Hymn Wietnamu

Tiến Quân Ca

W wolnym tłumaczeniu „Tiến Quân Ca”  można odczytać jako „Pieśń Maszerującej Armii”. Pieśń ta została napisana i skomponowana przez  Văn Cao w 1944 roku.

Podczas II wojny indochińskiej „Tiến Quân Ca” było oficjalnym hymnem Demokratycznej Republiki Wietnamu. Po zakończeniu wojny i powstaniu Socjalistycznej Republiki Wietnamu w 1976 roku, pieśń także została zaadaptowana jako hymn państwowy.

Tekst oryginalny

Polskie tłumaczenie

Đoàn quân Việt Nam đi
Chung lòng cứu quốc
Bước chân dồn vang trên đường gập ghềnh xa
Cờ in máu chiến thắng mang hồn nước,
Súng ngoài xa chen khúc quân hành ca.
Đường vinh quang xây xác quân thù,
Thắng gian lao cùng nhau lập chiến khu.
Vì nhân dân chiến đấu không ngừng,
Tiến mau ra sa trường,
Tiến lên, cùng tiến lên.
Nước non Việt Nam ta vững bền.
Đoàn quân Việt Nam đi
Sao vàng phấp phới
Dắt giống nòi quê hương qua nơi lầm than
Cùng chung sức phấn đấu xây đời mới,
Đứng đều lên gông xích ta đập tan.
Từ bao lâu ta nuốt căm hờn,
Quyết hy sinh đời ta tươi thắm hơn.
Vì nhân dân chiến đấu không ngừng,
Tiến mau ra sa trường,
Tiến lên, cùng tiến lên.
Nước non Việt Nam ta vững bền.
Żołnierze Wietnamu, maszerujemy naprzód,
Z jednością będziemy bronić swej Ojczyzny,
Nasze szybkie kroki brzmią,
Na długiej i trudnej drodze.
Nasza flaga, czerwona od krwi zwycięskiej,
Niesie naszego kraju ducha.
Odległe odgłosy wystrzałów łączą się z naszym śpiewem.
Ścieżka do chwały prowadzi przez ciała wrogów.
Pokonując przeszkody, wspólnie budujemy fundamenty naszego oporu.
Nieustannie dla sprawy ludowej walczymy,
Szybciej, maszerujmy ku polom bitewnym!
Naprzód! Ramię w ramię maszerujmy!
Nasz Wietnam jest silny, jest wieczny.

Żołnierze Wietnamu, maszerujemy naprzód!
Złota gwiazda na fladze naszej
Wiedzie nasz kraj, nasz rodzimy kraj,
Z dala od sknerstwa i cierpienia.
Połączmy nasze wysiłki w boju
Za budowę nowego jutra.
Powstańmy i skruszmy nasze łańcuchy i kajdany. Zbyt długo tłamsiliśmy swą nienawiść.
Nasza gotowość do poświęceń jest promieniem naszego życia.
Nieustannie dla sprawy ludowej walczymy,
Szybciej, maszerujmy ku polom bitewnym!
Naprzód! Ramię w ramię maszerujmy!
Nasz Wietnam jest silny, jest wieczny.

 

O autorze

Nguyễn Văn Cao urodził się 15 listopada 1923 r. w Hải Phòng. a zmarł 10 lipca 1995 r. w Hà Nội . Był poetą i malarzem. Obok Phạm Duy i Trịnh Công Sơn jest uznawany za jednego z trzech najznamienitszych twórców Wietnamskiej muzyki nowoczesnej.

Interesującym a zarazem tragicznym epizodem w życiu Văn Cao była afera Nhân Văn, określana również mianem „Ruchu Nhân Văn-Giai Phm „.

W północnym Wietnamie, w drugiej połowie lat 50 XX wieku, po pewnego rodzaju „wiośnie” wolności słowa, nastąpiła radykalna zmiana nastrojów. Dwa periodyki, wyżej wymienione, Nhân Văn i Giai Phm zostały zamknięte a ich pracownicy umieszczeni w więzieniach lub zostali wygnani. Gazety te, zanim je uciszono, publikowały artykuły mówiące o prawie każdego człowieka do własnych poglądów, krytykowały one również liderów Partii Komunistycznej, oskarżając ich o ustawiczne łamanie praw zawartych w Konstytucji Demokratycznej Republiki Wietnamu.

Văn Cao, jako jeden ze zbuntowanych zwolenników wolności intelektualnej, został poddany ostracyzmowi przez komunistyczną propagandę, a większość jego utworów, z kilkoma wyjątkami (w tym Tiến Quân Ca” ), została zakazana.

Rehabilitacja jego osoby, oraz wielu innych artystów i działaczy intelektualnych, nastąpiła dopiero po 1980 roku, po wprowadzeniu reform Doi Moi.

Maria Ziółkowska

Potomkowie smoków

Kiedy myślimy o najbardziej charakterystycznym symbolu Azji, do głowy przychodzi nam najczęściej smok. Jednak jest to inny smok niż ten, który pojawiał się w legendach naszego obszaru kulturowego; w Azji jest to długi jaszczur ze szponami, skrzydłami oraz lwią grzywą. Jego wizerunek kojarzymy zazwyczaj z Chinami, ale to w Wietnamie smoczy „kult” jest najbardziej rozpowszechniony. Istnieje ogromna ilość legend i mitów związanych z tymi stworzeniami. Należy również zaznaczyć, że smoki po dziś dzień są obecne w kulturze wietnamskiej i są dla ludzi niezwykle ważne.

 

Dzieje się tak dlatego, że Wietnamczycy uważają się za „potomków smoków”. Pierwsza, mityczna dynastia Hùng wywodzi się z rodu smoków. Zgodnie z mitem, ludzie są dziećmi Ptaka (symbolizującego życie na ziemi) oraz Smoka (reprezentującego życie w wodzie). Obie postaci stały się później symbolami pary cesarskiej (Feniks i Smok). Ptak i Smok przyjęły najpierw ludzką postać: Matki Âu Cơ oraz Lạc Long Quân (czyli Ojca Smoka). Z ich związku przyszło na świat sto jaj, z których wykluło się sto dzieci-gigantów (nawiązuje to do plemion żyjących na południe od rzeki Yangzi, zwanych ogólnie Bách Việt). Połowę dzieci Âu Cơ zabrała ze sobą w góry, gdzie nauczyła ich uprawy ryżu, gotowania, hodowli jedwabników oraz wytwarzania odzieży. Natomiast ojciec pokonał wiele potworów, stając się dla swych dzieci symbolem odwagi i niepodległości.

 

Pojawiają się rozbieżności między chińską wersją legendy i wietnamską, ponieważ Chińczycy twierdząc, że mityczny założyciel kraju Vietów był młodszym bratem władcy Chin, próbowali uzasadnić niepodległość i równorzędność Wietnamu wobec Chin, przy zachowaniu jednak relacji wasalnej, ku pamięci potomków młodszego brata, oddającego cześć potomkom starszego brata.

 

Zgodnie z dalszą częścią mitu, Ojciec-Smok na starość przekazał władzę swojemu synowi Hungowi. To właśnie on zapoczątkował dynastię 18 królów Hungów (nazywaną smoczą dynastią lub dynastią smoków), którzy władali państwem Van Lang (część plemion Bách Việt). Jego ziemie obejmowały część północnego Wietnamu i południowo-wschodnich Chin. Jeden z ostatnich Hungów miał według legendy niezwykle piękną córkę. O jej rękę rywalizowali ze sobą Duch Gór oraz Duch Wód. Jej ojciec wyznaczył im zdanie – ten, który jako pierwszy następnego dnia przyniesie wyznaczone podarki, poślubi jego córkę. Wygrał Duch Gór i to on poślubił dziewczynę. Duch Wód od tamtej pory po wieczne czasy na pamiątkę tego wydarzenia będzie podejmować walkę z Duchem Gór, czego skutkiem są powodzie.

 

Jest to wciąż jeden z najbardziej żywych mitów wietnamskich. Nawet słynny przywódca wietnamski Hồ Chí Minh w jednym ze swoich przemówień do ludu w bezpośredni sposób odniósł się do ludzi, jako do potomków smoków.

 

 

Patrycja Brzostowicz

Nha Trang

Niejednemu Wietnamczykowi na dźwięk tej nazwy świecą się oczy – w końcu to nazwa miasta będącego jednym z ulubionych miejsc beztroskich wakacji dla przyjezdnych i miejscowych. Dziś – turystyczny kurort pełen pięknych plaż niemalże w środku miasta, kiedyś – centrum II wojny indochińskiej, znanej szerzej jako „wojna wietnamska”.

 

Czym więc tak  naprawdę jest Nha Trang?

Mówi się, że za parę lat stanie się najpopularniejszym kurortem plażowym Azji. Już teraz swoimi widokami kusi miliony turystów z całego świata. Nie ma tu mowy o nudzie i leżeniu plackiem na plaży przez cały pobyt. Na przyjezdnych czeka szereg atrakcji – od nowoczesnych parków rozrywki, do zwiedzania historycznych miejsc (których w Nha Trang nie brakuje). Jednym z nich jest zapierająca dech w piersiach hinduistyczna świątynia czamska Po Nagar.

Wieczorami natomiast ulice miasta rozświetlone są kolorowymi szyldami nocnych klubów, które starają się przyciągnąć do siebie jak najwięcej ludzi. O dziwo, praktycznie nie ma tu podziału na kluby dla Wietnamczyków i dla turystów. Wszyscy bawią się razem. A co z barierą językową? Oczywiste jest, że nie każdy Wietnamczyk mówi po angielsku i nie każdy turysta mówi po wietnamsku, ale jak powszechnie wiadomo, po paru piwach używany język mocno traci na znaczeniu.

 

Niestety, w Nha Trang nie zawsze było tak kolorowo…

 Miasto wielu osobom kojarzyć się może z amerykańskimi produkcjami o wojnie wietnamskiej, np. film  „Czas Apokalipsy”.W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku znajdowała się tam amerykańska baza wojskowa. W 1966 utworzono tam Recondo School – profesjonalną szkołę zwiadowców dla najbardziej doświadczonych w Wietnamie żołnierzy i żołnierzy południowowietnamskich. W niej uczono setek umiejętności pozwalających przeżyć na terytorium należącym do nieprzyjaciela.

Po 3 tygodniach na kursantów czekał egzamin, czyli misja bojowa na terytorium wroga, a o jego zdaniu decydowali żołnierze Armii Północnego Wietnamu i partyzanci Vietcongu. Ci, którym udało się przeżyć, stawali się uszami i oczami wojsk amerykańskich, a ich istnienie było sekretem. Miało to na celu nie tylko utrzymanie w tajemnicy przed wojskami Północnego Wietnamu faktu, że na ich terenie czają się Amerykanie. Był to również sekret skrywany przed amerykańską opinią publiczną, która głośno krytykowała rząd za przedłużające się działania w Wietnamie.

 

Ewelina Konieczna

Fasola i sardynki…

Podczas gdy my jeszcze czekamy na nadejście wiosny i cieszymy się każdym, nawet najmniejszym promieniem słońca, Japończycy zdążyli już przywitać tę porę roku. Jak to się stało, że zawitała do nich wcześniej? Otóż wyjaśnienie jest prostsze niż się wydaje i nie chodzi wcale o to, że Japonia jest bardziej lubiana przez Panią Wiosnę.

W Japonii, podobnie jak w innych krajach Azji Wschodniej, rok jest podzielony na 24 części, których początek i koniec został dokładnie wyznaczony poprzez obserwację pogody, zachowanie zwierząt, roślin, a także długości ekliptycznej Słońca. Kalendarz ten, wywodzący się ze starożytnych Chin, nazywany jest 二十四節季 (nijuushi sekki), co w wolnym tłumaczeniu można rozumieć jako 24 dni kończące rok lub porę roku.

Pierwszy dzień wiosny w Japonii (立春 risshun) poprzedza wigilia nowej pory roku, określana jako 節分(setsubun). Jest to wyrażenie stosowane do każdej pory roku, chociaż przyjęło się tak nazywać tylko wigilię pierwszego dnia wiosny. Jest ona obchodzona 3 lutego (zgodnie z kalendarzem lunarnym) i połączona z tradycyjnym oczyszczaniem domostwa.  Związany jest z nim zwyczaj rzucania prażonymi ziarnami fasoli sojowej, zwany豆撒き (mamemaki), i wypowiadania magicznej formułki 鬼は外!福は内!(Oni wa Soto! Fuku wa uchi!) oznaczającej mniej więcej tyle samo, co: „Nieszczęście precz! Szczęście przyjdź!”. Wszystkie te czynności mają odpędzić demony, które chciałyby zrobić niewinnym ludziom na złość i popsuć im cały rok.

Zwyczaj Mamemaki wywodzi się z okresu Muromachi (XIV – XVI w. n.e.). Fasola najczęściej rzucana jest przez 年男(toshiotoko), czyli mężczyznę urodzonego w roku, któremu patronuje to samo zwierzę, co w roku obecnym, lub przez najstarszą osobę w domostwie. Rzucanie fasoli daje też dużo radości dzieciom, które bardzo często celują w dorosłego przebranego za męczącego ich domostwo demona. Dodatkowo, kiedy już wszystkie ziarna fasoli zostaną rozrzucone, są one bardzo często ponownie zbierane przez domowników i jedzone w określonej ilości, czyli tyle, ile mają lat plus jedna, żeby zapewnić sobie kolejny szczęśliwy rok.

Każdy region Japonii obchodzi wigilię i pierwszy dzień wiosny na swój własny, niepowtarzalny sposób. W Kansai tradycją jest jedzenie 恵方巻き(ehoumaki) lub 太巻き(futomaki), czyli rodzajów sushi zwanych również „rolką szczęśliwego kierunku”. Skąd wzięła się ta nazwa? Na każdej rolce takiego specjalnego sushi malowany jest kompas oraz znaki zodiaku. Kompas pokazuje znak zodiaku, który jest patronem danego roku (w tym roku jest to owca), a każda osoba, która chce zjeść tę rolkę sushi, powinna być zwrócona we wskazaną stronę świata. Dodatkowo zakup  lud budowa domu czy innej nieruchomości położonej w danym kierunku ma być szczęśliwą transakcją.

Z racji tego, że Setsubun uważane jest za święto dziejące się poza normalnym, w naszym rozumieniu, czasem, bardzo często praktykowana jest zamiana ról. Młode dziewczynki czeszą się na wzór starszych kobiet, starsze wracają do lat swojej młodości, noszone są przebrania, głównie związane z płcią przeciwną. Te zwyczaje są niezwykle popularne wśród Geish, które w ten sposób zapewniają rozrywkę swoim klientom.

Mieszkańcy regionu Fukushima również posiadają swoje własne zwyczaje pomagające im uchronić się przed demonami. Wieszają oni mianowicie suszone sardynki oraz ostrokrzewy przy wejściu do domu, aby w ten sposób odpędzić wszelkie zło. Dodatkowo mieszkańcy miasta Aizuwakamatsu trochę zmodyfikowali znany w całym kraju okrzyk i śpiewają: „鬼の目玉ぶっつぶせ!” (Oni no medama buttsubuse!) co można tłumaczyć jako „Wyłup demonom oczy!”. Troszkę brutalniejsza wersja, nie sądzicie? Wielu Japończyków udaje się  do świątyń, gdzie również ma miejsce wypędzanie zła i przywoływanie szczęścia, często w obecności  zaproszonych celebrytów czy zawodników sumo. Mnisi oraz zaproszeni goście rzucają fasolę, cukierki i niewielkie koperty z drobnymi sumami. Takie większe wydarzenia  są transmitowane w całym kraju, jednak uczestnicy potrafią wpaść w szał świętowania i stratować kilka osób starając się zdobyć rzucane drobiazgi.

W Japonii nie ma miesiąca, w którym nie byłoby żadnego święta. Obchodzone są one hucznie i trzeba przyznać, że jeśli Japończycy biorą się za świętowanie, robią to zawsze w oryginalny sposób.  Jednak to właśnie ta oryginalność i odmienność przyciąga nas do ich kraju jak magnes i pozwala na fascynację nawet czymś tak prostym jak pierwszy dzień wiosny.

 

 

Barbara Kostrzewa

Fakultet literacki, czyli… poeci są wśród nas

Od czterech bodaj lat prowadzę w ramach swojego modułu medioznawczego także warsztaty z twórczego pisania. Podczas kursu uczestnicy zajęć poznają nie tylko podstawowe gatunki literackie w obrębie liryki, epiki i dramatu, ale także praktycznie ćwiczą (z piórem w ręce) poruszanie się w obrębie tych gatunków. Mam nadzieję, że dla przyszłych tłumaczy wszelkie próby własnej twórczości – zwłaszcza próby interesujące i udane – są nie do przecenienia. Całorocznym obowiązkiem każdego uczestnika tych zajęć jest także prowadzenie własnego dziennika literackiego, którego fragmenty raz na dwa miesiące zostają publicznie zaprezentowane przez Autorki i Autorów reszcie grupy. Dzisiaj, ponieważ mamy za sobą połowę pierwszego semestru w sezonie 2014/2015, pragniemy zaprezentować dorobek poetycki studentek i studentów, będący namacalnym śladem po czasie spędzonym na zajęciach z przedmiotu twórcze pisanie. Ta zbiorowa prezentacja niech stanie się zaczynem ewentualnych szerszych działań poetyckich w obrębie Instytutu Językoznawstwa, działań adresowanych przede wszystkim do uzdolnionej literacko młodzieży, która jakże często pozostaje ze swoimi pasjami w cieniu uznanych autorytetów. Jestem przekonany, że ta drobna próbka sprawności warsztatowej studentów zaowocuje szerszą aktywnością literacką naszego środowiska akademickiego. Pragnę też zapewnić Szanownych Czytelników, że kilka  spośród prezentowanych niżej wierszy może z powodzeniem konkurować z zawartością niejednej książki poetyckiej, jakie każdego roku rozpoczynają swój żywot na polskim rynku wydawniczym. I na koniec drobna uwaga – warto pamiętać, że to są tylko próby i ćwiczenia, zwracam się więc do Szanownych Czytelników z prośbą o życzliwość dla poetyckich debiutantów. (K. Sz.) Continue reading

Wędrówka po chińskich wyżynach

To będzie kolejny wpis z serii “mój wybór języka, kłania się etnolingwistyka”. Jeśli więc nie bardzo Wam się uśmiecha czytanie entej już opowieść tego cyklu, nie nakłaniam do kontynuowania lektury. A zatem… Moja droga do Instytutu należy chyba do zbioru tych najbardziej krętych i zawiłych. Byłam w II klasie liceum kiedy to starsza koleżanka namówiła mnie, żeby wybrać się do Poznania na Dzień Otwarty Instytutu. Po krótkiej prelekcji na temat etnolingwistyki, po prezentacji możliwości jakie otwiera przed młodym człowiekiem –  których byłyśmy świadkami – moja koleżanka już wiedziała, co chce studiować. Ja również.

Podczas Dnia Studenta I roku trzeba było zdecydować się na drugi język. A wybór – spośród khmerskiego, nowoperskiego, japońskiego, chińskiego, francuskiego i hiszpańskiego – wcale nie był łatwy. Po odrzuceniu dwóch ostatnich, decyzja zapadła. Tym „drugim” okazał się język chiński. Czułam, że przy chińskim na pewno nie będę się nudzić. I oczywiście nie myliłam się.

Zacznę od oczywistej oczywistości: chiński jest językiem tonalnym. Tony nie występują w żadnym języku europejskim, dlatego wymawianie każdej sylaby właściwie przysparza na początku wiele problemów. Jeśli na dodatek uczący się nie ma za grosz słuchu muzycznego, sprawa znacznie się pogarsza. Sylaby, choć powtarzane przez nauczyciela na różnie niby sposoby wydają się niemal identyczne. Są jednak osoby (jeśli grasz/grałeś na jakimś instrumencie, jest duże prawdopodobieństwo, że mógłbyś należeć właśnie do tej grupy), które poprawną wymowę załapują po kilku dniach nauki.

 

Mówiony chiński składa się z niezliczonej liczby dialektów, które różnią się między sobą w porównywalnym stopniu jak polski i niemiecki. Mieszkaniec Pekinu miałby na przykład  wiele trudności ze zrozumieniem innego Chińczyka z południowych prowincji. Nic więc dziwnego, że programy telewizyjne (poza transmisjami na żywo) są tam wyświetlane z napisami. Elementem spajającym chińską kulturę nie jest język chiński, ale właśnie pismo. Piękno, złożoność i tajemnica, jaka się kryje za dalekowschodnimi ideogramami, fascynuje wielu. Zaintrygowana owym fenomenem, też wpadłam w te sidła i zaczęłam moją codzienną walkę z przyswajaniem sobie znaków i wkładaniem ich do nierzadko przeciekającego koszyka zwanego pamięcią długotrwałą.

 

Wszyscy chyba słyszeli o kilkudziesięciu tysiącach znaków, które istnieją w języku chińskim. Żeby jednak dość sprawnie czytać gazetę wystarczy ich zapamiętać ok. 2-3 tysięcy i przy pomyślnych wiatrach jesteśmy w stanie zrozumieć 95% tekstu. Dodatkowo warto pamiętać, że znaki łączą się ze sobą, tak więc z jednego znaku możemy ułożyć jeszcze kilka bądź kilkanaście innych po dodaniu odpowiednich kresek. Bardziej wprawieni w boju potrafią rozszyfrować znaczenie jakiegoś znaku bez wcześniejszej jego znajomości. Taka umiejętność wymaga jednak trochę praktyki, ale może wydać się naprawdę pomocna.

 

Gramatyka chińska jest uważana za bardzo prostą. Nie ma deklinacji i koniugacji, nie istnieje rodzaj i liczba mnoga (czyt. nie jest kategorią fleksyjną, bo w każdym języku przecież wszystko jest). Można by pomyśleć, że to nic innego jak bułka z masłem. Hmm, może nie do końca. Zamiast tego pojawiają się wszędobylskie partykuły. Niektóre mają swoje odpowiedniki w języku polskim, inne wymagają mozolnej nauki, a i tak w końcu nie wiadomo, czy zrozumiało się zagadnienie w pełni. Czasami przypomina to trochę walenie głową o Wielki Mur Chiński. Dla przykładu wymienię kilka (najważniejszych jest około dziesięciu). Mamy więc partykułę dzierżawczą, tworzącą również imiesłowy; partykułę aspektu bądź oznaczającą zmianę stanu; partykułę wprowadzającą określenie czasownika bądź partykułę wyrażającą sugestię lub przypuszczenie. Należy oczywiście pamiętać, gdzie w zdaniu trzeba je wstawić.

 

Nie mogę nie wspomnieć także o klasyfikatorach. Jeśli nie obiło Wam się to określenie o uszy, to wyjaśnię, że są to tzw. “słowa miary” (ang. “measure words”), które łączą się bezpośrednio z rzeczownikami, są ich jakby integralną częścią. Nowo poznane rzeczowniki najlepiej od razu przyswajać z odpowiadającymi im klasyfikatorami. Istnieją, m.in., takie, które odnoszą się do ludzi, do zwierząt (podział na małe, większe, wijące się itp.). Osobne stosuje się do przedmiotów patykowatych, przedmiotów długich i wąskich, przedmiotów płaskich lub z blatem, do pojazdów mechanicznych i wiele, wiele innych. Brzmi to jak dobra zabawa.

 

Na deser zostawiłam homofoniczność w języku chińskim. Czas więc na arcymistrzowski przykład – jakim problemem może być podobne lub identyczne brzmienie sylab/wyrazów w języku mandaryńskim. O ile powyższy utwór jest całkowicie zrozumiały w formie pisemnej, tak w wersji recytowanej staje się kompletnym bełkotem.

Dodam jako ciekawostkę, że sylabą-rekordzistką w tej kategorii homofonii jest prawdopodobnie „yi”, które tylko na czwartym (opadającym) tonie można zapisać w postaci prawie 200 znaków.

 

Jeśli pewnego dnia jakimś magicznym sposobem cofnęłabym się w czasie i miała stanąć przed dokonaniem wyboru języka jeszcze raz, nie zawahałabym się ani sekundy. Kiedyś przeczytałam trafne porównanie, że nauka języka chińskiego jest jak zaciągnięcie się do armii. Nie ma tu miejsca na lenistwo, trzeba być sumiennym i systematycznym. Pot będzie się lał strumieniami, będzie dużo upadków i wiele godzin ciężkiej pracy. Trzeba pamiętać, że sukces to nie zdobycie szczytu góry, sukces to wyżyna, przez którą się idzie. I na koniec mała refleksja – skoro Chińczycy radzą sobie z nauką własnego języka, dlaczego innym miałoby się to nie udać?

 

 

Anna Perzyńska

*Franka*

Buddyzm

Buddyzm lub Phật giáo, powstał w Indiach około V wieku p.n.e. Jego twórcą i założycielem był żyjący w latach 560 do 480 roku p.n.e. Siddhatta Gotama, który był synem władcy jednego z państw-miast w północnych Indiach. W wieku 28 lat Siddhatta Gotama porzucił luksusowe życie w pałacu i oddał się medytacji i ascezie. Po 6 latach surowej ascezy, Siddhatta Gotama rozpoczął obserwacje ciała i umysłu, spostrzegł on, że światem kierują cztery prawdy, znane również jako „ cztery szlachetne prawdy”:

Pierwsza Szlachetna Prawda o Cierpieniu – „Narodziny są cierpieniem, starzenie się jest cierpieniem, śmierć jest cierpieniem. Smutek, lament, ból, zgryzota i rozpacz są cierpieniem. Towarzystwo nielubianych jest cierpieniem, rozłąka z ukochanymi jest cierpieniem. Niemoc uzyskania tego, co się chce, jest cierpieniem. Pokrótce – pięć skupisk istnienia związanych z przywiązaniem jest cierpieniem[1].”

Druga Szlachetna Prawda o Przyczynie Cierpienia – powodem cierpienia jest pragnienie.

Trzecia Szlachetna Prawda o Ustaniu Cierpienia – sposobem na pozbycie się cierpienia jest pozbycie się pragnienia, kompletne ustanie pragnienia nazywane też wyzwoleniem.

Czwarta Szlachetna Prawda o Ścieżce Prowadzącej do Ustania Cierpienia – drogą do ustania cierpienia jest Szlachetna Ośmiostopniowa Ścieżka – właściwy pogląd, właściwe postanowienie, właściwa mowa, właściwe działanie, właściwy żywot, właściwe dążenie, właściwe skupienie, właściwa medytacja[2]. Continue reading

Lê Cát Trọng Lý

Urodziła się w Đà Nẵng (centralny Wietnam) w 1989 roku, w rodzinie muzyka i nauczycielki literatury. Później, w  celu rozwijania swoich muzycznych talentów, przeprowadziła się do Hồ Chí Minh, gdzie ukończyła konserwatorium muzyczne, specjalność altówka.

Muzyka Lê Cát Trọng Lý to ciekawe i uwspółcześnione połączenie wietnamskiego i zachodniego folku. Bardzo interesującej jakości dodaje jej utworom wyraźnie słyszalny wpływ muzyki klasycznej. Oprócz bycia wszechstronną muzyczką, Lý jest również niezwykle uzdolnioną poetką. Aby to ocenić, wystarczy wsłuchać się w teksty jej pięknych ballad.

W erze konsumpcjonizmu, w której liczą sie przede wszystkim blichtr i efekciarstwo, zarówno jej muzyka i jak sama Lê Cát Trọng Lý bardzo się wyróżniają. Krótko ścięte włosy, brak makijażu i pielęgnowanie wietnamskich tradycji muzycznych (które absolutnie nie są w modzie, biorąc pod uwagę zalew Wietnamskiej kultury przez k-pop i zachodnią muzykę rozrywkową) nadają jej buntowniczy charakter. Nie ma się więc co dziwić, że została okrzyknięta wietnamskim Bobem Dylanem.

Piosenkarka nagrała dwie płyty:  Lê Cát Trng Lý (2011) oraz Tui 25 (2013). Do jej najpopularniejszych utworów zalicza się Chênh vênh, Chưa Ai oraz Mùa Yêu. Trasa koncertowa promująca jej pierwszą płytę nazywała się Vui, co można przetłumaczyć jako Radosna.

Maria Ziółkowska

Boże Narodzenie po japońsku

Skąd w Japonii, państwie w którym mniej niż 1 % społeczeństwa stanowią Chrześcijanie, wzięła się moda na obchodzenie Świąt Bożego Narodzenia? Jak świętują je Buddyści i wyznawcy Shinto?

Z oczywistych względów wyznawcy buddyzmu i shinto nie obchodzą Świąt Bożego Narodzenia, które są typowe dla chrześcijaństwa, ponieważ celebrowane jest narodzenie Jezusa Chrystusa. A jednak co roku, od końca października, miasta Japonii  rozświetlają się milionem kolorowych światełek, a po ulicach przechadzają się roześmiani Mikołajowie.
Chrześcijaństwo pojawiło się w Japonii  w XVI wieku, ale prawdziwa fascynacja Świętami  zaczęła się dopiero po II wojnie światowej.  Obserwując świętujących Amerykanów Japończycy również zapragnęli obchodzić Boże Narodzenie.  Było to dla nich coś innego, coś, co nie występowało do tej pory w ich kulturze.  Jednak Japończycy nie byliby sobą, gdyby nie dostosowali obcych tradycji do potrzeb własnego narodu.
Japońskie święta znacznie różnią się od tych, które obchodzone są w kulturze zachodniej. Spędza się je z przyjaciółmi lub ukochanymi, nie z rodziną.  Kolorowe oświetlenie sprzyja romantycznemu nastrojowi, co skutkuje między innymi znacznym wzrostem sprzedaży biżuterii, zwłaszcza pierścionków zaręczynowych. Chrześcijańskie kościoły są pełne młodych ludzi, jednak co może nam się wydawać zaskakujące, nie zależy im na wymiarze duchowym , a na romantycznym spędzeniu czasu, w pięknie przystrojonym kościele. Święta Bożego Narodzenia w Japonii zdecydowanie bardziej przypominają znane nam wszystkim Walentynki.
Jedyną czysto japońską tradycją świąteczną jest zakup ciasta bożonarodzeniowego przez ojca rodziny, w drodze z pracy. Jest to ciasto biszkoptowe z bitą śmietaną  i truskawkami (tak, grudzień w Japonii to okres truskawek).  Jest ono jedzone jeszcze tego samego wieczoru i  jest to jedyny rodzinny moment w ciągu całych Świąt. Continue reading

Święta w krainie Mikołaja

Boże Narodzenie, najbardziej wyczekiwany okres w roku kalendarzowym i liturgicznym, zbliża się wielkimi krokami. W sklepach widać już tradycyjne kolejki ludzi, którzy coraz bardziej nerwowo szukają prezentów dla najbliższych. Wszyscy z nadzieją wypatrują śniegu, choć od wielu lat świąteczny czas w Polsce przebiega raczej w atmosferze dodatnich temperatur. Dzieci niecierpliwie odliczają dni do Wigilii, kiedy otrzymają wymarzone prezenty. A jaki kraj najbardziej kojarzy się ze świętym Mikołajem? Oczywiście Finlandia!

W Finlandii okres świąteczny rozpoczyna się 21 grudnia, w dzień św. Tuomasa, a kończy około 6 stycznia. Bardzo wcześnie sklepowe wystawy zapełniają się tam ozdobami i lampkami, mającymi wprowadzić klientów w świąteczny nastrój. Jest też inna, bardziej prozaiczna przyczyna – barwne świecidełka skutecznie rozświetlają długie grudniowe wieczory. Popularną domową ozdobą jest wieniec z 4 świecami, zapalanymi kolejno w każdą niedzielę Adwentu.  Na początku miesiąca Finowie świętują Pikkujoulu – małe Boże Narodzenie. Tradycyjnie był to dzień, w którym po raz pierwszy można było przyrządzić typowo świąteczne potrawy. Obecnie jest to świetna okazja do spędzenia czasu z rodziną i przyjaciółmi. Bożonarodzeniową atmosferę roztacza zapach pierniczków i glögi – czerwonego (rzadziej białego) wina, podgrzewanego z przyprawami. Coraz częściej również firmy decydują się organizować Pikkujoulu dla swoich pracowników. Continue reading