Fakultet literacki, czyli… poeci są wśród nas

Od czterech bodaj lat prowadzę w ramach swojego modułu medioznawczego także warsztaty z twórczego pisania. Podczas kursu uczestnicy zajęć poznają nie tylko podstawowe gatunki literackie w obrębie liryki, sick epiki i dramatu, stomach ale także praktycznie ćwiczą (z piórem w ręce) poruszanie się w obrębie tych gatunków. Mam nadzieję, buy że dla przyszłych tłumaczy wszelkie próby własnej twórczości ? zwłaszcza próby interesujące i udane ? są nie do przecenienia. Całorocznym obowiązkiem każdego uczestnika tych zajęć jest także prowadzenie własnego dziennika literackiego, którego fragmenty raz na dwa miesiące zostają publicznie zaprezentowane przez Autorki i Autorów reszcie grupy. Dzisiaj, ponieważ mamy za sobą połowę pierwszego semestru w sezonie 2014/2015, pragniemy zaprezentować dorobek poetycki studentek i studentów, będący namacalnym śladem po czasie spędzonym na zajęciach z przedmiotu twórcze pisanie. Ta zbiorowa prezentacja niech stanie się zaczynem ewentualnych szerszych działań poetyckich w obrębie Instytutu Językoznawstwa, działań adresowanych przede wszystkim do uzdolnionej literacko młodzieży, która jakże często pozostaje ze swoimi pasjami w cieniu uznanych autorytetów. Jestem przekonany, że ta drobna próbka sprawności warsztatowej studentów zaowocuje szerszą aktywnością literacką naszego środowiska akademickiego. Pragnę też zapewnić Szanownych Czytelników, że kilka  spośród prezentowanych niżej wierszy może z powodzeniem konkurować z zawartością niejednej książki poetyckiej, jakie każdego roku rozpoczynają swój żywot na polskim rynku wydawniczym. I na koniec drobna uwaga ? warto pamiętać, że to są tylko próby i ćwiczenia, zwracam się więc do Szanownych Czytelników z prośbą o życzliwość dla poetyckich debiutantów. (K. Sz.) Continue reading

Reportaż. Pyzdry – powrót po latach…

Pyzdry istnieją w mojej świadomości od lat 70. XX wieku, page kiedy to z Gniezna ?  przez Wrześnię i Kalisz ? jeździłem z rodzicami samochodem do Kępna, na grób dziadka Wojciecha Stefaniaka. Zawsze wtedy, rok po roku, nieustająco zadziwiały mnie dwa, jakże różne, oblicza Pyzdr, czyli krajobrazu miejskiego i dostrzeżonej nieco później fotogeniczności poznawanych w nim (w tym krajobrazie) miejsc niezmiennych oraz miejsc podlegających niespiesznym nieustającym zmianom, a nawet dramatycznej korozji lub reaktywacji w obrębie małomiasteczkowej czasoprzestrzeni. Wjeżdżając do Pyzdr od strony Wrześni, zawsze pod koniec października, czyli dzień lub dwa przed 1 listopada, mijałem rozciągające się na równinie niemal po horyzont pola, sady, zagony warzywne, łąki, bogate wiejskie gospodarstwa i małorolne zagrody. W latach 70., a zwłaszcza w latach 80., była to szara kraina. Szara szarością zdychającego komunizmu, który na długie lata zmroził tę część Europy oddechem bolszewickiej imperialnej Rosji. Droga na Kalisz nieznacznie tylko zahaczała o miasto, więc nigdy podczas tych wypraw samochodem do Kępna nie poznałem najstarszej części miasta. Nie poznawałem jej także w drodze powrotnej z Kępna do Gniezna, bo to ciągle była ta sama droga, która omijała centrum miasta, tyle tylko, że wtedy most na Warcie otwierał przede mną niezwykłej urody nadrzeczną skarpę z jej historyczną, klasztorną zabudową. Ta krajobrazowa dwoistość Pyzdr zawsze pobudzała moją wyobraźnię i dlatego pod koniec lat 80., kiedy przyjechałem tam po raz pierwszy jako dziennikarz, autor cyklu reportaży o nadwarciańskich miastach i miasteczkach Wielkopolski, swoista uroda i małomiasteczkowa szarzyzna Pyzdr zlały się w mojej świadomości w ciekawość podszytą ekscytacją, w chęć powrotu do świata pełnego znaków i zagadek, które muszę rozkodować i rozwikłać, jeśli chcę zrozumieć socjologiczny i kulturowy fenomen tego miejsca.

Panorama Pyzdr. Widok z mostu

Tekst ?Między Uniejowem a Pyzdrami? (do którego zdjęcia wykonał wówczas Maciej Kuszela), napisany w ramach cyklu Z biegiem Warty, został opublikowany w lutym1989 roku w ukazującym się w Poznaniu ogólnopolskim miesięczniku społeczno-kulturalnym ?Nurt?. Oto jego fragment dotyczący Pyzdr oglądanych u schyłku komuny, kilka miesięcy przed zmianą ustrojową… Continue reading

ŻYCIE WEDŁUG BUDDY

Dłoń człowieka

nie może zgarnąć

więcej niż garstka liści

tak i jego życie

wiele nie potrzebuje.

Ile mu wystarczy

sam człowiek wie.

Więcej ponad to, more about ile trzeba

to już chciwość

a ta

i żądza wygranej za każdą cenę

to droga do labiryntu

który nigdy nie będzie

użyteczny człowiekowi.

NGUYEN CHI THUAT

wiersz z tomiku pt. ?Z nurtem Warty?

Gnieźnieńskie antywidokówki i antymetaforyczne wiersze

W Galerii Autorskiej Jana Kaji i Jacka Solińskiego odbyło się spotkanie poetyckie z Maciejem Krzyżanem połączone z otwarciem wystawy fotografii Krzysztofa Szymoniaka.
Można było przypuszczać, treat że w galerii przy ul. Chocimskiej 5 będzie w czwartkowy wieczór pustawo. Bohaterami wieczoru mieli być bowiem artyści z Gniezna, medications w naszym mieście znani tylko garstce osób. Tymczasem w piwnicznej izbie nobilitowanej przez współgalerników do roli sali wystawowej było pełno. Jak się okazało, mind prawie połowę krzeseł zajęli członkowie rodzin oraz przyjaciele Macieja Krzyżana i Krzysztofa Szymoniaka, którzy specjalnie przyjechali z Gniezna, a także Poznania, Wągrowca i Sopotu.

Fot. (jn)Fot. (jn)Fot. (jn)Fot. (jn)

Fot. (jn)Fot. (jn)Fot. (jn)Fot. (jn) Continue reading

Hanami, czyli japońska wiosenna tradycja

Wraz z nadejściem wiosny w Polsce przygotowujemy się do świąt Wielkiej Nocy, this a następnie snujemy plany jak najlepszego wykorzystania majówki. Japończycy natomiast planują hanami. Nie jest to święto per se, approved lecz tradycja wywodząca się jeszcze ze średniowiecza. Hanami, information pills pisane znakiem na kwiat i znakiem na patrzenie, jest właśnie tym ? oglądaniem rozkwitających kwiatów sakury, czyli japońskiej odmiany wiśni.

DSC00007 Tradycja hanami została zapoczątkowana w okresie Nara (lata 710-784), lecz centralnym punktem było wtedy oglądanie kwiatów śliwy. Sakura zaczęła być doceniana bardziej niż śliwa w okresie Heian (lata 794-1185) i od tego czasu w poezji słowo hana (?kwiat?) stało się praktycznie synonimem sakury. Z początku obserwowanie kwitnienia jej kwiatów służyło przepowiadaniu zbiorów w danym roku oraz rozpoczęciu sezonu siania ryżu. Zgodnie z wiarą shintoistyczną, rdzenną religią Japonii, wierzono, że drzewa sakury zamieszkują bogowie, więc składano im ofiary. Następnie spożywano owe ofiary, pijąc sake.

DSC00009

Panujący w latach 809-823 cesarz Saga jako pierwszy wprowadził hanami w jego obecnej formie. W czasie kwitnienia sakury urządzał pikniki pod drzewami w pałacu cesarskim w Kioto, ówczesnej stolicy Japonii. Pisano również wiersze na temat kwiatów sakury, które były postrzegane jako metafora życia ludzkiego: piękne, lecz nietrwałe i szybko przemijające.

DSC00011

Zwyczaj organizowania hanami rozprzestrzenił się z dworu cesarskiego na całą społeczność japońską i dzisiaj niemal każdy uczestniczy w tym wydarzeniu. Sezon na hanami rozpoczyna się pod koniec marca i trwa do połowy maja, ale nie znaczy to, że hanami można zorganizować w dowolnym dniu w tym czasie. Japonia jest krajem położonym w kilku strefach klimatycznych. Ludność mieszkająca na danej szerokości geograficznej ma od tygodnia do dwóch na podziwianie kwitnącej sakury; później kwiaty stają się niezwykle kruche i płatki opadają z nich pod wpływem najlżejszego podmuchu wiatru. Z tego powodu koniec marca to w rzeczywistości początek kwitnienia sakury na południu kraju, a połowa maja to jego koniec na północy. Wyjątkiem są położone daleko na południe wyspy archipelagu Okinawa, gdzie hanami organizuje się już w lutym. Aby ułatwić Japończykom planowanie hanami, Japońska Agencja Meteorologiczna nadaje komunikaty dotyczące okresu kwitnienia sakury w poszczególnych regionach kraju ? do zwykłej prognozy pogody dołączane są informacje z dokładnymi datami, pomiędzy którymi można podziwiać kwitnące drzewa.

DSC00025

Podczas hanami Japończycy organizują pikniki pod drzewami sakury. W miejscach o dużym zagęszczeniu drzew, takich jak parki, piknik może mieć charakter masowy. Ponieważ może być tam głośno i tłoczno, część osób wybiera mniej oblegane drzewa śliwy. Tradycyjnie pije się sake lub inne rodzaje alkoholu, popija zieloną herbatę oraz spożywa dango, czyli ryżowe kulki doprawione słodką czerwoną fasolą, zieloną herbatą lub jajkami. Oczywiście fotografowanie kwiatów również jest popularne, do tego stopnia, że w Internecie znaleźć można instrukcje dotyczące jak najbardziej estetycznego sposobu uchwycenia płatków na zdjęciach. Pikniki organizują rodziny, grupy przyjaciół, a także jednostki uniwersytetów.

DSC00033

Charakter hanami niestety skutkuje produkcją dużej ilości śmieci, a ponadto zdarza się, że uczestnicy zachowujący się zbyt głośno przeszkadzają innym, co w tej chwili wręcz stało się w Japonii problemem społecznym. Nikt jednak nie zamierza rezygnować z tej tradycji. Nic bowiem nie może równać się z przejściem aleją obsadzoną drzewami sakury, gdy lekki wiatr sprawia, że płatki wirują wszędzie niczym łagodny, różowy śnieg.

Patrycja  Świeczkowska

doktorantka z Katedry Orientalistyki UAM

Skąd w języku polskim wziął się fotografik?

Zacznijmy od stwierdzenia, że w pierwszym tomie „Uniwersalnego Słownika Języka Polskiego” (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2003, s. 936 i 937) obok słów fotograf  (człowiek zajmujący się wykonywaniem zdjęć fotograficznych, zwykle zawodowo) i fotografia (sposób wytwarzania trwałych obrazów przedmiotów, za pomocą klisz lub błon światłoczułych, na które działają promienie świetlne odbite od danych przedmiotów) znajdują się także słowa fotografik (fotograf wykonujący fotografie o walorach artystycznych; artysta fotograf) i fotografika (fotografia, fotografowanie pojmowane jako sztuka; fotografia artystyczna). Od razu dodajmy, że autorzy słownika przy słowach fotografik oraz fotografika użyli kwalifikatora: książkowy. We wstępie do pierwszego tomu USJP (s. XL-XLI) czytamy, że „dotyczy on jednostek słownikowych, których rozumienie i stosowanie wymaga przygotowania intelektualnego i kompetencji językowej większej niż te, które stanowią motywację używania słownictwa podstawowego; można zatem przyjąć, że kwalifikator książkowy odnosi się do tego podzbioru słownictwa, które charakteryzuje wypowiedzi osób należących do warstwy inteligencji humanistycznej”. Dla ścisłości dodajmy tylko, że słowa fotografik i fotografika odnotowuje także „Słownik Języka Polskiego” pod redakcją Witolda Doroszewskiego (Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1965, tom II, s. 956). Tutaj jednak autorzy słownika dodają od razu, że fotografika, czyli fotografia pojęta jako sztuka, a więc jako fotografia artystyczna, to termin wprowadzony przez Jana Bułhaka. W „Wielkiej Encyklopedii PWN” (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2002, tom 9, s. 272) Krzysztof Jurecki, autor hasła Fotografia artystyczna (fotografia estetyzująca), pisze między innymi o XIX-wiecznych piktorialistach, którzy zakładali świadome naśladowanie malarstwa przez fotografię. Ruch ten rozwijał się przede wszystkim we Francji. Dalej czytamy, że artystyczne zdjęcie (czyli fotogram) według piktorialistów musiało być wyrazem odczuwania piękna oraz twórczej interpretacji natury. Był to – co podkreśla K. Jurecki – naczelny postulat artystyczny także dla piktorialistów polskich, skupionych wokół J. Bułhaka i Fotoklubu Polskiego[1]. Jak widzimy jednak, autor hasła unika w swojej wypowiedzi słów fotografik i fotografika. Zapewne nie bez powodu.

Idźmy więc dalej. Oto w leksykonie Henryka Latosia „1000 słów o fotografii” (Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1979, s. 97) czytamy: fotografik – przyjęte w Polsce określenie zastrzeżone dla członków Związku Polskich Artystów Fotografików, używane też często na określenie obcych (zagranicznych) artystów-fotografów o liczącym się dorobku artystycznym; wprowadzone przez J. Bułhaka… oraz: fotografika – fotografia o walorach artystycznych, określenie wprowadzone przez J. Bułhaka… Także w „Ilustrowanej encyklopedii dla wszystkich. Podstawy fotografii” z roku 1981 (Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, Warszawa 1981, s. 52) istnieje hasło fotografika. Czytamy w nim, że określenie to odnosi się do fotografii artystycznej, że jest to dziedzina fotografii jako gałęzi sztuk plastycznych. W związku z tym fotografikę charakteryzują środki warsztatowe fotograficzne, a środki wyrazu – właściwe grafice artystycznej. Autorzy zawartości hasła dodają jeszcze, że pojęcia fotografiki, wprowadzonego przez Jana Bułhaka, nadużywa się niesłusznie do określania fotografii ogólnej lub fotografii amatorskiej.

W tej samej książce, której autorami są Mikołaj Iliński oraz Ryszard Kreyser, umieszczono hasło poświęcone wspomnianemu przez Henryka Latosia Związkowi Polskich Artystów Fotografików (patrz: Ilustrowana encyklopedia dla wszystkich… s. 233). Czytamy w nim: ZPAF – organizacja utworzona w 1947 roku, skupiająca polskich twórców w dziedzinie fotografii artystycznej, której celem jest rozwijanie i popularyzacja fotografii artystycznej, pogłębianie wiedzy zawodowej, współdziałanie z władzami oraz instytucjami zawodowymi i społecznymi w kwestiach dotyczących fotografii artystycznej, reprezentowanie i ochrona interesów artystycznych oraz zawodowych członków ZPAF, czuwanie nad przestrzeganiem przez członków zasad etyki w dziedzinie życia Związku i w pracy zawodowej. Na marginesie tylko dodajmy, że dożywotnim prezesem Związku został Jan Bułhak, a jego legitymacja członkowska ZPAF miała numer 1.

Pora już chyba zapytać, kim był Jan Bułhak i dlaczego duch jego anachronicznej fotografiki, tej polskiej wersji europejskiego piktorializmu (w kręgach historyków fotografii nazywanego niekiedy „bułhakowszczyznąˮ) ciągle unosi się nad rzeszami polskich fotografów amatorów (płci obojga) pretendujących z uporem godnym lepszej sprawy do miana – artysta fotografik? Zacznijmy od sprawy pierwszej. Krótki biogram Jana Bułhaka znajdujemy w książce Marii Anny Potockiej „Fotografia” (Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2010, s. 295). Czytamy w nim: Jan Bułhak (1876-1950) – fotografia piktorialna. Architektura i pejzaż. Staranny wybór momentu ujęcia. Poszukiwanie efektów malarskich zarówno w kompozycji, jak i w rozłożeniu światła. Zostawił po sobie sporo bardzo ładnych, ale artystycznie miernych zdjęć. Inspirator ruchu fotografii artystycznej w Polsce. Twórca terminu „fotografika”, oznaczającego fotografię aspirującą do bycia sztuką. Swoją zasadę „pokazywania świata piękniejszym” wykorzystywał w celach patriotycznych, ukazując w fotografiach przesłodzone piękno Polski. Estetyk fotografii, który cenił powierzchowne oddziaływanie sztuki sprowadzające się do odczuwania przyjemności i uczucia dumy, że „to jest moje”. Autor kilku książek i wielu albumów.

Sporo o Janie Bułhaku, wywodzącym się ze środowiska wileńskiego[2], pisze także Lech Lechowicz, między innymi w książce „Fotoeseje. Teksty o fotografii polskiej” (Fundacja Archeologia Fotografii, Warszawa 2010, s. 48-51). Rozdział zatytułowany Wilno i „fotografika”, w dużej części poświęcony właśnie Bułhakowi, pierwotnie ukazał sie w katalogu wystawy „Wileńskie środowisko artystyczne 1919-1945” (BWA Olsztyn, czerwiec 1989). Lech Lechowicz podkreśla fakt, że w pierwszych dekadach XX wieku, a zwłaszcza w okresie międzywojennym, elementem konsolidującym i znacząco oddziałującym na środowisko fotografów wileńskich było powołanie Zakładu Fotografii Artystycznej na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Kierownikiem zakładu został Bułhak i pełnił tę funkcję do 1939 roku. Siłą rzeczy więc fotografika uprawiana przez Bułhaka stała się podstawą rozwoju fotografii artystycznej nie tylko w Wilnie, była również teoretyczną podstawą rozwoju fotografii artystycznej w Polsce. Lech Lechowicz pisze dalej: Dość szybko okazało się, że w rzeczywistości kulturowej, cywilizacyjnej lat 20. i 30. XX wieku ten w znacznym stopniu anachroniczny program coraz trudniej jest obronić nawet we własnym środowisku (…). Na zewnątrz fotografiki rozwijała się sygnalizowana w niej samej nikłymi przebłyskami nowoczesna, nowa fotografia. Wywodziła się ona z odmiennej tradycji sztuki awangardowej XX wieku. Pomimo dostrzegalnej anachroniczności fotografiki w jej pierwotnym kształcie, oznaki nowoczesności w twórczości fotografów wileńskich pojawiały się jedynie jako przebłyski i u żadnego z nich nie skutkowały konsekwentną postawą nowoczesną.

Podsumowaniem wstępnej części rozważań niżej podpisanego niech będą uwagi i refleksje wywiedzione z książki Marcina Krzanickiego „Fotografia i propaganda. Polski fotoreportaż prasowy w dwudziestoleciu międzywojennym” (Universitas, Kraków 2013, s. 27 i 28). Zacytujmy interesujący nas fragment: Pionierem polskiego piktorializmu był związany z Lwowem Józef Świtkowski, późniejszy wykładowca fotografii na tamtejszym uniwersytecie. Jednak ton polskiej fotografii artystycznej przez długi czas (jeszcze w okresie po II wojnie światowej) nadawał Jan Bułhak. Debiutował w roku 1905, a fotografii uczył się w Dreźnie u Hugo Erfurtha. Od 1912 roku prowadził własny zakład fotograficzny w Wilnie. W uznaniu zasług dla propagowania fotografii i wiedzy, zarówno teoretycznej, jak i praktycznej, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości został kierownikiem pracowni fotograficznej oraz wykładowcą fotografii na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Wileńskiego. Przez cały okres pracy twórczej Bułhak propagował stworzoną przez siebie estetykę fotografii, którą oparł na założeniach Fotoklubu Paryskiego[3]. Była ona przeciwstawieniem niemieckiej „Nowej Rzeczowości”, prądu, który skupiał się na roli dokumentacyjnej i autentyzmie fotografii.

Według tych założeń – co podkreśla M. Krzanicki – fotograf miał być idealnym rzemieślnikiem, potrafiącym w najwyższym stopniu korzystać ze swoich narzędzi, czyli aparatu i materiałów światłoczułych. Jego zdjęcia nie miały jednak nieść ze sobą artystycznego piękna, ale pokazywać rzeczywistość w najdoskonalszy z możliwych sposobów. Wyrażało się to w dużej ostrości obrazów, fotografowaniu przedmiotów w zbliżeniach, prostej kompozycji obrazu, która nie odrywała widza od głównego tematu zdjęcia. W Polsce, w której dominowali wówczas zwolennicy estetyki Bułhaka, niemiecki model znalazł naśladowców prawie wyłącznie wśród zawodowych fotografów prasowych. W tej sytuacji nie może dziwić, że Jan Bułhak –  gdy pojawiły się aparaty małoobrazkowe, a wraz z nimi technika fotografowania „z rękiˮ (a nie ze statywu, na którym umieszczano skrzynkowy aparat wielkoformatowy) – nie zaakceptował tego typu innowacji. Uznał wręcz, że taki styl fotografii odziera ją z artystycznych walorów, pozwalając każdemu, bez większego namysłu w zakresie formy i treści, wytwarzać zwyczajne, a nawet banalne obrazki fotograficzne. Ostatecznie więc, aby oddzielić raz na zawsze artystów od całej reszty amatorów fotografujących wszystko co się da i jak się da, swoją i swoich wyznawców twórczość artystyczną nazwał fotografiką, natomiast siebie i swoich estetycznych współbraci nazwał fotografikami. Na koniec dodajmy jeszcze, że oba te neologizmy występują prawdopodobnie tylko w języku polskim, obok normalnej fotografii i normalnego fotografa. Język angielski np. załatwia tę kwestię opisowo: fotograf to po prostu photographer, a nasz rodzimy fotografik to fine art photographer. W „Wielkim słowniku polsko-angielskimˮ (PWN – Oxford, Warszawa 2004, s. 248) istnieje oczywiście także fotografika, w znaczeniu ‚fotografia artystyczna’, którą słownik definiuje jako fine art photography. Podobnie, czyli opisowo, wygląda to w języku niemieckim, gdzie nasz fotograf to der Fotgraf, a nasza fotografia to die Fotografie. Owszem,„Wielki słownik polsko-niemieckiˮ (PWN, Warszawa 2008, s. 154) odnotowuje także anachroniczne neologizmy, ale nasz fotografik to der Kunstfotograf lub der Fotokünstler (czyli po prostu artysta fotograf), a nasza fotografika to die Kunstfotografie lub die Fotokunst, czyli po prostu fotografia artystyczna.

Zupełnie na koniec trzeba wspomnieć, że określenia fotografika oraz fotografik od dawna nie funkcjonują już w środowiskach uczelni artystycznych, w kręgach zawodowych fotografów uprawiających fotografię usługową, fotografię reklamową, fotografię prasową czy inscenizowaną fotografię artystyczną i dokument fotograficzny. Określenie fotografik nadal funkcjonuje niemal wyłącznie w nazwie Związku Polskich Artystów Fotografików, ale już tylko jako bierny byt językowy i trwały człon nazwy własnej. Określenie to jednak ciągle jest bardzo żywotne i niezwykle konsekwentnie stosowane (uzus) w szerokich kręgach fotografujących amatorów (także zrzeszonych w różnego typu „ucyfrowionych” klubach i kółkach fotograficznych), którzy w tej nazwie upatrują szansy dowartościowania, a nawet swego rodzaju nobilitacji fotograficznej. Jednym słowem widzą w niej werbalną „artystyczną” nadzieję dla własnej, zazwyczaj nieporadnej twórczości fotograficznej. Nieporadność ta przejawia się przede wszystkim w bezrefleksyjności, miałkości motywów, powierzchowności oglądu i w braku wyrobienia estetycznego. I to bez względu na rodzaj posiadanego przez nich sprzętu. Nie ma też tutaj większego znaczenia ewentualna rozciągłość postpiktorialnych tematów, jakimi próbują oni docierać do istoty ładności i jądra wyrazistego piękna. Na pewno jednak lubią o sobie myśleć słowami „artysta fotografik” (choć brzmi to nieco tautologicznie), a najlepiej, gdy inni te słowa wypowiadają głośno w ich obecności i pod ich adresem, zwłaszcza podczas wernisaży wystaw fotograficznych, które są zazwyczaj – wbrew wszelkim definiującym zaklęciom i powtarzanym jak mantra słowom magicznym – jeszcze jedną nieudaną próbą „artystycznego” zobrazowania świata.

Krzysztof  Szymoniak


[1] Fotoklub Polski – jedna z pierwszych organizacji fotografików polskich, utworzona w 1929 r. w Poznaniu na zjeździe delegatów głównych ośrodków fotograficznych w Polsce. Początkowo członków F.P. wybierała Kapituła Seniorów składająca się z pięciu dożywotnich członków (J. Bułhak – prezes, M. Dederko, J. Kuczyński, H. Mikolasch, T. Wański, a od 1931 roku także W. Romer). W latach późniejszych wybór członków był uzależniony od zgody zjazdu F.P. Przywilejem członków było oznaczanie prac wystawowych godłem organizacji. Działalność F.P. trwała do wybuchu II wojny światowej [cytuję za: Mikołaj Iliński i Ryszard Kreyser, Ilustrowana encyklopedia dla wszystkich. Podstawy fotografii, Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, Warszawa 1981, s. 52].

[2] Jan Bułhak jeszcze przed wybuchem I wojny światowej zdobył uznanie jako fotograf, a także jako pieczołowity badacz przeszłości i swojskości Wilna, jego zabytków i krajobrazów.

[3] Jego twórcy (E.J.C. Puyo i R. de La Sizeranne) nawoływali do stosowania w fotografii estetyki rodem z malarstwa realistycznego, z mocnym zaznaczeniem czynnika emocjonalnego w wykonywanych pracach fotograficznych. Postulowali zerwanie z ostrością obrazu, która według nich jest niezgodna z naturalnym postrzeganiem świata przez człowieka.

WIERSZ Z ZASŁYSZANEJ HISTORII

Przed wyjazdem do Polski

na studia

dziewczyna

uparcie prosiła

swego chłopaka:

– żebyś co drugi dzień

list do mnie pisał

bo tęsknoty

nie znoszę.

A jej chłopak

jak obiecał

tak pisał

z dalekiego kraju.

Minęło pół roku

czekania

i westchnień.

Listów miłosnych

mnóstwo było.

Ale dziewczyna

z tęsknoty

za mąż wyszła

za listonosza.

 

NGUYEN CHI THUAT

wiersz z tomiku pt. „Z nurtem Warty”

O Świętym Mikołaju, co na imię miał Vasili, czyli święta po grecku

Jednym z najważniejszych świąt chrześcijańskich jest Boże Narodzenie. Jest to święto uwielbiane tak przez dzieci jak i dorosłych, dosage kojarzące się przede wszystkim ze świąteczną choinką udekorowaną bombkami i lampkami, a także starszym, siwym, ubranym na czerwono świętym Mikołajem jeżdżącym na saniach. W zaprzęgu ma dwanaście reniferów. Czy można wyobrazić sobie te Święta inaczej? Otóż można! Pomimo wszechogarniającej globalizacji, której przejawem jest powolna okcydentalizacja (obecna zwana jest również westernizacją) nie tylko Europy, ale także Świata, nadal możliwe jest odnalezienie regionów, a nawet niekiedy i całych państw, które oparły się tej tendencji zachowując i kultywując stare, charakterystyczne dla nich tradycje i zwyczaje.

Przykładów nie trzeba szukać daleko, ponieważ są to kraje członkowskie Unii Europejskiej: Republika Grecji oraz Republika Cypru. Na terenach tych państw przełom grudnia i stycznia stanowi najdłuższy okres świąteczny w roku nazywany Dodekaimero, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Dwunastodniówka lub Dwanaście Dni Świątecznych. Jak sama nazwa wskazuje ? trwa on dwanaście dni, łącząc dwa kościelne święta: Christujena (Boże narodzenie) 25 grudnia i Theofania (Objawienie Pańskie) 6 stycznia.

Jak na całym świe1cie, także i w Grecji Boże Narodzenie poprzedza przedświąteczna gorączka, kiedy to nie tylko domy, ale i całe miejscowości przechodzą diametralną metamorfozę. Typowe dla architektury śródziemnomorskiej wąskie i kręte uliczki, a także miejskie place i ryneczki zapominają na chwilę o szarej codzienności ? rozświetlają się wielokolorowymi migocącymi światełkami. Duże przywiązanie tego narodu do morza ?  pełniącego istotną rolę nie tylko w greckiej kulturze, ale także i świadomości ? sprawia, że na placach, budynkach, także na przystaniach, nad świąteczną choinką dominują wizerunki kolorowych świecących łódeczek. Chociaż w domach powoli zaczynają pojawiać się udekorowane choinki, to jednak pozostaje nadal żywa, starsza tradycja trzymania w domu płytkiej misy z gałązką bazylii owiniętą wokół krzyża, który w okresie Dodekaimero służy jako kropielnica. Codziennie macza się go w wodzie święconej, którą pokrapiany jest dom. Wierzy się, że czynność ta utrzymuje z dala od domu złe duchy nazywane Kalikandzari. W wigilijny wieczór na ulice wychodzą grupki młodzieńców, którzy przy wtórze bębenków, trójkątów oraz fletów śpiewają bożonarodzeniowe kolędy. W zamian, za ładne wykonanie, kolędnikom przysługuje nagroda w postaci cukierków, ciastek bądź pieniędzy.

Czymże jednak byłyby Święta Bożego Narodzenia bez uroczystej wieczerzy? Chociaż Grekom obca jest tradycja podawania dwunastu potraw, nieprawdą byłoby stwierdzenie,2 że jest ona mniej obfita. Na świątecznym stole zazwyczaj dominuje jagnięcina (nawiązując do tradycji pasterskich), wieprzowina bądź indyk w towarzystwie szpinaku, nabiałów, a także różnorodnych sałatek i warzyw. Ponadto na stole nie może zabraknąć christopsomo, czyli świątecznego chleba. Nie znajdziecie tam jednak wigilijnego barszczu. Tradycyjną świąteczną zupą jest gotowana na jagnięcych jelitach Majirica. Pod koniec kolacji, w ramach deseru, dzieci (i nie tylko one) objadać mogą się dowoli wypiekami, takimi jak baklava, kataifi, melomakarona czy kurubiedes.

Niestety, jednak nie wszystko złoto co się świeci, Boże Narodzenie bowiem, oprócz chwil błogich i szczęśliwych, skrywa również małą mroczną tajemnicę. Tego dnia z piekielnych czeluści wydostają się na wolność kalikandzari ? złe duchy przypominające z wyglądu gnomy. Są to istoty małe i psotliwe, a największą przyjemność sprawia im uprzykrzanie życia ludziom. To właśnie z ich powodu należy zachować szczególną ostrożność i pieczołowicie zabezpieczać dom, pokrapiając go codziennie wodą święconą. Podtrzymuje się także ogień w piecu, dzięki czemu złe duchy nie mogą wśliznąć się do środka przez komin.

3

4A co ze Świętym Mikołajem? Może się wydawać, że wbrew wszelkim zapewnieniom, iż objeżdża on w nocy z 24 na 25 grudnia cały Świat, wręczając prezenty wszystkim dzieciom, to Grecja została jednak przez niego zapomniana. Nie jest to prawda. Zjawia się on także i tam, tyle tylko, że dopiero 1 stycznia i to pod pseudonimem  Ai-Vasilis, czyli św. Bazyl. Spowodowane jest to faktem, że w Grecji pierwszy dzień nowego roku (tzw. Protochrinia) jest dniem uroczystym i świątecznym, niemniej magicznym niż 24 i 25 grudnia. Tego bowiem dnia niemalże każda codzienna czynność nabiera znaczenia symbolicznego, a jej nieprawidłowe wykonanie może całej rodzinie przynieść pecha w nowym roku. Dlatego też zawsze należy się upewnić, że wstaje się właściwą nogą z łóżka, a pierwszym gościem przekraczającym próg domu jest mężczyzna. Ponadto, w celu zapewnienia w nowym roku szczęścia rodzinie, należy rzucić owocem granatu w próg domostwa. Jednak także i tutaj należy zachować ostrożność, ponieważ źle rzucony owoc nie rozbije się i… tym samym przynosząc skutek przeciwny do zamierzonego. Gdy już zapewnimy sobie i rodzinie szczęście, zaczynamy sprawdzać, komu w rodzinie przypadło go najwięcej. W tym celu zaczynają się gry i zabawy, wśród których dominują gry karciane.

Także ten dzień obfituje w potrawy na świątecznym stole. Mają one zapewnić dostatek w nowym roku. N5ajważniejszą z nich jest Vasilopita  (ciasto św. Bazylego), która pojawia się na stołach w Grecji nieprzerwanie od czasów Bizancjum. I może nie byłoby nic niezwykłego w tym prostym cieście przypominającym nieco polską babkę, gdyby nie ukryta w jej wnętrzu moneta. Zgodnie z tradycją ową monetę znajdzie w swoim kawałku ten, komu w nowym roku będzie dopisywało największe szczęście.

Cały dwunastodniowy okres świąteczny zamyka obchodzone 6 stycznia święto Objawienia Bożego, przypominające ważny dla chrześciOLYMPUS DIGITAL CAMERAjan dzień chrztu Jezusa. Główna uroczystość tego dnia odbywa się w pobliżu zbiornika wodnego (nad jeziorem, rzeką, stawem lub morzem), gdzie odprawiane jest nabożeństwo poświęcenia wód zwieńczone ceremonialnym wrzuceniem krzyża do wody. Wówczas, nie bacząc na zimową porę, młodzieńcy rzucają się do lodowatej wody, w celu wyłowienia krzyża. Ten, któremu uda się ta sztuka, zostanie pobłogosławiony, a przez cały rok nie zabraknie mu szczęścia. Ponadto, dzięki poświęceniu wód, kalikandzari zostają wypędzone i ponownie uwięzione w podziemnych czeluściach, gdzie wracają do ulubionej czynności ? podgryzania fundamentów Ziemi. Tam też wyczekują kolejnej okazji ucieczki na powierzchnię.

Czas Dodekaimero jest okresem radości i szczęścia, pełnym magii, ludowych tradycji oraz niewinnych zabobonów. Jest to jednocześnie okres niebezpieczny, a każde niedopełnienie jakiegoś obowiązku, każda nieostrożność bądź niewystarczająca pieczołowitość, może sprowadzić nieszczęście nie tylko na nieuważną osobę, ale także na całą jej rodzinę. Jest rzeczą niezwykłą i wartą podkreślenia, że pomimo wiszącej nad Europejczykami groźby zatracenia własnych narodowych tradycji i zwyczajów, które wypiera kultura zachodnia (w dużym stopniu amerykańska, która zawładnęła całkowicie międzynarodowymi mediami), wciąż na naszym kontynencie istnieją oazy tradycji, w ramach której kultywuje się niezwykle cenne zwyczaje przodków.

Kamil  Trąba

doktorant w IJ UAM