym łagodny, różowy śnieg.

Patrycja  Świeczkowska

doktorantka z Katedry Orientalistyki UAM

Mój rok w Japonii

Dla osoby studiującej język japoński, information pills wyjazd do Japonii jest spełnieniem marzeń i poniekąd obowiązkiem. Nie ma lepszej metody nauki języka niż możliwość zamieszkania w kraju, this site w którym język ów jest używany przez ponad 90% mieszkańców. O wyborze mojej osoby jako studenta ?do wymiany? dowiedziałem się na parę dni przed ostatecznym terminem wysyłki swoich danych. Po małych problemach natury formalnej udało się pomyślnie wysłać dokumenty (dziękuję ci, EMS!) i zaczął się okres powolnego oswajania się z myślą o tym, że za parę miesięcy pojadę na rok do Japonii. Moim głównym zajęciem poza przedwczesnym zaliczaniem wykładów i zajęć było kolekcjonowanie przydatnych wskazówek od moich senpai?ów (starszy kolega ?po fachu?). Dowiedziałem się, między innymi, że powinienem zaopatrzyć się w zapas antyperspirantów, ponieważ w Japonii nie kupię nic takiego (a przynajmniej podobnego). Poza tym warto zabrać również więcej par spodni i butów ponieważ wersje japońskie niekoniecznie odpowiadają wielkością naszym, europejskim częściom ciała.

Bez tytułuNadeszła pora wylotu. Zostawiłem bliskich w ojczyźnie i zwróciłem się ku znanemu/nieznanemu. Walizka wypakowana do granic możliwości pękała w szwach, bilet w ręku, głowa pełna pytań, czekających na odpowiedź ? czy dam sobie radę?, czy wytrzymam rok?, czy te lata nauki języka wystarczą, by porozumieć się z Japończykami bez większych problemów? Lot trwał 16 długich godzin. Po przesiadce w Kopenhadze i Helsinkach wylądowałem na Międzynarodowym Lotnisku w Osace i wsiadłem do autobusu do Kyoto. Pierwsze wrażenie? Pogoda, a raczej brak większej różnicy pomiędzy pogodą w Polsce i w Japonii, w tamtej zwłaszcza porze roku. Była to końcówka marca, w Japonii było więc wiosennie, jak w Polsce, a temperatura od 15 do 20 stopni na plusie. Już myślałem, że opowieści o wysokich temperaturach i wilgotności nie do wytrzymania były rozdmuchane. Jak się później okazało, nie mogłem się bardziej mylić.

Wyjazd na rok do Japonii ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że ma się możliwość doświadczenia wszystkich pór roku, a co za tym idzie, także corocznych świąt. Minusem natomiast jest przymus wytrzymania tych okresów, które niekoniecznie pozwalają człowiekowi oddychać swobodnie (pora deszczowa, lato). Na szczęście Japonia przywitała mnie pogodą, która dała mi czas na przyzwyczajenie się do niej.

Bez tytułu1

Było to o tyle dobre, że mogłem skupić się na przystosowaniu do warunków panujących w akademiku, poznaniu wszystkich studentów z wymiany, wybraniu zajęć na uczelni oraz obeznaniu się z otaczającym mnie terenem. Japończycy podczas wynajmowania mieszkania, jako jeden z podstawowych warunków, stawiają położenie względem konbini. Konbini to skrót od zapożyczenia z języka angielskiego convenience store. Jest to dalekowschodni kuzyn naszej, swojskiej Żabki. Różnią się tym, że w sieciach takich jak 7/11, Ministop czy też Lawson można zaopatrzyć się prawie we wszystko, pomijając oczywiste pozycje takie jak jedzenie czy alkohol. Mamy tu podstawowe ubrania, kserokopiarkę, maszynę do drukowania zdjęć, dozownik gorącej wody używany w celu przygotowania zupek instant, mikrofalówki do gotowych posiłków, możliwość opłacenia rachunków oraz wykonywania przelewów itp. Dlatego też wiedza na temat położenia konbini jest podstawą funkcjonowania i przeżycia w Japonii.

Kolejną rzeczą, która ułatwi życie w tym odległym kraju, jest prozaiczny rower. Środki komunikacji miejskiej, choć rozwinięte do poziomu nieosBez tytułu2iągalnego dla Polski, są również nieosiągalnie drogie. Bilet na średnią odległość kosztuje w granicach 200 yenów, co wówczas wynosiło około 9 zł, przy braku zniżek studenckich! Ponieważ musiałem doliczyć jeszcze autobus do stacji metra w cenie 160 yenów (około 7 zł) i drogę powrotną, to razem wychodzi 32 zł. Dla porównania, cena poznańskiego biletu miesięcznego na tamten czas wynosiła, po zniżce dla studentów, około 40 zł. Na szczęście dla biednego studenta, którym wtedy byłem, koszt używanego roweru nie przekracza 250 zł, a pieniądze, które dzięki niemu zaoszczędziłem, można liczyć w setkach złotych.

Kupienie roweru nie jest jednak takie proste, jakby się mogło wydawać. W Japonii w tym celu trzeba okazać dowód tożsamości, w innym wypadku rower nie zostanie nam sprzedany. Jest to spowodowane przymusem rejestracji i przypisania go do jednego właściciela, co pomaga w odnalezieniu zagubionych lub skradzionych pojazdów. Japonia, pomimo jednego z najniższych współczynników przestępstw, jest miejscem, w którym kradzież rowerów jest zmorą wszystkich miast. Dlatego też warto zaopatrzyć się również w ubezpieczenie. Ze Bez tytułu3względu na charakterystykę japońskiego terenu, drogi nie zawsze są przystosowane do umieszczenia na nich, obok siebie, jednocześnie ulicy, chodnika ścieżki rowerowej. Nie jest to jednak wielki problemem, ponieważ Japończycy są przyzwyczajeni do rowerzystów i mają wyrobiony ?szósty zmysł?, jeśli chodzi o ustępowanie drogi. Wygląda to mniej więcej tak, jakby fala przechodniów na widok rowerzysty rozstępowała się niczym woda morska przed Mojżeszem.

Podróżowanie rowerem po Kyoto, w którym mieszkałem, bywa czystą przyjemnością, ponieważ miasto jest pięknie Bez tytułu4utrzymane. Znajdziemy w nim wiele zieleni, zabytków i główną rzekę Kamogawa, która przepływa przez prawie całe Kyoto. Wokół niej zorganizowano dróżki spacerowe, a gdy nurt dociera do centrum, zostaje otoczony przez liczne restauracje. Co więcej, pod mostem Sanjo, który przechodzi nad Kamogawą, znajduje się bardzo popularne miejsce spotkań. Ponieważ w Japonii picie alkoholu w miejscach publicznych jest dozwolone, a nad mostem Sanjo znajduje się konbini Lawson, co wieczór zbiera się tam liczna gromada amatorów taniego imprezowania. Klasykiem są tam koncerty małych zespołów oraz występy żonglerów ognia. Miejsce jest głośne i tętni życiem, przez co przyciąga nie tylko obcokrajowców, ale również liczne grupy tubylców.

Początek mojej przygody w Japonii był wypełniony nowymi doświadczeniami, które trudno jest opisać w tak krótkim tekście, dlatego też, jeśli czas pozwoli, przybliżę wam więcej z mojego wyjazdu w następnych wpisach.

Andrzej Wyduba

Etnolingwistyka, V rok

Co ma język do chórzysty, czyli o śpiewaniu w chórze pod kątem lingwistycznym

Nie będzie to pierwszy na niniejszym blogu wpis o muzyce. Nie będzie to również pierwsza tutaj wypowiedź studentki poznańskiej Akademii Muzycznej, medicine których w IJ, rx co ciekawe, purchase jest zadziwiająco wiele. Czy można w takim razie uznać, że zamiłowanie do muzyki idzie w parze z pasją do języków? A może większą rolę odegrała korzystna lokalizacja obydwu uczelni względem siebie oraz elastyczny rozkład zajęć na Etnolingwistyce?

Choć na powyższe pytania trudno dać jednoznaczną odpowiedź, nie ma wątpliwości, że znajomość języków bardzo się przydaje. Dowodzi tego m.in. tata-mysz w znanym dowcipie, który najpierw przegania czyhającego na jego rodzinę kota własnym ?szczekaniem?, a potem uświadamia małe myszki, że należy uczyć się języków obcych. W przypadku ludzi umiejętność posługiwania się nimi nie służy (z reguły) straszeniu innych, jest za to niezmiernie pomocna w czasie podróży, pozwala komunikować się za granicami ojczystego kraju oraz zwiększa nasze szanse na rynku pracy. Warto wspomnieć, że znajomość języków okazuje się nieoceniona również w przypadku… śpiewania w chórze.

Ponieważ wiele zespołów dba o różnorodny repertuar, chóry często wykonują utwory napisane w rozmaitych językach. Umiejętność poprawnej wymowy słów przez chórzystów znacznie przyczynia się do zrozumienia tekstu przez publiczność. Podczas występów w innym kraju niż własny utwory śpiewane w używanym tam języku zazwyczaj spotykają się z przychylnością, a nawet z podziwem ze strony słuchaczy, zwłaszcza jeśli język ten nie należy do najprostszych (choć bywa z tym różnie, czego dowodzi reakcja uczniów pewnego liceum w Amsterdamie na dźwięk ?O Denneboom?, holenderskiej wersji niemieckiej kolędy ?O Tannenbaum?, którzy przez cały czas trwania utworu zanosili się śmiechem).

Śpiewanie w nieznanych językach to bardzo ciekawe doświadczenie. Pozwala ono zauważyć i docenić piękno obcych słów, które nawet pozbawione warstwy semantycznej posiadają intrygujące brzmienie. Tekst utworów, często wielokrotnie powtarzany w przebiegu utworu, przypomina magiczne zaklęcie. Jako przykłady mogą tu posłużyć: pewna litewska pieśń, której melodia, podobnie jak słowa, nawiązuje do muzyki ludowej:

Sodauto, sodi bitel?

S?ju v?ju, čiutel?, sodi bitel? 

oraz czerpiący z węgierskiego folkloru utwór Zoltána Kodály?a:

Túrót ëszik a cigány, duba,

Veszekëdik azután, lëba,

Még azt mondja, pofon vág, duba,

Vágja biz a nagyapját, lëba! […]

Po zapoznaniu się z treścią utworu napisanego w obcym języku można skupić się na wydobyciu walorów słów, pracować nad ich poprawną wymową. Równocześnie trzeba pamiętać o tym, że tekst słowny nie jest w tym przypadku autonomiczny, ale tworzy jednorodną całość z warstwą muzyczną. Sposób wypowiedzenia wyrazu oraz odpowiednie artykułowanie głosek wpływają na poprawną intonację głosu, a wraz z melodią pomagają wydobyć z niego różne odcienie i wykreować nową jakość.

Poza kwestiami czysto artystycznymi, znajomość języków przydaje się również z powodów pragmatycznych, np. podczas organizacji koncertów zagranicznych chórów oraz wyjazdów zespołu na rozmaite konkursy czy festiwale. Często podczas tras koncertowych, w celu zmniejszenia kosztów podróży, nocleg odbywa się u rodzin goszczących, tak więc możliwość rozmowy z nimi pozwala dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy o kulturze i historii kraju, do którego przyjechaliśmy, a także zawrzeć przyjaźnie, która przetrwają dłużej niż jedynie kilka dni naszego pobytu u danej rodziny.

Zdarza się również, że z chórem współpracują zagraniczni dyrygenci, wokaliści lub instrumentaliści (nie spotkałam się jeszcze nigdy z sytuacją, by którykolwiek z nich specjalnie z tego powodu nauczył się polskiego, co zresztą wcale mnie nie dziwi), dlatego znajomość języków obcych znacznie usprawnia komunikację między muzykami i pozwala skupić się na interpretacji wspólnie przygotowywanych utworów. Podczas warsztatów Polskiego Narodowego Chóru Młodzieżowego pracowaliśmy z brytyjskimi artystami, którzy byli pozytywnie zaskoczeni tym, że chórzyści nie mieli żadnych problemów ze zrozumieniem ich wypowiedzi, a nawet sami dawali riposty lub opowiadali po angielsku kawały.

Śpiewanie w chórze posiada także walor edukacyjny. Wielokrotne powtarzanie utworu, wynikające z konieczności wyćwiczenia i utrwalenia melodii oraz tekstu, pozwala na pamięciowe przyswojenie słów, co może okazać się pomocne w późniejszej nauce języków. Przykładowo dobra znajomość tekstów sakralnych: Stabat Mater czy Requiem Aeternam, poddawanych muzycznemu opracowaniu przez kompozytorów rozmaitych epok, bardzo przydała mi się podczas zajęć z łaciny.

Joseph Haydn mawiał, że język muzyki rozumie cały świat. Nie uwzględnił jednak faktu, że posługując się tylko nim trudno byłoby np. uzgodnić organizacyjne sprawy dotyczące wyjazdu zespołu w trasę koncertową lub na festiwal. W obecnych czasach znajomość języków obcych jest nieodzowna, a działalność muzyczna inspiruje do ich nauki. Właściwie dzięki śpiewaniu w chórze na pierwszym roku studiów zdecydowałam się wybrać francuski jako drugi język specjalizacyjny ? chciałam pokonać trudności, jakie dotychczas sprawiała mi w śpiewie francuska wymowa. Może za kilka lat jakiś utwór chóralny zmotywuje mnie do nauki kolejnego języka? A może niniejszy wpis zachęci kogoś do spróbowania swoich sił w chórze? W końcu języki obce znacie, a to już połowa sukcesu.

Weronika Jarzyńska

Etnolingwistyka, IV rok

Kraj Basków – niedoceniony zakątek Hiszpanii.

!!! Uprzedzam lojalnie, information pills iż treści zawarte w poniższym tekście są jednostronne i nieobiektywne. A  takie właśnie muszą być, skoro pisane są: po pierwsze ? przez pasjonata Kraju Basków, profesjonalnie związanego z turystyką w tym regionie, oraz po drugie ? przez męża rodowitej Baskijki ? Amai Dones Mendia, wykładowczyni języka baskijskiego w Instytucie Językoznawstwa. Celem nadrzędnym wpisu jest jednak zwrócenie uwagi, o czym należy pamiętać, gdy wybieramy się w te, jakże niepowtarzalne, okolice świata !!! 

Bez tytułu

Od kilku lat Kraj Basków staje się jednym z najchętniej odwiedzanych regionów Hiszpanii. Na wakacyjny odpoczynek wybierają się tutaj poza Hiszpanami także przedstawiciele wielu innych narodowości, którzy cenią sobie piękno skalistych wybrzeży i malowniczych plaż, a przy okazji bliskość gór oraz ofertę kulinarną powszechnie uważaną za najlepszą
w Hiszpanii.

Z żalem należy stwierdzić, iż wiele osób podróżujących do Hiszpanii koncentruje się głównie na odwiedzeniu kilku najbardziej popularnych rejonów, jak wybrzeże Morza Śródziemnego, Kastylia czy Andaluzja. Warto tutaj jednak zauważyć, że ludność zamieszkująca te prowincje na cel swoich letnich urlopów wybiera właśnie Kraj Basków, w ten sposób starając się uciec od wakacyjnych tłumów. W tym regionie każdy znajdzie coś dla siebie. Nie brakuje tu ani malowniczych plaż rozsianych między klifami, ani górskich ścieżek perfekcyjnie nadających się na jednodniowe wędrówki. Ryby i owoce morza, świeże warzywa, wysokiej jakości produkty spożywcze stanowią sekret kuchni baskijskiej, zdobywającej ostatnimi laty międzynarodowe uznanie. Dzieje się tak, gdyż jest to gastronomia nie tylko smaczna, lecz przede wszystkim zdrowa.

Bez tytułu1

San Sebastian, Bilbao, Pamplona czy Rioja Alavesa… to miejsca zdecydowanie warte odwiedzenia, lecz nie jedynie zwiedzenia. To samo dotyczy urokliwego skalistego wybrzeża z jednym z najpiękniejszych fliszów świata w Zumaia, szlaku św. Jakuba przecinającego Kraj Basków, czy plaż i nadmorskich miejscowości już od XIX wieku wybieranych na siedziby letnich rezydencji hiszpańskiej rodziny królewskiej. Teraz te miejscowości bywają m.in. organizatorami Mistrzostw Świata w surfingu (Mundaka i Zarautz) czy Europejską Stolicą Kultury 2016 (San Sebastian). Odwiedzając Kraj Basków należy koncentrować się nie tylko na dostrzeżeniu piękna kryjącego się w tym zakątku świata, lecz równie ważne jest zdybycie unikalnych doświadczeń poprzez uczestnictwo w czynnościach lub zwyczajach typowych dla miejscowych społeczności. W przypadku całego Kraju Basków, a w szczególności San Sebastian, który utożsamiany jest z kulinarną stolicą Hiszpanii, te „doświadczenia” związane są właśnie z jedzeniem.

Wyjście na kolację czy obiad składający się z „pintxos”, czyli hiszpańskich tapas, to najpopularniejsza, ale nie jedyna forma naśladowania Basków. Kolacja w prywatnym klubie gastronomicznym (do którego do niedawna wstęp mieli jedynie mężczyźni) jest jedną z tych niezapomnianych atrakcji. Dodatkowego uroku dodaje fakt, iż uczestnicy takich zdarzeń przy odrobinie szczęścia mogą być naocznymi świadkami przygotowania całego posiłku. Dużą popularnością wśród Basków (i ich naśladowców) cieszą się także obiady w lokalnych restauracjach, które są zarazem winiarniami, specjalizującymi się w produkcji cydru. Ostrzeżenie: ten jabłkowy trunek tylko z pozoru wydaje się być ?sokiem? J. Innymi moimi ulubionych atrakcjami w Kraju Basków są wypady do lokalnych producentów białego wina Txacoli, sera owczego, oliwy z oliwek, soli czy też wina w regionie Rioja Alavesa. Wizyty
w tych miejscach są rodzajem wypraw edukacyjnych, gdyż pozwalają dowiedzieć się, na czym polegają pełne procesy produkcjyjne oraz dają możliwość degustacji wszystkich prezentowanych tam produktów. Bez tytułu2

Aby wszystkim zaintersowanym uczestnictwem w tych doświadczeniach dać taką szansę, stworzone zostało lokalne biuro podróży San Sebastian Urban Adventures.

http://www.sansebastianurbanadventures.com

https://www.facebook.com/SanSebastianUrbanAdventures

Bez tytułu3

http://www.tripadvisor.es/Attraction_Review-g187457-d4544181-Reviews-San_Sebastian_Urban_Adventures_Private_Tour-San_Sebastian_Donostia_Guipuzcoa_Prov.html

 

Tomasz Kolinski

O Świętym Mikołaju, co na imię miał Vasili, czyli święta po grecku

Jednym z najważniejszych świąt chrześcijańskich jest Boże Narodzenie. Jest to święto uwielbiane tak przez dzieci jak i dorosłych, dosage kojarzące się przede wszystkim ze świąteczną choinką udekorowaną bombkami i lampkami, a także starszym, siwym, ubranym na czerwono świętym Mikołajem jeżdżącym na saniach. W zaprzęgu ma dwanaście reniferów. Czy można wyobrazić sobie te Święta inaczej? Otóż można! Pomimo wszechogarniającej globalizacji, której przejawem jest powolna okcydentalizacja (obecna zwana jest również westernizacją) nie tylko Europy, ale także Świata, nadal możliwe jest odnalezienie regionów, a nawet niekiedy i całych państw, które oparły się tej tendencji zachowując i kultywując stare, charakterystyczne dla nich tradycje i zwyczaje.

Przykładów nie trzeba szukać daleko, ponieważ są to kraje członkowskie Unii Europejskiej: Republika Grecji oraz Republika Cypru. Na terenach tych państw przełom grudnia i stycznia stanowi najdłuższy okres świąteczny w roku nazywany Dodekaimero, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Dwunastodniówka lub Dwanaście Dni Świątecznych. Jak sama nazwa wskazuje ? trwa on dwanaście dni, łącząc dwa kościelne święta: Christujena (Boże narodzenie) 25 grudnia i Theofania (Objawienie Pańskie) 6 stycznia.

Jak na całym świe1cie, także i w Grecji Boże Narodzenie poprzedza przedświąteczna gorączka, kiedy to nie tylko domy, ale i całe miejscowości przechodzą diametralną metamorfozę. Typowe dla architektury śródziemnomorskiej wąskie i kręte uliczki, a także miejskie place i ryneczki zapominają na chwilę o szarej codzienności ? rozświetlają się wielokolorowymi migocącymi światełkami. Duże przywiązanie tego narodu do morza ?  pełniącego istotną rolę nie tylko w greckiej kulturze, ale także i świadomości ? sprawia, że na placach, budynkach, także na przystaniach, nad świąteczną choinką dominują wizerunki kolorowych świecących łódeczek. Chociaż w domach powoli zaczynają pojawiać się udekorowane choinki, to jednak pozostaje nadal żywa, starsza tradycja trzymania w domu płytkiej misy z gałązką bazylii owiniętą wokół krzyża, który w okresie Dodekaimero służy jako kropielnica. Codziennie macza się go w wodzie święconej, którą pokrapiany jest dom. Wierzy się, że czynność ta utrzymuje z dala od domu złe duchy nazywane Kalikandzari. W wigilijny wieczór na ulice wychodzą grupki młodzieńców, którzy przy wtórze bębenków, trójkątów oraz fletów śpiewają bożonarodzeniowe kolędy. W zamian, za ładne wykonanie, kolędnikom przysługuje nagroda w postaci cukierków, ciastek bądź pieniędzy.

Czymże jednak byłyby Święta Bożego Narodzenia bez uroczystej wieczerzy? Chociaż Grekom obca jest tradycja podawania dwunastu potraw, nieprawdą byłoby stwierdzenie,2 że jest ona mniej obfita. Na świątecznym stole zazwyczaj dominuje jagnięcina (nawiązując do tradycji pasterskich), wieprzowina bądź indyk w towarzystwie szpinaku, nabiałów, a także różnorodnych sałatek i warzyw. Ponadto na stole nie może zabraknąć christopsomo, czyli świątecznego chleba. Nie znajdziecie tam jednak wigilijnego barszczu. Tradycyjną świąteczną zupą jest gotowana na jagnięcych jelitach Majirica. Pod koniec kolacji, w ramach deseru, dzieci (i nie tylko one) objadać mogą się dowoli wypiekami, takimi jak baklava, kataifi, melomakarona czy kurubiedes.

Niestety, jednak nie wszystko złoto co się świeci, Boże Narodzenie bowiem, oprócz chwil błogich i szczęśliwych, skrywa również małą mroczną tajemnicę. Tego dnia z piekielnych czeluści wydostają się na wolność kalikandzari ? złe duchy przypominające z wyglądu gnomy. Są to istoty małe i psotliwe, a największą przyjemność sprawia im uprzykrzanie życia ludziom. To właśnie z ich powodu należy zachować szczególną ostrożność i pieczołowicie zabezpieczać dom, pokrapiając go codziennie wodą święconą. Podtrzymuje się także ogień w piecu, dzięki czemu złe duchy nie mogą wśliznąć się do środka przez komin.

3

4A co ze Świętym Mikołajem? Może się wydawać, że wbrew wszelkim zapewnieniom, iż objeżdża on w nocy z 24 na 25 grudnia cały Świat, wręczając prezenty wszystkim dzieciom, to Grecja została jednak przez niego zapomniana. Nie jest to prawda. Zjawia się on także i tam, tyle tylko, że dopiero 1 stycznia i to pod pseudonimem  Ai-Vasilis, czyli św. Bazyl. Spowodowane jest to faktem, że w Grecji pierwszy dzień nowego roku (tzw. Protochrinia) jest dniem uroczystym i świątecznym, niemniej magicznym niż 24 i 25 grudnia. Tego bowiem dnia niemalże każda codzienna czynność nabiera znaczenia symbolicznego, a jej nieprawidłowe wykonanie może całej rodzinie przynieść pecha w nowym roku. Dlatego też zawsze należy się upewnić, że wstaje się właściwą nogą z łóżka, a pierwszym gościem przekraczającym próg domu jest mężczyzna. Ponadto, w celu zapewnienia w nowym roku szczęścia rodzinie, należy rzucić owocem granatu w próg domostwa. Jednak także i tutaj należy zachować ostrożność, ponieważ źle rzucony owoc nie rozbije się i… tym samym przynosząc skutek przeciwny do zamierzonego. Gdy już zapewnimy sobie i rodzinie szczęście, zaczynamy sprawdzać, komu w rodzinie przypadło go najwięcej. W tym celu zaczynają się gry i zabawy, wśród których dominują gry karciane.

Także ten dzień obfituje w potrawy na świątecznym stole. Mają one zapewnić dostatek w nowym roku. N5ajważniejszą z nich jest Vasilopita  (ciasto św. Bazylego), która pojawia się na stołach w Grecji nieprzerwanie od czasów Bizancjum. I może nie byłoby nic niezwykłego w tym prostym cieście przypominającym nieco polską babkę, gdyby nie ukryta w jej wnętrzu moneta. Zgodnie z tradycją ową monetę znajdzie w swoim kawałku ten, komu w nowym roku będzie dopisywało największe szczęście.

Cały dwunastodniowy okres świąteczny zamyka obchodzone 6 stycznia święto Objawienia Bożego, przypominające ważny dla chrześciOLYMPUS DIGITAL CAMERAjan dzień chrztu Jezusa. Główna uroczystość tego dnia odbywa się w pobliżu zbiornika wodnego (nad jeziorem, rzeką, stawem lub morzem), gdzie odprawiane jest nabożeństwo poświęcenia wód zwieńczone ceremonialnym wrzuceniem krzyża do wody. Wówczas, nie bacząc na zimową porę, młodzieńcy rzucają się do lodowatej wody, w celu wyłowienia krzyża. Ten, któremu uda się ta sztuka, zostanie pobłogosławiony, a przez cały rok nie zabraknie mu szczęścia. Ponadto, dzięki poświęceniu wód, kalikandzari zostają wypędzone i ponownie uwięzione w podziemnych czeluściach, gdzie wracają do ulubionej czynności ? podgryzania fundamentów Ziemi. Tam też wyczekują kolejnej okazji ucieczki na powierzchnię.

Czas Dodekaimero jest okresem radości i szczęścia, pełnym magii, ludowych tradycji oraz niewinnych zabobonów. Jest to jednocześnie okres niebezpieczny, a każde niedopełnienie jakiegoś obowiązku, każda nieostrożność bądź niewystarczająca pieczołowitość, może sprowadzić nieszczęście nie tylko na nieuważną osobę, ale także na całą jej rodzinę. Jest rzeczą niezwykłą i wartą podkreślenia, że pomimo wiszącej nad Europejczykami groźby zatracenia własnych narodowych tradycji i zwyczajów, które wypiera kultura zachodnia (w dużym stopniu amerykańska, która zawładnęła całkowicie międzynarodowymi mediami), wciąż na naszym kontynencie istnieją oazy tradycji, w ramach której kultywuje się niezwykle cenne zwyczaje przodków.

Kamil  Trąba

doktorant w IJ UAM